Kiedy pierwszy raz zjechałam do budapesztańskiego metra i z przyzwyczajenia spojrzałam na tablice pokazujące czas, jaki pozostał do przyjazdu następnego pociągu, doznałam lekkiej konsternacji. Kanciaste cyfry na wyświetlaczu wcale się nie zmniejszały… Długo zastanawiałam się nad logiką tego węgierskiego wynalazku. Kiedy w końcu zdałam sobie sprawę, że tabliczki pokazują, ile czasu minęło od odjazdu ostatniego pociągu, odezwał się mój zdroworozsądkowy głos wewnętrzny: Po co mi informacja o tym, ile czasu minęło od pociągu, który właśnie odjechał? Chcę przecież wiedzieć, za ile przyjedzie następny. Nie interesuje mnie ten, który przegapiłam i już nie wróci…
„To labirynt ciągnący się pod powierzchnią miasta.
Metro ucieleśniające antyczne katakumby, to mityczne wejście do świata podziemi. Łączyło ono nowoczesność życia na poziomie ulicy z antykiem, leżącym pod powierzchnią miasta”.
B. Frydryczak, Świat jako kolekcja
Akcja filmu „Kontrolerzy” (laureat Nagrody Publiczności na 20. Warszawskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym i jeden z najlepszych filmów węgierskich ostatnich lat) nieprzypadkowo rozgrywa się wyłącznie pod ziemią, w budapesztańskim metrze.
Coś w nim niepokojącego, czego nie doświadczamy ani w metrze londyńskim, ani francuskim.
Coś w nim pociągającego, co nie pozwala o sobie zapomnieć.
Coś w nim drzemie. Coś na kształt węgierskiej duszy – madziarskiego homunkulusa.
Zegary
Właściwie szczegół. Zegary na peronach metra – które w większości europejskich krajów wskazują, ile czasu pozostało do przyjazdu kolejnego pociągu – poruszają się w Budapeszcie w przeciwną stronę… Odliczają czas, który minął ododjazdu ostatniego. W obu wariantach cel jest ten sam, lecz droga (lub perspektywa?) jego realizacji zupełnie inna. O tej właśnie inności będzie tutaj mowa.
Kiedy pierwszy raz zjechałam do budapesztańskiego metra i z przyzwyczajenia spojrzałam na tablice pokazujące czas, jaki pozostał do przyjazdu następnego pociągu, doznałam lekkiej konsternacji. Kanciaste cyfry na wyświetlaczu wcale się nie zmniejszały… Długo zastanawiałam się nad logiką tego węgierskiego wynalazku. Kiedy w końcu zdałam sobie sprawę, że tabliczki pokazują, ile czasu minęło od odjazdu ostatniego pociągu, odezwał się mój zdroworozsądkowy głos wewnętrzny: Po co mi informacja o tym, ile czasu minęło od pociągu, który właśnie odjechał? Chcę przecież wiedzieć, za ile przyjedzie następny. Nie interesuje mnie ten, który przegapiłam i już nie wróci…
Bezradnie wpatrywałam się w zegar, który odliczał czas jakby w odwrotnym kierunku, choć… przecież chodził normalnie, do przodu. Rozejrzałam się po peronie z nadzieją, że zobaczę osoby zdezorientowane tak samo, jak ja. Mężczyzna stojący najbliżej mnie wciskał nos w strony opasłej książki, znerwicowana matka próbowała ujarzmić płaczące dziecko, a kilku podchmielonych typów po drugiej stronie torów wykrzykiwało obco brzmiące słowa, przeplatając je pijacką czkawką. Najwyraźniej byłam sama z moim (czasowym) problemem.
Niezrozumiały mechanizm podziemnych zegarów sprawiał, że każde zejście do budapesztańskiego metra budziło mój wewnętrzny niepokój. W końcu zapytałam kilku węgierskich przyjaciół – trochę nieśmiało, bo w gruncie rzeczy przypominało to poziom wątpliwości przeciętnego czterolatka – czy mogą mi wyjaśnić logikę odmierzania czasu na Węgrzech. Uspokoiłam się trochę, gdy i oni (rodowici Węgrzy, a nawet budapesztańczycy!) nie do końca pojmowali sens metro-zegarów. Jednak jeden z nich dał mi do myślenia, kiedy przy pożegnaniu powiedział z lekką melancholią w głosie: Wiesz, może logiczne to one nie są, ale mają w sobie coś naszego, coś węgierskiego. I poszedł, a ja znów zostałam sama (z czasem).
