Joanna Krenz: Między regałami

Chińsko ciepła październikowa sobota w Xinhua Shudian – największej w kraju sieci księgarń. Zaskoczona nagłym przypływem gotówki w wysokości dwustu yuanów (czyli niemal stu złotych) za przymusowy wolontariat translatorski na Mistrzostwach Świata w kung-fu, kończę wybierać chińskie książczyny, które następnie będę w swym zimnym pokoju pod lichą kołderką pieczołowicie w tempie chińskiej taksówki (wierzcie mi, że jest ono niezbyt imponujące, zwłaszcza w godzinach szczytu) sylabizować, gdyż literować po chińsku się nie da.

I hear the ancient footsteps like the motion of the sea
Sometimes I turn, there's someone there, other times it's only me
I am hanging the balance of the reality of man
Like every sparrow falling, like every grain of sand.
Bob Dylan
 

 

Z przygód moich w Chinach, obecnie upstrzonych bożonarodzeniowo – jeden Mao chyba raczy wiedzieć, z jakiej racji, skoro dziewięćdziesiąt procent ludności tego kraju nawet nie zna daty tego Święta – można by złożyć Baśnie Tysiąca i Jednej Nocy. W kraju, w którym gadające autobusy co jakiś czas wraz z nazwą aktualnego przystanku wygłaszają czarujące orędzie do obywateli, by w autobusie zbyt często nie spluwać na podłogę (przeciętny Chińczyk według moich szacunków ze względów dla mnie samej nie do końca jasnych spluwa około piętnastu razy na dobę, w miejscu absolutnie dowolnym, czy to urząd, czy świątynia, czy szkoła, przy czym temu splunięciu zawsze towarzyszy mistrzowskie chrząknięcie z samych trzewi), naprawdę może zdarzyć się wszystko. Już samo wtłoczenie się do takiego autobusu stanowi nie lada wyzwanie, a wytrzymanie w ścisku w trzygodzinnym korku, z żołądkiem wbitym czyimś łokciem na pal kręgosłupa i pełnym pęcherzem, naprawdę powinno być honorowane medalem za bohaterstwo. Ja jednak tym razem zrezygnuję z opowieści o komunikacji miejskiej w Chinach i wybiorę przygodę księgarnianą, bo do profilu „Pro Arte” chyba pasuje najlepiej… A też warta jest opowiedzenia, i to w tonie absolutnie już nieżartobliwym i bynajmniej nie prześmiewczym.
 
Zbyt patetycznie by zabrzmiało, gdybym zaczęła tłumaczyć, że winna jestem tę opowieść ludziom, którzy są tu dla mnie naprawdę przedobrzy i przekochani, bo też i z mojej pisaniny raczej marny pomnik dla kogokolwiek, a i oni sami pewnie zamiast pomnika woleliby dostać na surowo materiały, z których można go odlać, sprzedać na złom i mieć porządne jedzenie do końca miesiąca, ale mnie samą trochę ten eksperyment wciąż ciekawi, mimo że przecież ponawiany non-stop przez piszących, więc znany, ograny, przez lepszych opisany. Mieć człowieka w druku i na bruku, znaczy na kartce unieruchomionego w tej jednej księgarnianej pozie, rozpisanego czarno na białym, oraz „na żywo” co jakiś czas (dokładniej tradycyjnie już co sobotę), fascynująco nieświadomego swojego drugiego – papierowego czy raczej elektronicznego – wcielenia i żyjącego sobie jak gdyby nigdy nic. Laboratoryjnie mówiąc, to taka „próba kontrolna” dla mojego doświadczania świata. Życie bowiem najwyraźniej nie zmierza do żadnego morału. A ponieważ czasem się morałów potrzebuje, więc próbuję sobie póki czas stworzyć warunki dla niego. Zakładam, że kiedyś on wyniknie ze zderzenia rozwijającego się życia z rozwijającą się kartką.
 
