Blisko dwa lata temu przez muzykę elektroniczną przetoczyła się prawdziwa burza. Nie był to potężny huragan, porywiste tornado. Raczej letnie urwanie chmury, podmuch gorącego wiatru prosto znad amerykańskich plaż. Wśród szumów i świstów towarzyszących temu zjawisku można było usłyszeć dziwnie znajome dźwięki – funkowy riff gitar, leniwy bas, subtelny bit i liryczny tekst w połączeniu z cechami muzyki epoki synth popu i popowej konwencji ostatnich lat dałyświatu zupełnie nowy gatunek. Chillwave.
W rozgłośniach radiowych zaczęły nieśmiało przebijać się zespoły podpisujące się pod wspomnianym nurtem, a dj-e, prezentując świeże brzmienie, często sięgali po wyszukane (a może po prostu dziwne) określenia, jak np. elektronika sensualna. Podczas ubiegłorocznego sezonu festiwalowego w Polsce i na świecie pojawili się tacy artyści, jak Twin Shadow, Cut Copy czy łódzko-wrocławskie trio Kamp! W ostatnich miesiącach można było usłyszeć o Neon Indian lub Twin Sister. W mediach pojawia się coraz więcej ciepłych kolorów, jakimi cechują się teledyski nagrywane przez tych artystów, a wśród słuchaczy widać zainteresowanie modą z przełomu lat 70. i 80. Mówiąc o tej ciepłej burzy, należy podkreślić, kto ją rozpętał. Zrobił to Chazwick Bundick, tworzący pod pseudonimem Toro y Moi, za sprawą swojego debiutanckiego albumu Causers of This, wydanego w 2010 roku.
25-letni Amerykanin połączył w całość cechy muzyki pop z początków kariery Pet Shop Boys czy Erasure z najnowszymi trendami w elektronice i trip-hopie. Dodając do tego swój przyjemny, młodzieńczy wokal, stworzył kompozycję ciekawą i innowacyjną. Causers of This zaskakiwało świeżością, która paradoksalnie miała swoje źródło w... dźwiękach doskonale znanych z przeszłości. Singiel Talamak świetnie określał całą płytę – melodyjny refren i charakterystyczny bit szybko wpadał w uszy młodym ludziom, a także zainteresował dojrzałych słuchaczy, którzy mogli odnieść wrażenie, że ktoś odkurzył kolekcję starych kaset magnetofonowych. Efekt łatwo przewidzieć, gdyż chillwave to nie gatunek dla audiofilów. Pełno tu przesterowanych dźwięków i nieczystych połączeń (trochę to przypomina lo-fi). Na debiutanckim albumie nie brakowało perełek, w tym tytułowego Causers of This, którego początek jest tak popowy, że wydawać by się mogło, iż lada moment usłyszymy głos Michaela Jacksona, czy rozpływające się Imprint After, ze świetną partią klawiszową.
Bundick nie próżnowałi ruszył w trasę koncertową, w ramach której odwiedziłm.in. polski OFF Festiwal. Amerykanin znalazł czas pomiędzy koncertami i wiosną tego roku zaprezentował swoje drugie dzieło: Underneath The Pine. Osoby, które zapoznały się z pierwszą płytą, oczekiwały godnej kontynuacji. Dostały jeszcze więcej. Underneath The Pine znów powiewa ciepłymi dźwiękami, jednak nie oznacza to, że Toro y Moi stworzył kopię swojego debiutanckiego albumu. Drugi krążek jest bardziej instrumentalny, więcej tu partii klawiszowych i gitarowych, w których, prócz funkowego brzdąkania, można usłyszeć riffy charakterystyczne dla post-rocka. Na płycie znajduje się pierwszy w całości instrumentalny kawałek Divina, który działa jak mantra i zmusza do zaznaczenia opcji „powtórz utwór” w odtwarzaczu multimedialnym. Album jest niezwykle melodyjny, nawet po kilkunastu odsłuchach nie traci na świeżości brzmienia, czego najlepszymi przykładami są singiel Still Sound i New Beat. Bundick porywa tekstami – odrywa się od młodzieńczych doświadczeń i skupia na uczuciu dwojga ludzi, robiąc to w sposób subtelny, emocjonalny.
Wraz z nowym materiałem ruszyła kolejna trasa koncertowa. Utwory zUnderneath The Pine można było usłyszeć m.in. w poznańskim klubie Pod Minogą dnia 8 maja ubiegłego roku. Mam nadzieję, że Toro y Moi nie zamierza odpoczywać i wkrótce światło dzienne ujrzy wiadomość o pracach nad następnym albumem. Z drugiej strony, chciałbym, aby nie spieszył się zanadto i pozwolił osłuchać się z ostatnim krążkiem. A także nieco zgłodnieć przed kolejnym.
