rozmowa z Łukaszem Baksikiem, autorem wystawy „Macewy codziennego użytku”.
Łukasz Baksik (urodzony w 1975 r.) określa siebie jako twórcę „fotografii zaangażowanej”. Podejście to odzwierciedlają jego dotychczasowe projekty (m.in. „Drugie danie po polsku”, „Zamawiam piwo”, „Ludzie Placu Nowego”), w których artysta porusza istotne, często tabuizowane problemy społeczne, skłaniając widza do krytycznej refleksji.
W podobnym tonie utrzymana była ostatnia wystawa fotografii Baksika „Macewy codziennego użytku”, którą przez ponad miesiąc(20.10 – 28.11.2010)można było oglądać w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski. Wystawę udało się zorganizować dzięki ciężkiej pracy Mike’a Urbaniaka z Fundacji Uptown oraz wsparciu finansowemu Trevora Gile’a.
Artysta przedstawił w niej efekty długoletniej, zresztą nieustannie trwającej pracy, polegającej na odnajdowaniu i fotografowaniu elementów macew w obiektach, z którymi mamy do czynienia niemal każdego dnia – chodnikach, parkowych pergolach czy boiskach szkolnych. W opisie wystawy fotograf stwierdza:
Śledzę losy żydowskich nagrobków. W centrum małego miasteczka odnajduję sąsiadujące z komendą policji, strażą pożarną i kościołem gospodarstwo z oborą zbudowaną z macew. Trafiam na katolickie płyty nagrobne, z których ktoś zapomniał zetrzeć hebrajskie litery. Rozmawiam z ludźmi, którzy – świadomi tego, co mają na swoich podwórkach – nie widzą w tym nic niestosownego. Odkrywam historię rodziny rozproszonej po świecie, której jedna macewa pomogła odnaleźć się pięćdziesiąt lat po Holocauście[1].
Ekspozycja Baksika nie była więc produktem skończonym ani „wystawą jednorazowego użytku”. Osiągnęła cel o wiele istotniejszy – stała się punktem wyjścia do medialnej dyskusji na temat (często haniebnego) losu cmentarzy żydowskich w Polsce oraz pokazała, jak dużo Polacy mają do (nad)robienia w tej kwestii.
W rozmowie dla „Pro Arte Online” artysta mówi m.in., jakie osobiste znaczenie ma dla niego wystawa, jakie cele przyświecały mu podczas realizacji projektu oraz jak ocenia współczesny stosunek Polaków do dziedzictwa żydowskiego.
Katarzyna Kończal: Pańska najnowsza wystawa „Macewy codziennego użytku” jest efektem wieloletniej pracy, łączącej w sobie wiele perspektyw. Jak ją Pan traktuje – jako sztukę, misję, projekt naukowo-badawczy, czystą dokumentację czy może ma ona dla Pana całkiem inny (intymny) wymiar?
Łukasz Baksik:Najmniej, albo wcale, jako sztukę. Ewentualna wartość artystyczna jest w przypadku tego projektu drugorzędna, choć oczywiście zwracałem uwagę na walory estetyczne zdjęć. Podobne pytanie zadaję sobie od początku prac nad wystawą. Najbliżej jest mi do fotografii dokumentalnej, choć ta rządzi się własnymi kryteriami, których moja ekspozycja nie spełnia. Czym zatem jest? Czytając Widok cudzego cierpienia Susan Sontag, znalazłem określenie „fotografia zaangażowana” i wydaje mi się, że to właśnie ten termin najlepiej opisuje moje działania. Bo z jednej strony traktuję je jako misję – chciałbym, żeby wystawa przyczyniła się do rozpoczęcia wielkiej, ogólnopolskiej akcji oddawania macew na cmentarze żydowskie; z drugiej mają dla mnie z pewnością wymiar intymny, bo wszystkie pytania, które zadaję odbiorcom moich fotografii, zadawałem i wciąż zadaję również sobie. Poprzez te pytania zmierzam się z sobą, odkrywam siebie. Myślę, że projekt ten ma też znamiona pracy naukowej, choć jest bardziej przyczynkiem niż dziełem ostatecznym. Ja niestety nie dysponuję ani wystarczającą ilością czasu, ani odpowiednimi narzędziami naukowymi do opisania poruszanego przeze mnie problemu, niemniej wyobrażam sobie, wręcz marzy mi się, żeby ktoś chciał się zająć tą sprawą od strony etnograficznej czy psychologicznej. Podjęcie takiego wyzwania oznaczałoby próbę odpowiedzenia na część zadanych przeze mnie pytań, na przykład: dlaczego tak jest, że ludziom nie przeszkadza, że chodzą po macewach. A może przeszkadza? Jeśli tak, to dlaczego nie na tyle, żeby coś z tym problemem zrobić? A patrząc na sprawę z innej strony – dlaczego mają to robić jedynie ci, na podwórkach których te macewy leżą, a ci, którzy „tylko” o nich wiedzą, już nie? Gdzie przebiega granica odpowiedzialności?
