Graf CrateDigger – producent, raper, crate digger, prezenter radiowy związany głównie ze złotą erą hip-hopu. Jak sam twierdzi, „siedzi w tym od 1998 roku”. Jego remiksy pojawiły się m.in. na Fonotece. Niedawno wydał swój debiutancki, solowy album – opiekę nad nim sprawuje wytwórnia Queen Size Records, a w Polsce można go kupić za pośrednictwem sklepu Asfaltshop.pl. Premiera 12 Beats Sound vol. 1.7. była pretekstem do rozmowy, jaką w audycji Piętrowe Piosenki na falach poznańskiego Radia Afera przeprowadziła Emilia Stachowska.
Emilia Stachowska: Graf CrateDigger – wyjaśnij, skąd taki pseudonim. Nie wiem, czy to jest połączenie Twoich zainteresowań, ale Graf od książki, CrateDigger od płyt, tak?
Graf CrateDigger: Graf – czytałem kiedyś książkę, nie pamiętam już czyją, i tam było takie słowo, które mi się spodobało, to jest cała filozofia. Nie zajmuję się rysunkiem, nie potrafię rysować i nie powinienem tego robić, a Crate Digger nadałem sobie dlatego, że chciałem się odróżnić, bo kilku Grafów już jest. Crate digging, czyli kopanie w pudłach z płytami, to jest coś, co robi każdy producent, każdy producent powinien być crate diggerem, ponieważ komponujemy muzykę z sampli. Kopiemy w tych pudłach, szukamy płyt winylowych. Nie sampluję mp3, nie sampluję z CD, bo te nośniki po prostu mi się nie podobają. Winyl jest lepszy, można go sobie puścić w każdym momencie, można przyspieszyć tempo, można zrobić różne inne rzeczy. Pomijając fakt, że po prostu lepiej brzmi i nie jest aż tak głośny jak standardowa płyta audio. Na winylu różnica między najcichszym a najgłośniejszym dźwiękiem jest znacznie większa, mniej męczy słuch.
Za moment poruszymy temat muzyki, ale chciałam zapytać jeszcze o radio. Wiem, że na co dzień właśnie tam pracujesz i zastanawiam się, jak to jest, kiedy zajmujesz się prezentowaniem, selekcją, jakąś krytyką, a później sam zaczynasz tworzyć.
Wiesz, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Od kiedy słucham rapu, zawsze chciałem robić taką muzykę, bo to mi imponowało. Najpierw – ponieważ byłem bardzo młody (miałem jedenaście lat, gdy zacząłem słuchać takich dźwięków) – oczywiście chciałem zostać didżejem, raperem, producentem, chciałem się zajmować po prostu wszystkim. Poza tym mój brat słuchał tej muzyki i miałem już dostęp do jakichś kaset, gazet, audycji radiowych. Wyrosłem na takich audycjach, jak Rap Time, Hiphopotam i inne, których już nie pamiętam, ale gdy ktoś mi przypomni, że takie były, to rzeczywiście je kojarzę. Często nagrywało się to na kasety, jeśli była taka możliwość. Oglądaliśmy też dużo programów telewizyjnych typu Rap City na Bet On Jazz czy Supreme na Viva Zwei – tam pierwszy raz zobaczyłem na przykład teledysk Aesop Rocka. Nie myślałem w ogóle, że Aesop Rock może mieć teledyski, a okazało się, że ma! Był też taki program na MTV Germany, były również czasopisma typu Klan, Loop, Blek…
No właśnie –wspomniałeś o tym, że kolekcjonujesz muzykę już od dawna, że nagrywałeś audycje na kasety, zbierałeś czasopisma. Nie wiem, jak Tobie, ale mnie kojarzy się to z magią choćby lat 90-tych: rejestrowanie słuchowisk, gromadzenie materiałów. Jak w takim razie, z perspektywy czasu, oceniasz to, co obecnie dzieje się z muzyką jako pasją?
Odnoszę wrażenie, że ludzie mają obecnie wszystko podane na tacy, a muzyki jest jakby za dużo. Słuchacze ściągają bardzo dużo gigabajtów mp3. Nie chcę rozstrzygać, czy to jest moralne, czy niemoralne, ale na pewno przez to nie słucha się dokładnie. Kiedyś kupowało się oryginalną taśmę i nawet z samego powodu, że wydało się na nią pieniądze, przesłuchiwało się ją co najmniej kilkakrotnie. Obecnie ludzie tak nie robią. Przesłuchują płyty, może gdzieś archiwizują, ale chyba nie słuchają tak naprawdę.