Z czasem zrozumiałam też, że faktycznie czas na Węgrzech płynie trochę inaczej, jakby „w kierunku odwrotnym do wskazówek zegara”. Żeby się o tym przekonać, najlepiej opuścić mroczne podziemia i wyjść na budapesztańskie światło dzienne.
Ulice
Po węgiersku nazywają się „utca” i daleko im do monolitu. Są raczej zadziorną mieszanką, złożoną z trzech składników: blichtru cesarsko-monarchijskiej przeszłości, powiewu (dobrze nam znanego) komunistycznego wschodu i postmodernistycznego szału. Jeśli bliżej przyjrzeć się liniom budapesztańskiego metra, odkryjemy w nich te same elementy: zabytkowa żółta jest pozostałością po dawnej imperialnej świetności – została zbudowana w 1896 roku z okazji obchodów tysiąclecia państwa węgierskiego (notabene, najstarsza czynna na kontynencie europejskim); dwie pozostałe – czerwona i niebieska – to dziedzictwo komunizmu; z kolei obecnie buduje się nowoczesną, czwartą linię (tym razem zieloną), mocno dofinansowaną ze środków UE.
Budapesztańskie „utce” przypominają palimpsest, ze swej natury opierający się przecież na tym, co w zamierzchłych czasach napisane lub naznaczone. Kiedy zastanawiałam się nad przestrzenią, w której się znalazłam, nagle zaczęły materializować się dla mnie słowa przeczytane niedawno u Krzysztofa Vargi w Gulaszu z turula – książki, którą wzięłam ze sobą w podróż jako literacki przewodnik po Węgrzech. „[…] ten świat to nie tylko leczo, faszerowana papryka i zapiekanka kartoflana, ale także frustracja, kompleksy, nieuleczalna, bolesna, pokręcona pamięć. […] grunt, żeby była jakaś nostalgia, bo to ona konstytuuje węgierskie życie”. I dalej: „W Budapeszcie co trzecia herbaciarnia nazywa się Nostalgia, dostępne są nostalgia-cukierki, nostalgia pokrywa liszajem ściany domów i bruki ulic. To tęskne wzdychanie do dawnej wielkości, choć ostatnia prawdziwa wielkość miała miejsce ponad pięćset lat temu […]”.
Kiedy ruchomymi schodami wyjechałam na powierzchnię, zdałam sobie nagle sprawę z głębokiego związku między systemem metro-zegarów a węgierskim charakterem narodowym (choć brzmi to prostacko i wyczulonych narodowo Węgrów z góry przepraszam). No dobrze – załóżmy, że ów „głęboki związek” to tak naprawdę mniej lub bardziej udana metafora. Podziemne zegary odmierzające czas po odjeździe ostatniego pociągu są dla mnie najlepszym odzwierciedleniem mentalności Węgrów, którzy zamiast patrzeć z optymizmem w przyszłość, w nieskończoność rozpamiętują dawne straty. Z utęsknieniem czekają na powrót imperialnego blasku. Jak pisał Varga – „będą siedzieć, zajadać pörkölt, popijać pálinką i tęsknić – jak to melancholicy, nie do końca wiedząc, za czym tak naprawdę tęsknią”. Obcy im jest odwrotny kierunek patrzenia – w przyszłość, i wyglądania następnego pociągu. Lepiej usiąść w kąciku i płakać za straconą przeszłością, niż odciąć grubą kreską to, co było i zaakceptować Nowe. Varga przytacza w swojej książce teorię, że „Węgrzy nie lubią siebie nawzajem, bo jeszcze nie oswoili się z tym, że skończył się nomadyzm i zaczął czas, gdy muszą żyć obok siebie, bez możliwości przemieszczania się. Siedzą w gęstym dymie spowijającym tanie winiarnie i piwiarnie i płaczą bezgłośnie”. Gęsty dym piwiarni, o których pisze Varga, dziwnie przypomina mi duszną atmosferę budapesztańskiego metra.
