Jesteśmy w Muzeum i Pracowni Kazimiery Iłłakowiczówny przy ulicy Gajowej 4/8. Poetka spędziła w tym mieszkaniu ponad trzydzieści sześć lat. Zmarła w 1983 roku, a mimo to nadal czuć tu jej ducha. Układ mebli jest taki, jak za życia Iłły. Jej korale wiszą na ramie lustra, a słynny telefon działa, choć za jego korzystanie nie trzeba już uiszczać opłat. Tu również co roku przyznawana jest nagroda im. Kazimiery Iłłakowiczówny za debiut poetycki
Anna Kawka: Jesteśmy w Muzeum i Pracowni Kazimiery Iłłakowiczówny przy ulicy Gajowej 4/8. Poetka spędziła w tym mieszkaniu ponad trzydzieści sześć lat. Zmarła w 1983 roku, a mimo to nadal czuć tu jej ducha. Układ mebli jest taki, jak za życia Iłły. Jej korale wiszą na ramie lustra, a słynny telefon działa, choć za jego korzystanie nie trzeba już uiszczać opłat. Tu również co roku przyznawana jest nagroda im. Kazimiery Iłłakowiczówny za debiut poetycki. Dzień dobry.
Elżbieta Andrzejewska: Dzień dobry. Witam serdecznie.
A.K.: Czy mogłaby opowiedzieć pani o tym, jaką osobą była Iłłakowiczówna? Krąży na jej temat bardzo dużo legend o często nieprzychylnej treści. Wielu ludzi jeszcze ją pamięta, wspomina.
E.A.: Rzeczywiście. Kazimiera Iłłakowiczówna jest postrzegana bardzo różnie. W zależności od tego, kiedy i jaki kontakt miała z ludźmi. W pierwszym okresie swojego życia, kiedy była dzieckiem, nastolatką, studentką, uważano ją za osobę serdeczną. Wtedy na pewno krąg znajomych był większy niż później, kiedy zaczęła pracować i różne zdarzenia losowe zdecydowały o tym, że była osobą nie tyle zgorzkniałą, co zdystansowaną do ludzi. Powściągliwą i nieufną. Zdaje się, iż to życie podyktowało, że stała się właśnie taka. Wiemy, że została wcześnie osierocona, domu rodzinnego nie pamiętała. Nie zaprzyjaźniała się z ludźmi, nie uchylała rąbka tajemnicy o swoim pochodzeniu. Myślę, że gdyby nie to, że urodziła się w nieformalnym związku, nie musiałaby przekłamywać swojego biogramu. Pochodzenie stanowiło obciążenie dla całego jej życia. Gdyby przyznała się do tego, że jej rodzice nie zawarli związku małżeńskiego, nie wolno byłoby jej dziedziczyć i kontynuować nauki. Nie otrzymałaby posad w Ministerstwie Spraw Wojskowych i Ministerstwie Spraw Zagranicznych.
A.K.: Tutaj pojawiają się dwie bardzo interesujące kwestie. Po pierwsze: kim byli jej rodzice i dlaczego żyli we wspomnianym tajemniczym, nieformalnym związku? I po drugie: dosyć kłopotliwa data narodzin Kazimiery Iłłakowiczówny. Większość osób twierdzi, że był to rok 1892, a jednak źródła dowodzą, że był to 1888. Czy mogłaby pani spróbować to sprostować i wyjaśnić przyczyny nieuznawania roku 1888 za właściwą datę narodzin pisarki?