Podczas jednego z wywiadów powiedziałeś, że interesujesz się złotą erą, ponieważ „wtedy robiono najlepsze rzeczy”. Dlaczego uważasz, że akurat wtedy i - co właściwie było tymi „najlepszymi rzeczami”?
Wtedy produkcje miały najlepsze brzmienie. Na pewno muzyka nie była tak głośna. Od kilku lat jest tendencja do robienia płyt coraz głośniejszych, coraz bardziej skondensowanych, a to odbija się na ich jakości – głośna muzyka nie zawsze brzmi dobrze. Dlaczego jeszcze?... Na pewno chodzi też o to, że w złotej erze używano samplerów 12-bitowych i one miały bardzo charakterystyczne brzmienie. Może też wymagały większej kreatywności od twórców. Wtedy częściej używano loopów, teraz wszystko tnie się na drobne kawałeczki. Poza tym te samplery miały ograniczoną pojemność i można było samplować tylko konkretny fragment sekundowy. W s950 przy najwyższej jakości jest to tylko 30 sekund.
Powiedziałeś też, że „można robić wiele rzeczy w ramach klasyki”...
Tak naprawdę każdego twórcę ogranicza tylko jego wyobraźnia. Nie jesteśmy w żaden sposób ograniczeni technicznie. Techniczne ograniczenia – jeśli w ogóle – wiążą się z finansami. Na najlepiej brzmiący sprzęt trzeba wydać konkretne pieniądze, ale jeśli ktoś chce zrobić coś, co mu przyjdzie do głowy, to nawet jeśli nie użyje do tego hardwaru, zrobi to za pomocą softwaru.
Skoro już tak rozmawiamy na temat Twoich zainteresowań konkretnymi brzmieniami, chciałam zapytać o historię, która pojawia się w Twojej biografii. Taka niezbyt realistyczna, o Saturnie –to jakieś nawiązanie do dokonań Sun Ra?
Tak, to nawiązanie. Jestem wielkim fanem jego muzyki, choć nie znam dokładnie jego wszystkich nagrań, ponieważ są trudno dostępne i często dość drogie… Ogólnie, filozofia jest taka, że – jak powiedział kiedyś Eldo – należy słuchać muzyki, nieważne, skąd się jest, jak się wygląda, co się je na śniadanie i tak dalej. Po prostu jest muzyka, o to w tym wszystkim chodzi.
Teraz jesteś producentem, ale zaczynałeś jako MC i warto poruszyć również ten temat. Jak to wyglądało?
To było całkiem naturalne – gdy zacząłem słuchać rapu, chciałem rapować. Byłem – nadal jestem – raperem, a w roku 2004 rapowałem już na poważnie. Jeśli mowa o moich osiągnięciach, mogę wymienić longplay, który nagrałem z kolegami jako Elabs Crew – longplay nazywał się Zarys, miał czternaście kawałków. Nie byłem na nim producentem, chociaż już wtedy próbowałem coś robić w tym kierunku. Rok później wydałem solową EP-kę, poprzedzoną singlem. Na tej EP-ce rapowałem i zrobiłem cztery z sześciu bitów, ale w pewnym momencie czułem się wypalony jako MC: nie uważałem, że mam coś ciekawego do powiedzenia i byłem zdania, że muszę mentalnie dojrzeć do tego, aby nagrać kolejną płytę. Nie ukrywam, że kiedyś może to zrobię, nie odłożyłem mikrofonu na stałe, kiedyś wrócę, ale kiedy – tego jeszcze nie wiem.
Jak w takim razie wygląda proces powstawania Twoich bitów? W jednym z wywiadów powiedziałeś, że „nie umiesz grać i grasz na ucho”.