Kiedy kolejny raz jechałam długimi (bardzo długimi, naprawdę bardzo długimi) schodami na powierzchnię – z jednej strony przypominając sobie słowa Vargi z Gulaszu z turula, z drugiej wynajdując kolejne związki przyczynowo-skutkowe między metrem a duszą węgierską – zdałam sobie sprawę, jak wiele czasu Węgrzy spędzają pod ziemią. Mówiąc metaforycznie: w głębokich pokładach własnej gliny. Sam wjazd i zjazd ruchomymi schodami zajmuje przynajmniej sześć minut – sześć minut razy cztery (zakładając, że codziennie korzystają tylko cztery razy z metra), daje już dwadzieścia cztery minuty na dobę, dwadzieścia cztery razy sześć dni w tygodniu (zakładając, że w niedzielę – w ramach terapii antydepresyjnej – Węgrzy przesiadają się na rower) to ponad dwie godziny w tygodniu, dwie godziny razy trzydzieści dni miesiąca daje sześćdziesiąt godzin, a mnożąc to wszystko razy trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku (nie licząc lat przestępnych) daje… Jegyeket, bérleteket! Jegyeket, bérleteket! – nagłe nagromadzenie węgierskich samogłosek w uszach i widok przepitej twarzy kontrolera wyrwały mnie z matematycznych obliczeń i uświadomiły, że dotarłam do końca ruchomych schodów, których pokonanie równa się w moim pojęciu wieczności, a kontrolerzy żądają ode mnie okazania biletu. W tej samej chwili stało się dla mnie jasnym, co oznaczała niespodziewana zapowiedź w wagonie metra, która brzmiała mniej więcej tak: Kérem készítsék elő jegyüket vagy bérletüket mert a kijáratnál ellenőrzést végzünk! („Proszę przygotować bilety do kontroli, będą sprawdzane przy wyjściu z metra”).
Kontrole
Okazywać bilet po wyjściu z metra, to już przesada!– powiedziałam do znajomego z Budapesztu, kiedy przy kieliszku fröccsa (wino rozcieńczone wodą) rozmawialiśmy o węgierskich absurdach dnia codziennego. Nie mogłam zrozumieć: Przy wsiadaniu – to normalne, porządek musi być. Ale żeby jeszcze raz po skończonej podróży? Wzruszył tylko ramionami i powiedział: Taki to kraj. Zaufanie dobre, kontrola lepsza. Żyjemy w kraju przejazdów kontrolowanych, trzymają nas krótko. Wydało mi się to swojskie, trochę zapachniało opowieściami rodziców „o dawnych czasach” i „rozmowach kontrolowanych”. Uznałam jednak, że mój znajomy-anarchista trochę wyolbrzymia. Bo mamy w końcu XXI wiek, dwie dekady po upadku komunizmu.
Ponownie przypomniałam sobie jego słowa, kiedy chciałam dojechać (metrem oczywiście – jakże inaczej) do Placu Moskwy, jednego z najbardziej popularnych miejsc spotkań po zachodniej stronie Budapesztu. Trochę się zdziwiłam, kiedy na rozkładzie stacji metra w wagonie nie znalazłam żadnego „Moszkva tér”, ani nawet niczego, co brzmiałoby podobnie. Wysiadłam pośpiesznie z wagonu i rozłożyłam jeszcze raz mapę, wyzywając samą siebie od wtórnych daltonistów, którzy po tygodniu pobytu w Budapeszcie, nie potrafią wybrać odpowiedniego koloru linii metra.
W końcu postanowiłam zapytać tubylców, bezradnie wskazując w przewodniku duży czarny punkt na mapie z napisem „Moszkva tér” – nauczona doświadczeniem, że w kraju Madziarów z językiem angielskim daleko nie zajdę. Okazało się, że trafiłam na… zasymilowanych Polaków, którzy z dziwnym uśmieszkiem i śląskim akcentem powiedzieli mi: Pani kochana, to od dwóch miesięcy żaden Moszkva tér, tylko Széll Kálmán tér. A na odchodne dorzucili, że mam sobie kupić przewodnik bardziej „na czasie”. Zmieniajcie sobie nazwy ulic, kiedy i jak tylko chcecie – pomyślałam zirytowana – ale przynajmniej dla turystów wypadałoby zostawić starą nazwę, a nie ostentacyjnie zaklejać ją grubą taśmą.