Chińsko ciepła październikowa sobota w Xinhua Shudian – największej w kraju sieci księgarń. Zaskoczona nagłym przypływem gotówki w wysokości dwustu yuanów (czyli niemal stu złotych) za przymusowy wolontariat translatorski na Mistrzostwach Świata w kung-fu, kończę wybierać chińskie książczyny, które następnie będę w swym zimnym pokoju pod lichą kołderką pieczołowicie w tempie chińskiej taksówki (wierzcie mi, że jest ono niezbyt imponujące, zwłaszcza w godzinach szczytu) sylabizować, gdyż literować po chińsku się nie da. Trzy zbiory esejów, dwie powieści, trzy tomiska historyczno- i teoretycznoliterackie. Koniec, dwie stówy wydane. Teraz jeszcze starym zwyczajem postoję trochę i poprzeglądam wszystko to, na co mnie stać nie było. Oczywiście wzbudzam ogólne zainteresowanie, ale z tym ryzykiem liczyć się trzeba tu zawsze, mając włosy w innym kolorze niż czarny, oczy niebrązowe i skórę nieżółtą, a już zwłaszcza, gdy tak wyglądając, czyta się ichnie znaczki, choćby tak nieudolnie, jak to robię ja. W końcu znajduje się Śmiałek, który inicjuje konwersację. Miałam świadomość, że prędzej czy później musi się to zdarzyć, choćby w najdziwniejszej formie, też już tu przeze mnie doświadczonej, jaką jest podbiegnięcie na ulicy i bez żadnego uprzedzenia, bez „dzień dobry” nawet, prosto z mostu wystrzelenie: „czy możemy sobie z tobą [czy raczej: na tobie!] poćwiczyć angielski?”, więc nieszczególnie mnie to dziwi. Zwłaszcza, że Śmiałek oryginalny nie jest.
– O, czytasz po chińsku?
– No… tak trochę…
– O, ale mówisz też świetnie [tu zaznaczam, że zdążyłam powiedzieć do Śmiałka tylko jedno proste zdanie, więc opinia jest raczej na wyrost].
– Oj, jeszcze wiele mi brakuje…
– A skąd jesteś?
– Z Polski. [W tym miejscu zawierania znajomości inni śmiałkowie zwykle z zapałem jednym tchem recytują: Maria Skłodowska-Curie, Chopin, Kopernik i katastrofa smoleńska. Ten jednak na to nie wpadł, wyrecytuje potem przy innej okazji, teraz jest tak wciągnięty w literaturę, że kraj nasz nie robi na nim większego wrażenia.]
– O [wskazując na trzymaną przeze mnie książkę], ten autor żył w latach ….-…. [przepraszam, nie pamiętam szczegółów, ale Śmiałek znał je doskonale], wykładał na uniwersytecie w Pekinie, potem wyjechał do Tianjinu. Jego najbardziej znane dzieła to: …, …, … – dalej następuje szereg ciekawostek z życia autora i jego literackiego otoczenia.
 
Po chwili bierze z półki następną książkę, tomik esejów pewnej pisarki z początku stulecia. I znów wszystko z najmniejszymi szczegółami. I kolejną knigę, i kolejną, i kolejną… W końcu zupełnie naturalnie, bo zaczynając jedynie od wspierania swoich hipotez cytacikami z książek, przechodzi do czytania mi na głos całych esejów. Powoli, wskazując palcem, w którym miejscu strony się znajduje. I tak stoimy między regałami ze cztery godziny. Z dziesiątej robi się czternasta, a my nic… W końcu, gdy plecy bolą niemiłosiernie, decydujemy się… pójść jeszcze do innej księgarni.
 
Już na ulicy niewinnie pytam Śmiałka, który – jak się dowiaduję – nazywa się Yu Xuebao i od tej chwili pod tym imieniem będzie figurował w mojej, a właściwie w swojej, historii, czy jest nauczycielem literatury lub „czymś w tym stylu”. Nie, to takie hobby „tylko”. Yu Xuebao jest… kucharzem w stołówce pobliskiego uniwersytetu.
 
Po drodze pyta mnie Yu o numer telefonu.
– Hmm… no wiesz… nie pamiętam jeszcze. Dopiero dwa miesiące jestem w Chinach, to nie zdążyłam się nauczyć. Ale mam go gdzieś w komórce. Jak dojdziemy do tej księgarni, to ci zapiszę na jakiejś karteczce.
– No ale pokaż, pokaż…
– No dobra, masz, jak chcesz. Obejrzyj sobie cyferki, jak cię tak kręcą. Potem ci zapiszę.
– [Oddając mi po sekundzie telefon]. Nie trzeba, nie trzeba. 15927026249. Dobrze?
– Yyy… mówiłam ci, ja nie znam, muszę spojrzeć. Powiedz jeszcze raz.
– 15927026249.
– [Rzucając okiem na swój numer] Tamade [chińskie przekleństwo, którego mi nie wypada tłumaczyć], dobrze… Jak to zrobiłeś…?
– Tak po prostu, Chińczycy dużą atencją darzą matematykę…
 
Dobre sobie, ja też darzę, mam rodzinę od pokoleń wzdłuż i wszerz matematyczną, ale numeru od dwóch miesięcy nie znam. Ponadto inni Chińczycy, których spotkałam, raczej też nie wyglądali mi na takich, co nauczyliby się go w sekundę. Fakt, ten też nie wyglądał…No nic, zobaczymy, czy za trzy godziny będzie jeszcze pamiętał” – myślę zazdrośnie i złośliwie. Już teraz uprzedzę fakty: będzie. I to nie tylko za trzy godziny, ale i za trzy tygodnie.
 
