Z Sylwią Chutnik o jej miejskich klimatach, kobietach z powieści i życia, lekturach i planach na przyszłość rozmawiali niedawno w Poznaniu Viktória Szathmáry-Kellermanni Szymon Adamczak.
Szymon Adamczak: Akcja Pani powieści rozgrywa się tylko w Warszawie. Jak wiadomo, jest Pani rodowitą warszawianką. Czy to pozwala na wchodzenie w związki z innymi miastami, na przykład z Poznaniem?
Sylwia Chutnik: Wbrew pozorom nie tylko Warszawa mnie interesuje. Jestem związana z Poznaniem, choć to może za dużo powiedziane. Przede wszystkim Poznań to dla mnie Rozbrat. To niesamowite, że istnieje on tak długo, miewając gorsze czy lepsze momenty. Najważniejsze, że nadal mieszkają i tworzą tam ludzie. Później przyjeżdżałam tutaj częściej na różnego rodzaju konferencje, wykłady organizowane m.in. przez Konsolę i odbywające się w Zamku.
Sz. A.: Próbowała Pani pisać o innych miastach niż Warszawa?
S. Ch.: Dotychczas brałam udział w dwóch projektach, jeden dotyczył Wilna, a drugi Mumbaju. Miały one charakter stypendialny i skierowane były do pisarzyi pisarekzajmujących się miastem. Chodziło w nich o rozbudzienie ciekawości do miast innych niż te, które zwykle opisują dani twórcy. Projekty kończyły się publikacją dotyczącą miasta, do którego nas zapraszano. Było to niezbyt skomplikowane zadanie, choć dosyć stresujące: wiedziałam, że muszę mieć oczy i uszy szeroko otwarte. I najlepiej, żebym się zachwyciła tym miejscem. Jeśli chodzi o moją percepcję Mumbaju, to tak absolutnie nie było– miasto wydawało mi się beznadziejne.
Sz. A.: Jeśli chodzi o sam tekst – musiała go Pani skonfrontować z mieszkańcami Mumbaju?
S. Ch.: Tak, musiałam. Potem okazałosię, że to miasto nie jest jednak takie straszne, a mój odbiór zdeterminował fakt, że byłam samotną białą kobietą w obcej mi kulturze. Po prostu było mi trudno. Staram się jednak nie ograniczać do swojego miasta, chociaż... mam wrażenie, że tylko Warszawa jest jedynie prawdziwa. Reszta wydaje się czymś w rodzaju fototapety, mirażu, ale walczę z tym, staram się być otwarta.
Viktória Szathmáry-Kellermann: Historia Warszawy jest naprawdę okrutna. Czy herstorie prezentowane w Pani powieściach muszą być równie okrutne, tragiczne i smutne, jak ona?
S. Ch.: Nie, one nie mogą być tylko takie...
Sz. A.: Zatem skąd bierze się ta pesymistyczna wizja, która wyziera zza Pani książek?
S. Ch.: Ona jest podszyta wiecznym marudzeniem, martyrologią narodu polskiego. Bardzo lubimy mieć smutne historie w zanadrzu i wymachiwać nimi do turystów: zobaczcie, było nam tak źle, ale podźwignęliśmy się. We mnie niestety też są te tendencje, i do tego jeszcze tendencje warszawianki, która uważa, że historia jej miasta jest „najlepsza” i „najważniejsza”. Historia Polski obfituje w tragiczne rysy i akcentowanie ich jest według mnie, brzydko mówiąc, najłatwiejsze i pogrywające na uczuciach. W przypadku Warszawy, jej tragiczne chwile są widoczne na każdym kroku. Gdzie tylko się nie pójdzie, widzi się: tu rozstrzelano, tu zginęło. Trudno wobec tego uznać, że nic się nie wydarzyło i powinniśmy skupić się na przyszłości. To wieczne „międlenie się” z tematem, który odnosi się do przeszłości.
Sz. A.: Spośrod bohaterów Kieszonkowegoatlasu kobiet i Dzidzi jedyną w miarę pozytywną postacią okazuje się Marian, „paniopan”.