E.A.: Nie zachował się dokument urodzenia, jedynie akt chrztu z datą 1892, więc to ją przyjęto za datę urodzenia. Z pamiętników jej starszej siostry, Barbary Zan-Czerwiejowskiej wiemy, że Kazimiera urodziła się dwa lata wcześniej. Siostry jako nastolatki próbowały dowiedzieć się, w jakich okolicznościach zginął ich ojciec. Będąc na pensji, podsłuchały rozmowę osób postronnych, z której dowiedziały się, że są nieślubnymi dziećmi. Kazimierę ta informacja bardzo dotknęła. Żyła nią do końca swoich dni. Miała żal do matki, że to nie ona powiedziała, kim jest jej ojciec. Dowiedziała się jednak, że jest owocem wielkiej miłości swojego ojca – Klemensa Zana do Barbary Iłłakowicz. Wiemy, że ten związek nie był sformalizowany. Zan chciał rozwieść się z żoną. Miał bowiem żonę, a z nią czwórkę dzieci. Matka Iłłakowiczówny nie pozwoliła jednak na rozbicie jego rodziny. Stwierdziła, że jako osoba wykształcona wychowa sama córki: Barbarę i Kazimierę. Zan postanowił nieślubnym córkom dać swoje nazwisko, chciał też zabezpieczyć je finansowo. Niestety, nie zdążył. Zginął w tragicznych okolicznościach w roku 1889. Matka dziewczynek umarła zaś cztery lata po ojcu. Dziewczęta wykazały sporo sprytu wiele lat później, kiedy na Wileńskiej Rossie zdołały odnaleźć grób ojca. Stało się to również dzięki pomocy przybranej matki Kazimiery, hrabiny z Bujno Plater-Zyberków. Siostry zapamiętały miejsce przy nagrobku Syrokomli, przy którym zostawiała je matka, chodząc na cmentarz. Po latach zlokalizowały nagrobek, a na grobie ojca odnalazły nawet zostawiony przez ich matkę metalowy wieniec z wyciętymi liśćmi dębu i dedykacją. W ten sposób przekonały się o prawdziwości tego, co słyszały. Natomiast Iłłakowiczówna nie mogła zaznać spokoju. Koniecznie chciała zasięgnąć bliższych informacji o tragicznej śmierci od przyrodniego rodzeństwa z małżeństwa Zana. Nawiązała kontakt z córką Zana, Julią. W 1874 prosi listownie, aby Julia Zan przybliżyła okoliczności śmierci ich ojca, jeśli je zna. Julia odpisuje i w ten sposób Kazimiera dowiaduje się szczegółów.
A.K.: Dzieje się to tak naprawdę dopiero, gdy Kazimiera jest już osobą w podeszłym wieku.
E.A.: Tak, ale widać, że drążyło ją to przez całe życie.
A.K.: I też było to widoczne w jej twórczości. Mniej lub bardziej. Ale w tej początkowej, jeszcze przedwojennej, była chyba jednak ukryta trauma?
E.A.: Była trauma, była tęsknota po prostu, tęsknota za domem rodzinnym. Zresztą Iłłakowiczówna nawet pod koniec życia, gdy już jest w Poznaniu, mówi, że jej miejsce zamieszkania, miejsce rodzinne, to wcale nie Poznań, nie Kraków, nie Warszawa, gdzie przebywała, tylko właśnie Litwa. Urodziła się w Wilnie i to zapamiętała. Tak przejęła się tym, że pochodzi właśnie stamtąd, że całe życie tęskniła do tego miejsca. Być może było to coś wyimaginowanego, ale jednak – było ważnym miejscem.
A.K.: O tej tęsknocie pisała w wierszu W Poznaniu na wygnaniu, ale chyba mimo wszystko darzyła Poznań sympatią. Pisała wiersze rogalińskie… Cały tom Liście i posągi z 1968 roku poświęcony jest temu miastu.