K.K.: Estetyka Pańskich fotografii nie pozwala mi uwolnić się od wersu Cypriana Kamila Norwida: „Ideał sięgnął bruku”. Kirkut w jidysz to „hajlike ort” – „miejsce święte”. Pana fotografie pokazują te uświęcone miejsca zderzone (bardzo często w brutalny sposób) z profanum. Czy myśli Pan, że mimo tej profanacji są one cały czas „hajlike ort”? I dlaczego powinny wrócić na swoje dawne miejsce?
Ł.B.: Przede wszystkim należałoby problem profanacji samych cmentarzy oddzielić od problemu nagrobków, które z nich zabrano, choć to elementy tego samego zjawiska i procesu. Z punktu widzenia prawa religijnego to cmentarz jest świętym miejscem, a płyta nagrobna jedynie je upamiętnia. Dlatego, co wiele osób bulwersuje, religijnych Żydów bardziej interesują same cmentarze i przywrócenie należnej im czci. Nagrobki zaś to jedynie kamienie z hebrajskimi literami. Mnie z kolei dotyka w tym procesie aspekt sprawców profanacji. Bardziej interesuje mnie fenomen antysemityzmu (i każdego innego objawu nietolerancji) niż judaizm. Dzieje się tak dlatego, że to spojrzenie na historię Żydów, na Holocaust i nasz, Polaków, w nim udział, jest lustrem, w którym się przeglądam, zadając sobie masę pytań, na przykład gdzie ja bym się znalazł, w której grupie świadków Zagłady? Religijność Żydów tym lustrem dla mnie nie jest, może dlatego, że jestem ateistą i religia jako taka mnie po prostu nie interesuje.Myślę zatem, że zwrócenie macew na żydowskie cmentarze nie przywróci im świętości, ani nie spowoduje zadośćuczynienia profanacji, ale raczej będzie przyznaniem się do niej, niezgodą na nią i chęcią naprawienia wyrządzonej krzywdy, nawet jeśli odbędzie się tylko w obszarze symbolicznym.
K.K.: Pańska wystawa jest, wbrew tytułowi, wydarzeniem nie-codziennym. Używam tego słowa, ponieważ mam wrażenie, że cmentarz żydowski stanowi cały czas pewnego rodzaju tabu w świadomości przeciętnego Polaka. Jednak 1700 zdjęć bytności macew w codzienności mieszkańców naszego kraju wskazywałoby na coś innego. Jak Pan ocenia stosunek Polaków do cmentarzy żydowskich?
Ł.B.: To kolejne pytanie, które nurtuje mnie już od długiego czasu, niemalże od początku pracy nad ,,Macewami codziennego użytku”. Sprawa komplikuje się tym bardziej, że przecież od innych wymagamy szacunku dla naszych grobów, na przykład na cmentarzu Orląt Lwowskich. Początkowo wydawało mi się, że odpowiedź jest dość łatwa i można ją sprowadzić do hasła „antysemityzm”. Teraz myślę, że to nie takie proste. Przecież niszczono również cmentarze niemieckie, łemkowskie, niedawno także te upamiętniające żołnierzy radzieckich.
Wydaje mi się, że to, co stało się z cmentarzami żydowskimi i ich nagrobkami, to efekt procesu wykluczania Żydów poza ramy wspólnoty. Myślę, że (w dużym skrócie) proces ten przebiegał w taki sposób: inni – nie nasi – nie swoi – nie mieszczą się w ramach wspólnoty, albo dokładniej – naszej wspólnoty. Wykluczeniu podlegają również ich zmarli, duchy, cmentarze, nagrobki. To nie nasi zmarli, nie nasze duchy, więc nie będą nas straszyły; to nie nasze cmentarze – tracą zatem swoje tabu, skradzenie z nich nagrobka przestaje być profanacją, a zaczyna być jedynie wykorzystaniem kamienia jako materiału budowlanego.
Ja zająłem się macewami, bo ta tematyka najbardziej mnie interesuje. Udało mi się sfotografować ponad 70 przykładów wykorzystania macew na 1700 zdjęciach. Część fotografowanych przeze mnie obiektów wykonano w czasie wojny, część po niej. Niektóre zrobili Niemcy, inne Polacy. Przyjęło się u nas upraszczać sytuację, a odpowiedzialnością za „wszechzbydlęcenie” – używając sformułowania Witkacego – społeczeństwa lubimy obarczać okupantów. Jednak padło na podatny grunt. Spójrzmy, jak długo ten proces trwał – ostatnie znane mi przykłady wykorzystania macew sięgają lat 90. XX wieku, zaś nagrobki z cmentarzy żydowskich znikają do dzisiaj. I dzieje się to w kraju, w którym tak duży nacisk kładzie się na przeszłość, historię i jej pamiątki. Gdzie taką wagę przykłada się do symboli – ale tylko do „naszych” symboli, do krzyża. ,,Nienasze” mają swoje miejsce gdzie indziej. a tutaj można z nimi zrobić cokolwiek.
Rozmowę przeprowadziła Katarzyna Kończal