Na byłym „Moszkva tér” spędziłam długie godziny i to chyba jedno z moich ulubionych miejsc w stolicy Węgier. Choć wielu ludzi wzdryga się z obrzydzeniem na sam dźwięk tej nazwy. Obiektywnie mają rację – brudny, niekształtny, tłoczny, trochę komunistyczny, trochę nadgryziony przez ząb czasu, trochę patologiczny. Od razu po wyjściu z metra romskie staruszki próbują nakłonić przechodniów do kupna bawełnianych majtek (3 pary za jedyne 500 forintów), Chińczycy wciskają im do rąk podróbki renomowanych perfum, a niewzruszony tłum pędzi do tramwajów w zajezdni albo do stojących na podwyższeniu autobusów, którymi możesz dojechać i do historycznej Dzielnicy Zamkowej, i do najwyższego szczytu miasta (János-hegy – 527 m.). Lubię ten plac, bo to taki specyficzny, trochę zarośnięty fałdami tłuszczu, pępek Budapesztu – towarzyski, czarnorynkowy i komunikacyjny (krzyżują się na nim trasy dwudziestu jeden linii autobusowych i siedmiu tramwajowych). To tu zresztą Ferenc Török nakręcił w 2001 roku film „Moszkva tér”, uwielbiany przez młodych Węgrów.
Dzisiaj można jedynie polubić stronę na Facebooku: A Moszkva tér nekem mindig Moszkva tér marad, co oznacza „Plac Moskwy na zawsze pozostanie Placem Moskwy”. Zmienianie nazw ulic to na Węgrzech „normalna” praktyka rządu Fidesza – podobnie jak zmiana konstytucji czy oficjalnej nazwy państwa. W zasadzie nie zdziwiło mnie, gdy dowiedziałam się, że Plac Moskwy nosi teraz imię wysokiego urzędnika węgierskiego z czasów monarchii austro-węgierskiej, Kálmána Szélla. Potwierdzałoby to opinię Vargi, że „autorzy nazw węgierskich ulic wykazują się imponującym ograniczeniem tematycznym”. No tak – nic nowego, nostalgiczny powrót do utraconej imperialnej świetności narodu. Tylko, że widok placu nie do końca tej świetności odpowiada.
Zraszacze
Są takie miejsca, które dają wytchnienie od skwaru słońca w tym prawie dwumilionowym mieście – to znajdujące się gdzieniegdzie „wodne powiewy” (bo tak je chyba trzeba określić, by najlepiej oddać ich sensualną specyfikę). Zmęczeni żarem ludzie gnieżdżą się pod nimi – niby przypadkiem i mimochodem – by tak naprawdę zregenerować siły. Zraszają się wodą, żeby choć trochę ochłodzić temperaturę ciała, poczuć przyjemny dreszczyk, może nawet gęsią skórkę na rękach lub uchronić się przed udarem. Patrząc na kolektywne praktyki budapesztańczyków– wiem, wiem: chyba trochę zbyt obsesyjnie starając się zgłębić naturę Madziarów i w banałach doszukując się głębokich prawideł – pomyślałam, że może to taki rodzaj antidotum, kuracji lub nawet refundowanego przez państwo antydepresanta na „nieuleczalny węgierski smutek”, o którym tak przekonująco pisał Varga. Zimny prysznic, by powrócić do teraźniejszości. Jak każdy prysznic, nie trwa długo, ale zawsze można go przecież w melancholijnym nastroju rozpamiętywać w leniwe jesienno-zimowe wieczory, siedząc w pobliskiej „Nosztalgii”. Bez końca.
Tekst i zdjęcia: Katarzyna Kończal
wrzesień 2011
Cytaty w tekście: K. Varga, Gulasz z turula, wyd. Czarne, Wołowiec 2008.