E.A.: Tak, myślę, że darzyła Poznań sympatią. Dlaczego jednak pisała W Poznaniu na wygnaniu? Raczej nie z przekory. Na pewno była wdzięczna Poznaniowi, że ją przygarnął. Jednak w okresie, kiedy wraca z emigracji pod koniec 1947, udaje się do Warszawy i raptem okazuje się, że osoba tak bardzo zasłużona w okresie międzywojennym nie może tam zamieszkać, nie może otrzymać pracy. Pełna żalu wyjeżdża z Warszawy, nie wiedząc jeszcze, że zatrzyma się akurat w Poznaniu. Tradycja ustna głosi, że udała się na dworzec kolejowy zdesperowana do tego stopnia, że było jej wszystko jedno, do jakiego pociągu wsiada. Traf chciał, że pociąg jechał do Poznania. Poznań nie był dla niej miejscem obcym. Była tu po raz pierwszy w 1920 roku, potem wielokrotnie odwiedzała hotel „Bazar”, była zaprzyjaźniona z okolicznymi ziemianami, bywała w Rogalinie u Raczyńskich, przebywała u Cieszkowskich w Wierzenicy, znała Mycielskich i być może wtedy sądziła, że któraś z tych rodzin przygarnie ją do siebie i będzie tam mogła kątem zamieszkać. Niestety nie wiedziała, że włości i majątki ziemskie zostały odebrane. W ten sposób, po ostatecznym przyjeździe do Poznania, trafiła do hotelu, w którym przeczytała ogłoszenia o wynajmie mieszkania przy ulicy Gajowej, gdzie później zamieszkała.
A.K.: Pojawiła nam się pewna plama w okresie środkowym życia Iłłakowiczówny, ponieważ już wiemy, jakie miała pochodzenie, dzieciństwo, i to, że na swoje ostatnie trzydzieści sześć lat życia trafiła do Poznania. Czy mogłaby pani opowiedzieć, co działo się w międzyczasie? Wiemy, że Iłłakowiczówna była pierwszą kobietą w historii polskiej dyplomacji, osobą bardzo wykształconą, znającą aż sześć języków.
E.A.: Tak, studiowała w Londynie, we Fryburgu i na Oxfordzie. Przybrana mama, hrabina Buyno z Plater-Zyberków łożyła na jej utrzymanie i naukę. W 1911 roku umiera, a Iłłakowiczówna zostaje praktycznie bez środków do życia. Wyjeżdża do Krakowa, gdzie studiuje filologię polską i angielską, a także zapisuje się na studia doktoranckie. Wybucha I wojna światowa. Jest siostrą miłosierdzia na froncie wschodnim, a nauki nigdy nie udaje się jej ukończyć. Stara się o pracę. Jej starsza siostra, której pracę w Ministerstwie Spaw Zagranicznych pomogła otrzymać Maria Piłsudska, radzi Kazimierze, by również spróbowała. Ponieważ Iłłakowiczówna była osobą wykształconą (wtedy znała cztery języki), bez problemu została przyjęta do pracy w MSZ. Rzeczywiście była pierwszą kobietą w historii Polski na tak wysokim urzędniczym stanowisku i właściwie do końca życia twierdziła, że jest z wykształcenia urzędnikiem dyplomowanym. Nie pozwalała nazywać siebie poetką, absolutnie nie literatką. W okresie późniejszym, gdy przeszła do Ministerstwa Spraw Wojskowych i pracowała dla marszałka Piłsudskiego, nie pozwalała nazywać siebie sekretarką. Twierdziła, że sekretarka jest od odbierania telefonów i parzenia herbaty, a ona piastuje poważną funkcję sekretarza. Nie przeczuwała, że jej praca dla Piłsudskiego tak poważnie odbije się na jej późniejszych losach. W związku z tym, że po śmierci Piłsudskiego wróciła do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, musiała ewakuować się z polskim rządem w 1939 roku do Rumunii. Tam spędziła czas okupacji, lecz wojna trwała dla niej dwa lata dłużej. Dopiero w roku 1947 pozwolono jej na powrót do Polski. Po wojnie czasy się zmieniły, a Kazimiera pozostała bez pracy i stała się osobą nader niepożądaną. W Rumunii douczyła się dwóch języków (rumuńskiego i węgierskiego), ale to tylko dlatego, by mieć z czego żyć. Była to kwestia wielkich kłopotów finansowych w tamtym czasie.
A.K.: Kłopoty chyba miała również później także z powodu podrabiania podpisu Piłsudskiego, oczywiście za pozwoleniem Marszałka.