S. Ch.: Poczciwina jest z niego. Rzeczywiście, nawet na spotkaniach autorskich podchodzą do mnie kobiety imówią: „no dobra, fajnie, fajnie, ale my chcemy pozytywnej bohaterki”. Ale ja nie jestem Katarzyną Grocholą. Ja nie umiem. I nie chcę. W swojej pracy społecznej jestem do dyspozycji ku pokrzepieniu serc oraz podaję pomocną dłoń zawsze i wszędzie. W literaturze mogę być świnią, która pisze okrutne historie o biednych, opuszczonych kobietach. Może kiedyś się to zmieni, będę pisała wesołe książki na plaży albo z superbohaterkami... Nie interesuje mnie niesienie kobietom pomocy w literaturze. Mam wrażenie, że najpierw musimy się zmierzyć z tym, co niesie ze sobą ten cały bagaż historyczny; z tym, co jest jakby przez nas nieprzepracowane. Poza tym to, co piszę, jest zbyt ironiczne, zbyt cyniczne i nie pozwala na przemycenie żadnej pozytywnej historii. Ale miejmy nadzieję, że to się kiedyś zmieni.
Sz. A.:Jest Pani jednocześnie pisarką i aktywistką, swoistą matką Polką w formacie 2.0. Taka postać mogłaby być modelem nowej „pozytywistycznej” bohaterki?
S. Ch.: Wydaje mi się, że to postać ciągle zbyt bliska mojej osobie. Nie jestem pisarką, która pisze o sobie. Dla swojego komfortu psychicznego muszę oddzielać te tematy: bycie matką, bycie aktywistką w fundacji MaMa i także bycie pisarką. Przeplatają się one w moich książkach, choćby w Dzidzi motyw matki jest bardzo silny, lecz nie pokrywa się z tym, co robię na codzień w fundacji. Staram się dystansować wobec pomocy matkom. Inaczej bym zwariowała. Muszę trochę je wyśmiać, podroczyć się z nimi, pokazać inne oblicze rzeczywistości, niezawsze różowe.
Sz. A.:Czy patologiczna rodzina kobiet pokazana w Pani powieściach jest ironiczną odpowiedzią Sylwii Chutnik na otaczającą ją rzeczywistość? A może za tymi postaciami, doprowadzonymi do pewnego ekstremum, kryją się prawdziwe osoby?
S. Ch.: Nie jestem w stanie powiedzieć, czy prototyp danego bohatera stanowiła jakaś realna osoba. To raczej zlepek różnych ludzi, których poznałam, bądź o których usłyszałam.Moje postaci są jednak tak karykaturalne i pełne osobliwości, że nie sądzę, żeby istniały naprawdę. Jednakże pozostaje pewne ziarnko niepokoju, że taki człowiek rzeczywiście „jest”! Jeśli chodzi o Mariana, nie miałam żadnego pierwowzoru, nie znałam żadnego „paniopana”. Po umieszczeniu tej postaci w Kieszonkowymatlasie kobiet, nagle okazało się, i dużo osób mi o tym mówiło, że to na przykład jest ich wujek, ich sąsiad albo pan w warzywniaku. Nagle okazało się, że postać, która wydawała mi się zupełnie fikcyjna, pisana „na czuja”, istnieje naprawdę!
Sz. A.:Spotkałem się ostatnio z podobną kreacją literacką – w powieści Eduardo Mendicuttiego Porozmawiaj ze mną. Główny bohater, Nerczan, cieszący się lokalną estymą manicurzysta, walczy o zachowanie pamięci o nim, przez nadanie jego imienia jednej z ulic.
S. Ch.: Różni są to panowie. Czasem chcą być upamiętniani, zauważeni, a czasem wręcz przeciwnie– totalnie pominięci, próbują przemknąć przez to życie w taki sposób, żeby nikt ich po drodze nie zaczepił, nie zagadał.
V. Sz.-K.: Atmosfera pierwszego rozdziału Kieszonkowegoatlasu kobiet, Bazarówy, w Dzidzi wydaje się zupełnie wyolbrzymiona. Czy to swego rodzaju kontynuacja wcześniejszej powieści?