Nie znam nut. Kiedyś pisałem je sobie, chciałem się ich nauczyć, ale właściwie jest mi to niepotrzebne – zazwyczaj gram wszystko na ucho. Jeśli ktoś ma do tego predyspozycje, to świetnie, jednak moje bity powstają głównie z sampli. Na tej płycie z bitami powstawały trochę inaczej, bo wtedy nie miałem jeszcze samplera Akai s950, który w końcu udało mi się zdobyć. Na 12 beats sound vol 1.7 proces wyglądał tak: wybierałem winyl z interesującym mnie samplem, ustawiałem go w odpowiednim miejscu, włączałem sampler. Gramofon musiał być podłączony przez preamp do samplera 12-bitowego, z tego samplera zgrywałem bit... Dalej jest już praca na komputerze: tam tnie się dźwięki na odpowiednie fragmenty, przepisuje do padów, klawiatury sterującej. I w softwarze powstaje całość. Teraz mam MPC 2000xl – tam jest cięcie, tam jest granie, a do softwaru zgrywam już konkretne loopy.
Pretekstem do naszej rozmowy było wydanie Twojego solowego albumu 12 Beats Sound vol. 1.7., czas więc, abyś trochę o nim opowiedział. Jak to się stało, że w wersji fizycznej ukazało się tylko sto egzemplarzy? Mówiłeś, że więcej nie będzie, ale wygląda na to, że jest spore zainteresowanie, bo cały nakład został wyprzedany.
Tak, wszystkie egzemplarze są już wyprzedane, płyta zniknęła w trzy tygodnie, co mnie bardzo cieszy. Tak naprawdę do sprzedaży trafiło mniej niż sto egzemplarzy, bo kilka zostawiłem sobie na pamiątkę, kilka rozdaliśmy w ramach promocji, a kilka trafiło do ludzi biorących udział w projekcie. Wydawcy też odłożyli sobie odpowiednią liczbę dla siebie. Dlaczego tak się stało? Jestem niezbyt znanym autorem, przynajmniej takie mam wrażenie, więc nie chcieliśmy ryzykować tego, że wydamy na płytę dużo pieniędzy, a one się nie zwrócą. Zwłaszcza że nie mam z tego żadnych zysków, bo chcieliśmy, aby krążek był tani. Reedycji nie planujemy, ale jeśli ludzie dadzą poważny odzew, to może wspólnie z moimi wydawcami zastanowimy się nad jakimś wznowieniem oznaczonym jako reedycja. Mam nadzieję, że następna produkcja będzie cieszyć się równie sporym zainteresowaniem. Na pewno ukaże się troszkę więcej egzemplarzy.
Niejednokrotnie podczas tej rozmowy wspominałeś o samplerze, który ma dla ciebie duże znaczenie –powiedz coś więcej na jego temat. Jaki był wkład tego sprzętu w 12 Beats Sound vol. 1.7?
Sampler Akai S950 jest podstawą, jest urządzeniem, dzięki któremu wszystko brzmi 12-bitowo. Specjalnie kupiłem go, żeby mieć 12-bitowe brzmienie, bo wiedziałem, że pasuje ono do muzyki, którą robię i którą się interesuję. O ile teraz producenci korzystają z 12-bitowych samplerów, o tyle znacząca większość używa ich do samplowania basu i bębnów, a ja sampluję w nim niemal wszystko. Moje Akai powstało w roku 1988 i działa cały czas, działa dobrze. Jest na dyskietki, ma rozszerzoną pamięć. W najwyższej jakości można samplować w nim mono – bo nie jest stereofoniczny – trzydzieści sekund. Warto wspomnieć, że robiąc to wydawnictwo, wszystko samplowałem na jakości o połowę niższej, czyli wgrywałem minutę materiału. Ta o połowę niższa jakość niby troszkę gorzej brzmi, ale cały czas ma dobre brzmienie i dobry charakter. Należy też podkreślić to, że zwalniając całość, uzyskałem brzmienie nie tyle 12-bitowe, ile już 11-bitowe, ale to już taka ciekawostka dla tych, którzy interesują się technicznymi rozwiązaniami. W jednym z bitów, trzecim na płycie, słychać trochę szumów, a to stąd, że ustawiłem sampler na jakość jeszcze o połowę niższą – specjalnie.
A jaki wpływ na całość miał Marcin Cichy? Wiem, że z nim współpracowałeś, a to jest pan, który na co dzień działa w projekcie Skalpel.