E.A.: Tak, jednak sama Iłłakowiczówna mówiła, że jej podpis uratował wielu ludziom życie. Gdy trzeba było podpisać akt łaski dla kogoś, a marszałka nie było, ona właśnie z jego upoważnienia podpisywała takie właśnie dokumenty.
A.K.: Jeszcze ostatnie pytanie, które uważam za niezmiernie ważne. Wspomniała pani, że Iłłakowiczówna obrażała się wręcz za określanie jej mianem literatki. Znamy ją jednak jako poetkę, pisarkę, twórczynię dramatów, wspomnień i nawet bajek dla dzieci. Debiutowała w 1911 roku tomem Ikarowe loty, a później wydała ponad trzydzieści tomików.
E.A.: Rzeczywiście, jest to pierwszy tomik, ale debiutowała już na łamach prasy „Tygodnika Ilustrowanego” w roku 1905 swoim ulubionym wierszem Jabłonie. Dlaczego ulubionym? Miała sentyment do jabłoni, całe życie powracała do tego motywu, a pod koniec życia wręcz obsesyjnie domagała się od pań, które się nią opiekowały, by przyniosły jej gałązkę kwitnącej jabłoni. Natomiast nigdy nie pisała dla zarobku. Owszem, po wojnie tłumaczyła w celach zarobkowych, ale nie pisała. Trudno też powiedzieć, że pisarstwo było jej hobby. Była osobą przekorną: mówiła przeciwnie niż myślała, ze swadą. Jej siostra również pisała, ale świadomie do szuflady. Kazimiera dbała jednak o to, by to, co napisze, ujrzało światło dzienne. Myślę, że słowo literatka było dla niej niepoważne. Urzędnik państwowy to funkcja nobilitująca człowieka. Zaś pierwsze swoje utwory, które wydawała, podpisywała nie jako Iłłakowiczówna, ale jako Iłłakowicz. Wtedy dzieła kobiet nie ukazywały się drukiem. Ona przecierała ten szlak. Była kobietą bardzo odważną, przedsiębiorczą, nieznającą żadnych przeszkód. Im bardziej los jej nie oszczędzał, tym wyżej ona podnosiła się niczym feniks z popiołów. Do niej należało ostatnie zdanie, wszystko było po jej myśli. Trudno powiedzieć, czy jej się z tym dobrze żyło, ale taka była. Wiemy, że sporo opiekunek Iłłakowiczówny ma przeżycia niemalże traumatyczne. Iłłakowiczówna była osobą bardzo obcesową, przeczuloną w kwestii punktualności. Miała swoje plusy i minusy. Na pewno była tak zwaną kobietą z krwi i kości, z humorami. Może dlatego też tak o niej mówimy, bo żyje mnóstwo opiekunek, które pamiętają ją jako panią ponad dziewięćdziesięcioletnią. To też na pewno kwestia jej przypadłości. Wróciła do Polski niezupełnie zdrowa. Była osobą niedowidzącą, a ostatnie dziewięć lat przed śmiercią wręcz niewidomą. Decydowało to na pewno o tym, że była taka niecierpliwa. A i to, że opiekunki zmieniały się często, stanowiło obciążenie psychicznie. Spotkałam się nawet z tym, że określano ją jako „nieznośną babcię”.
A.K.: Na pewno miało to jakieś podstawy, ale może lepiej zapamiętajmy ją jako kobietę z krwi i kości, jak to pani celnie określiła, czyli silną, zdecydowaną, wykształconą i przede wszystkim prawdziwą.
E.A.: Oczywiście, i może zapamiętajmy ją jako starszą panią, która chodziła z robótkami na zebrania Związku Literatów, Koła Młodych; zaś gdy odwiedzała panny Przemkówny, córki pana Przemysława Bystrzyckiego, miała zawsze ze sobą koszyczek pełen malin albo poziomek.
A.K.: Koszyk nadal znajduje się w jej mieszkaniu, które jest teraz muzeum. Serdecznie do niego zapraszamy. Dziękuję za rozmowę.
E.A.: Dziękuję pięknie.