S. Ch.: Tak, początek Dzidzi przypomina Łączniczki, te książki się w pewien sposób przeplatają. Dużo o powstaniu, dużo o kobietach i osobach prywatnych. W Dzidzi chciałam jednak iść dalej, bardziej radykalnie. Nie oznacza to, że zamierzałam wywołać kontrowersje. Wolałam także uniknąć pułapki drugiej książki, po pierwszej dobrze przyjętej. Wiedziałam dokładnie, co podobało się większości ludzi w Kieszonkowymatlasie kobiet. Łatwo byłoby to powtórzyć, powiedzieć: „A!, lubią, jak gadam o bazarze, dobra, druga książka też będzie o bazarze, albo bardzo podobnie”. Chciałam, żeby kolejna powieść była zupełnie ostra. Żeby nie spocząć na laurach. Oczywiście, zebrałam za to cęgi, ale przygotowałam się na nie. Absolutnie tego nie żałuję i wydaje mi się, że uniknęłam autoplagiatu.
Sz. A.:Czy katalog postaci i motywów kobiecych, jaki prowadzi Pani w Kieszonkowymatlasie kobiet, jest już wyczerpany?
S. Ch.: Nie, to nadal kwestia otwarta. Trzeba mieć na uwadze, że rolą pisarza jest zakończyć swoją książkę. Kieszonkowy atlas kobiet to ironiczny tytuł, nie można wszak w pełni stworzyć „kobiecego atlasu”. Specyfikacje, jakie są w tej książce, możnaby spokojnie pomnożyć, rozłożyć na 500 stron czy nawet na dwa tomy. Obowiązkiem osoby piszącej jest powiedzenie sobie: „do widzenia państwu”, by nie eksploatować zbytnio jednego tematu.
V. Sz.-K.: Spektakl na podstawie Kieszonkowego atlasu kobiet w Teatrze Powszechnym w Warszawie cieszy się powodzeniem. Czy jest szansa na film?
S. Ch.: Mam nadzieję, że takowy powstanie. Dostałam pozytywną opinię komitetu, który zajmuje się współczesną literaturą i opiniuje książki nadające się do adaptacji. Możliwe, że ktoś skorzysta z tych rekomendacji i podejmie się realizacji. Na pewno to materiał na film studyjny, niekomercyjny. Obecnie powstaje przedstawienie na podstawie Dzidzi w Legnicy. Będzie je robił Marcin Liber, autor adaptacji jednej z części Kiesznkowegoatlasu kobiet w Muzeum Powstania Warszawskiego. Bardzo się cieszę, że to akurat on jest reżyserem…Co ciekawe, zarówno sztukę w Powszechnym, jak i teraz Dzidzię, robią faceci. Przeczy to przeświadczeniu, że jest to literatura wyłącznie kobieca i tylko kobiety potrafią ją zrozumieć.
Sz. A.:Skoro mówa o mężczyznach – dlaczego oni nie pojawiają się w Pani książkach?
S. Ch.: Jak już się pojawiają, to są beznadziejni. Cóż, stereotypy. Tak się zawsze składa, że niezależnie od tego, czego się podejmuję, gromadzą się wokół mnie kobiety. To przede wszystkim z nimi dotąd współpracowałam i ich świat jest mi bardzo znany i bliski. Zajmuję się eksploracją kobiecego świata, a nie męskiego… Nie muszę opisywać mężczyzn, i tyle.
V. Sz.-K.: Wobec tego co Pani myśli o nominacji do Róż „Gali”?
S. Ch.: To dla mnie bardzo skomplikowany temat. Wywodzę się z takiego środowiska, które absolutnie bojktowało wszelkie „Gale”, nagrody i cały mainstream. Ono patrzy uważnie, czy ktoś aby nie zdradził ideałów. Tutaj może być problem. Dla mnie moment, w którym wychodzi się na świat ze swoimi poglądami, owe poglądy przede wszystkim przewietrza.Wówczas należy ich bronić. Jak się przebywa cały czas w swoim własnym, hermetycznym środowisku, nie ma poglądów przeciwnych. Robi się takie masło maślane, wszyscy myślą tak samo. Róża „Gali” – i to jeszcze za powieść Dzidzia! Bardzo mnie to rozbawiło. Nie uważacie, że jakby... „Gala”?!... Ale dlaczego?! Przecież to do mnie zupełnie nie pasuje! Z drugiej strony, nie ukrywajmy– osoba, która tworzy, spotyka się czasami z nazbyt entuzjastycznym odbiorem w stylu: „Ojej, jesteś taka fajna, o Boże, my cię tak lubimy”. To sprawia, że czuję się okej. Bylebym się nie czuła „za bardzo okej”. Bo wtedy można wpaść w pułapkę. Uważam tę nominację za bardzo zabawną. Dwa lata temu nominowano mnie do kobiety „Glamour”, to było jeszcze śmieszniejsze.