Ten pan zajął się masteringiem, czyli dostał gotowe beaty, już zmiksowane i zaaranżowane, i tak dalej. Przepuścił je przez swój hardware i software. Poprawił, ulepszył brzmienie tego wydawnictwa, sprawił, że wszystko brzmi na podobnym poziomie głośności.
Dlaczego zdecydowałeś się na wydanie płyty w Queen Size Records? Bo dystrybucją zajął się Asfalt, ale Ty chyba nie zabiegałeś o to aż tak bardzo...
Queen Size Records stąd, że robiłem kiedyś wywiad z chłopakami. Wcześniej pokazywałem im jakieś swoje kawałki, bo miałem z nimi kontakt i podczas rozmowy powiedzieli, że podobają im się moje nagrania. Wspominałem, że chciałbym wydać to na wosku, ale nie mam środków, aby zrobić to samemu, bo wytłoczenie dwunastki to jest kwota – powiedzmy – trzech, czterech tysięcy złotych. Później wysłałem chłopakom gotową płytę. Oni powiedzieli, że są zainteresowani. Tak naprawdę wysłałem to z myślą o wydaniu kolejnych produkcji, bo – szczerze powiedziawszy – wątpiłem, że beat CD może zyskać w Polsce szersze grono odbiorców. Dużo ludzi nie jest zainteresowanych takim hip-hopem. Poza tym bity… Nie mam tam żadnych gości poza Me?How?-em, który do jednego kawałka dograł bas. No i wiesz, w Polsce jedynym gwarantem na spore zainteresowanie są znane featuringi, więc trochę nie wierzyłem, że ten materiał może zdobyć uznanie. Nadal nie wiem, czy zdobył, ale fakt faktem, płyta została wyprzedana, co cieszy. A odnośnie do Asfaltu, to kwestia jest taka, że w ich sklepie oraz w innych niezależnych od nich dostępne były wcześniej siódemki Metra.
Zdaje się, że dałeś swoje bity kilku raperom. Wiesz, co się z nimi teraz dzieje?
Rozdałem trochę swoich bitów, ale nie za dużo. Wiem, co się dzieje z niektórymi, o innych mam niewielkie pojęcie, ale to jest kwestia ludzi, którzy je wzięli. Na pewno pojawię się na paru wydawnictwach. Jeden bit dałem raperowi z Poznania, dałem też coś paru innym MC’s, którzy mają predyspozycje do tego, aby być bardzo dobrymi raperami, ale (jak każdy) muszą nad sobą pracować. Jeden mój remiks trafi na płytę B.R.O., duetu producenckiego robiącego jazzhop. Zrobiłem dla nich miks na album Proxima Centauri Remixed EP, która miała wyjść, ale nie wiem kiedy, szczerze powiedziawszy. Pojawiłem się też na Fonotece 6, z moimi autorskimi bitami.
A jakbyś zareagował, gdybyś dowiedział się, że ktoś pożyczył sobie Twój bit, żeby coś na nim nagrać?
Zadzwoniłbym po swoich kolegów, aby natychmiast przyjechali [śmiech]. Wiesz, tak naprawdę każdy może to zrobić. Nie złapię nikogo i nie przymuszę, żeby tego nie robił. Poza tym to również jest element subkultury: dużo raperów bierze instrumentale, nagrywa pod nie swoje kawałki. Zanim byłem producentem, zanim zacząłem robić bity, których nie wstydziłem się publikować, też nagrywałem na innych instrumentalach. Póki nikt nie będzie krzyczał, że to jego bit i nie zacznie podpisywać go swoją ksywką, na pewno nie będę się wkurzać. Mógłbym nawet całkiem oficjalnie dać taki instrumental, gdyby ktoś najpierw się do mnie odezwał. Kilka moich beatów z tej płyty jest już zresztą zajętych...
I na zakończenie: podaj jakieś namiary na siebie. Gdzie można Cię znaleźć, gdzie szukać informacji o Tobie i Twojej muzyce?
Można mnie znaleźć na facebook.com/graf.cratedigger, jest też strona graf.cratedigger.blogspot.com oraz jamesfrommars.bandcamp.com – stamtąd można pobrać moją muzykę nie tylko w formacie mp3, ale też w lepszej jakości. Informacje na temat moich wydawnictw są również na pewno na queensizerecords.com. Zawsze też można wysłać mi maila z konkretnymi pytaniami.
