No doubt there’s a back room somewhere in that large building, where a couple of security guards or janitors are rolling in laughter as they watch the silly American and his gullibility in the “magic” machine that dries your hands.

Chińsko ciepła październikowa sobota w Xinhua Shudian – największej w kraju sieci księgarń. Zaskoczona nagłym przypływem gotówki w wysokości dwustu yuanów (czyli niemal stu złotych) za przymusowy wolontariat translatorski na Mistrzostwach Świata w kung-fu, kończę wybierać chińskie książczyny, które następnie będę w swym zimnym pokoju pod lichą kołderką pieczołowicie w tempie chińskiej taksówki (wierzcie mi, że jest ono niezbyt imponujące, zwłaszcza w godzinach szczytu) sylabizować, gdyż literować po chińsku się nie da.

Kiedy pierwszy raz zjechałam do budapesztańskiego metra i z przyzwyczajenia spojrzałam na tablice pokazujące czas, jaki pozostał do przyjazdu następnego pociągu, doznałam lekkiej konsternacji. Kanciaste cyfry na wyświetlaczu wcale się nie zmniejszały… Długo zastanawiałam się nad logiką tego węgierskiego wynalazku. Kiedy w końcu zdałam sobie sprawę, że tabliczki pokazują, ile czasu minęło od odjazdu ostatniego pociągu, odezwał się mój zdroworozsądkowy głos wewnętrzny:  Po co mi informacja o tym, ile czasu minęło od pociągu, który właśnie odjechał? Chcę przecież wiedzieć, za ile przyjedzie następny. Nie interesuje mnie ten, który przegapiłam i już nie wróci…