Sz. A.: Z drugiej strony – może przysparza to więcej czytelników?
S. Ch.: Najlepsza była reakcja mojej mamy: „kobieta Glamour?! Ty?!”. Lata bojów o platynowe kolczyki... Nie proszę o te nagrody, dla mnie to za każdym razem jakaś siurpryza…Mainstream musi sobie raz na jakiś czas uszczknąć taką „paprotkę” jak ja, bo to coś im daje. Nie ma co się obrażać i buntować przeciwko temu.
Sz. A.:Tak działa społeczeństwo spektaklu.
S. Ch.: Owszem. Może jest im potrzebna taka kontrowersyjna, niecodzienna postać – i dobrze!Najważniejsze, że nie muszę grać w ich grę, pozostaję sobą. To, że oni mnie raz na jakiś czas zauważają i potrzebują zanominować albo nagrodzić, może świadczyć o tym, że to, o czym piszę, jest istotne.
Sz. A.: Jakie są Pani zainteresowania czytelnicze?
S. Ch.: Ostatnio czytałam dużo książek historycznych. Dostaję też sporo książek do zrecenzowania tzw. blerbem z tyłu. Wydawnictwo Czarne sobie mnie upodobało, przysyłają na mój adres bardzo dobre tytuły, najnowszy z nich to Obsoletki Justyny Bargielskiej.Niesamowita proza kobieca o niezwykle trudnym temacie, jakim jest poronienie. Oprócz tego dużopowieści ze wschodniej strony, również od Czarnego.Czasem dostaję też prezenty od mojego wydawnictwa, Świata Książki: Gretkowska, Głowacki, ale również Iwasiów. Ciągle interesują mnie moje idolki z dzieciństwa, Izabela Filipiak i Olga Tokarczuk. W dwóch ostatnich książkach Tokarczuk potwierdziła, że jest wspaniałą pisarką. To niesamowite, że przez tyle lat pisze na tak równym i wysokim poziomie. Jest ekstra.
Sz. A.:Na zakończenie proszę nam opowiedzieć o planach na przyszłość. Wydawniczych i życiowych.
S. Ch.: Jestem teraz na finiszu z książką Warszawa kobiet. To pozycja po części w charakterze przewodnika, po części wpisująca się w eseistykę. Zawierać będzie dziesięć tras śladami kobiet żyjących i tworzących w Warszawie, uzupełnionych dwudziestoma pięcioma esejami. Premiera w marcu 2011. Poza tym zaczęłam jeszcze powieść Cwaniary, którą robię razem z Magdą Zabłocką, autorką rysunków i komiksów. Podoba mi się to, że tworzymy dziewczeński team. Ja piszę, ona ilustruje. Sprawdziło się to w zeszłe wakacje, gdy publikowałam powieść w odcinkach na swoim blogu. Wierzę, iż doprowadzimy ten projekt do końca. Wstępnie ma się ukazać latem przyszłego roku. Oprócz tego mam nadzieję, że zostanę w Dwójce, polskim radiu. Bardzo dobrze mi się tam pracuje z Kasią Nowak, która współprowadzi ze mną audycję. Świetnie by było, gdybym tam została, poćwiczyłabym sobie dykcję. A tak zawodowo, to plany fundacyjne, rozliczne projekty, kampanie i praca.
Sz. A.:Co do kampanii – zauważyliśmy ostatnio w tramwaju plakat taty z dzieckiem.
S. Ch:. Jesteśmy teraz w dwóch kampaniach w komunikacji miejskiej. Jest tata z dzieckiem, właśnie. Każda kampania, która się tworzy, oddolnie czy urzędniczo, i która prosi nas nie o tzw. patronat, tylko matronat (dążymy do tego słowa), ma nasze poparcie. Wszelkie przejawy pomocy młodym rodzicom są nam jak najbardziej bliskie.
V. Sz.-K.:Dziękujemy bardzo za rozmowę.
Wywiad przeprowadzili: Viktória Szathmáry-Kellermann, Szymon Adamczak