Idziemy sobie w milczeniu, bo ja po chińsku wcale nie taka mocna w gębie, jak jemu się na początku zdawało, a i on jakoś tak nieswojo się poczuł, bez książki w ręce mówić nie umie. Jeszcze przyjdzie czas na historie rodzinne, na opowieści o miasteczku, z którego pochodzi, a i o stołówkach w innych chińskich miastach, bo on tak sobie pielgrzymuje po kraju, od jednej kantynki do drugiej, parę tygodni czy miesięcy popracować… Wolny ptak między karmnikami. Na razie jednak celem jest księgarnia i tego należy się trzymać.
 
Księgarnia znów jest ogromna, jak wszystko tu w Chinach. Znowu oglądamy, czytamy, ja udaję, że rozumiem, on, że mi wierzy, pełna symbioza. Przez przypadek otwieram na chybił-trafił zbiór najważniejszych chińskich esejów ubiegłego stulecia na tekście napisanym w Poznaniu, a zatytułowanym „Oświęcim”. Pokazuję Yu:
– Patrz, moje miasto, moja wojna, ale tego nie czytajmy tym razem. Kupię tę książkę specjalnie dla tego eseju i potem ci pokażę. Teraz już chodźmy.
Kupuję trzy tomy. Wychodzimy. Po drodze jeszcze Yu wskakuje do działu z kaligrafią. Kaligrafem bowiem też jest. Samoukiem, a jakże. Wsiadamy do autobusu. Znowu niezdarnie milczymy, bo on nie wie, co ma mówić, a ja nie wiem, jak. Długie to milczenie, bo już wspomniałam, jak bywa w chińskich korkach. Rozstajemy się. Ja, że dziękuję, on, że nie ma za co.
 
Wieczorem SMS.
 
„Aniele! Skądżeś ty
Opadł cicho przy mnie?
Strumyk lat mych samotnych
Życiem roziskrzył przedziwnie.
 
Aniele! Skądżeś ty
Opadł cicho przy mnie?
Dobywam serca strun przykurzonych,
Niech zadrgają znów w hymnie.”
 
Tym sposobem doczekał się Yu-kucharz-kaligraf-literaturoznawca-poeta pierwszej publikacji, i to od razu w prasie zagranicznej. I pomyśleć, że nigdy mu o tym nie powiem. Nie zawsze można być panem własnej historii. Napisał oczywiście po chińsku. To tylko prowizoryczne tłumaczenie, myślę, że zachowujące mniej więcej poziom i styl oryginału. Styl trochę może powykręcany patosem, nieszczególnie pewnie oryginalny, ale w sumie dość spokojny i zwięzły. Gdyby był nastolatkiem, to może powiedziałabym, że coś tam w dalekiej przyszłości obiecujący, ale ponieważ nie jest, to tak nie powiem, gdyż mogłoby się to wydać lekceważące, bo nie mam żadnego prawa, w tym przypadku nawet prawa starszeństwa, żeby mówić, czy może z człowieka coś być, czy nie. Poza tym to jest historia o przeszłości i teraźniejszości, a nie o przyszłości.
 
Przyjmijmy więc, że wiersz po prostu jest. Podobnie, jak Yu po prostu jest. Jest u mnie co sobotę i czyta mi książki. Na następny weekend obiecał mi lekcję kaligrafii i wycieczkę do książkowego „lumpeksu”. Jakby nie patrzeć, jest do tej pory jedynym człowiekiem, jakiego spotkałam, który autentycznie niemal wszystkie pieniądze wydaje na kaligrafię i książki, bo jedzenie ma w swojej stołówce za darmo, akademiki dla pracowników są w tak opłakanym stanie, że okrucieństwem byłoby żądanie za takie warunki wysokich opłat, a ubranie… nosi, jakie nosi. Znajomi mówią, że choćby ze względu na stan jego odzienia w życiu nie powinnam podejmować rozmowy z nim. Mnie tam wszystko jedno. A jego brat podobno opętańczo produkuje kolejne nigdy niewydawane powieści.
Wuhan, 26.11.2010
 
PS [dopisek poweekendowy z 28 listopada]:
Czy ten człowiek jeszcze do tego wszystkiego jest jasnowidzem…? Wspomniałam mu, prawda, że czasem pisuję jakieś artykuły, ale o powyższym tekście ani słowa, a on mi tu w sobotę porusza temat mojego publikowania i pyta, czy może w ramach wspomnień, dziennika czy innej podobnej temu formy nie miałabym ochoty czegoś napisać „o nas” (tu jeszcze, by rozwiać wszelkie wątpliwości, zaznaczam, że opowiedziana historia absolutnie nie jest historią miłosną!), a może mogłabym przetłumaczyć nasze SMS-y, znaczy, w sumie jego, bo ja generalnie na nie nie odpisuję… Może i bym mogła…