Adam Domalewski: Album z wierszami, czyli książka wielofunkcyjna

Pozycję Tak zwane widoki ziemi wydawnictwa Bosz można rozpatrywać wielorako i tak też jej używać. Jest to zarazem wybór wierszy Czesława Miłosza z ich angielskimi tłumaczeniami, jak i album fotografii – wielobarwnych i różnorodnych, bo wynikających z biografii i twórczości poety.

Znając wiersze Miłosza, trudno mieć jakikolwiek wątpliwości, że wierzył on w genius loci każdego w zasadzie miejsca. Wiedział także, że porozumienie z nim nie odbywa się w oderwaniu od człowieka – jego historii, doświadczeń, mocnych i słabych stron charakteru – ani też nie dzieje się poza czasem. We wszystkie wydarzenia uwikłana jest Historia, a właściwie odwrotnie – to one mieszczą się w potężnym, nie dającym się do końca pojąć biegu zdarzeń. Oba wymiary składające się na „tu i teraz”, tak silnie i dogłębnie przeżywane i opisywane przecież przez Miłosza, udało się w Tak zwanych widokach ziemi wydobyć, a nawet zaakcentować. Choć to właśnie miejsca stanowią „klucz” tego wyboru, dokonanego przez Aleksandra Fiuta, czas jest tu równie silnie obecny, choćby w chronologicznym układzie utworów. Ale także w zderzeniu fotografii archiwalnych ze współczesnymi i, oczywiście, w słowach samego poety, który nieustannie dziwił się temu, że „było i nie ma”.
Wśród czterdziestu jeden wierszy, które zamieszczono w albumie, znajdują się bardzo znane (Campo di Fiori, Biedny chrześcijanin patrzy na getto, Capri) i mniej znane, a niektóre są wręcz niespodziankami (Dużo śpię, część spośród fragmentów poematów Miasto bez imienia, Gdzie słońce wschodzi i kędy zapada oraz Osobny zeszyt). O wybór ten można się oczywiście spierać, ale siłą rzeczy nie mógł on być wyczerpujący, gdyż wtedy należałoby przedrukować niemal cały dorobek autora Trzech zim, czego świadomość ma wspomniany autor koncepcji książki (i co zresztą zaznaczył w krótkim wstępie). Niemniej pewne wątpliwości co do zasadności umieszczenia w niej kilku wierszy (W mieście Salem, W Yale) równoważone są przez utwory, które dopiero w tym zestawieniu ujawniają w pełni swe znaczenie i wartość (jak choćby Madonna Ocalenia czy Pelikany).
Analogiczną sytuację da się zauważyć w przypadku zdjęć. Te jednak mają niezaprzeczalny atut – są nieznane, wyciągnięte z archiwum lub ze zbiorów agencji fotograficznych. Niektóre zachwycają urodą (Winnice w Mittelbergheim), inne frapują w trochę mniejszym stopniu, trafiło się też niestety kilka zdjęć o wątpliwej jakości (jak te ilustrujące targ na Campo dei Fiori albo paryską kawiarnię), lecz nie niwelują one dobrego ogólnego wrażenia. Najważniejsze i najciekawsze zarazem okazuje się – zgodnie zresztą z zamysłem wydawnictwa – prześledzenie miejsc pobytu Miłosza i zestawienie ich z odzwierciedleniem w jego poetyckiej twórczości. Oba artystyczne zapisy rzeczywistości – za pomocą fotografii i poezji – mają swe ograniczenia, wynikające w oczywisty sposób choćby z tego, że są niczym innym jak mniej lub bardziej wierną reprezentacją właśnie, jednakże ich natura jest w pewien sposób komplementarna. Jednoznaczne i zatrzymane w kadrze ujęcie stanowi coś w rodzaju negatywu dla poetyckich opisów i metafor (wszak obrazowanie to termin używany w literaturoznawstwie do opisu poezji). Może więc niniejszy album stanowić pretekst do rozważań na temat korespondencji sztuk. Może także posłużyć do obserwacji utrzymanych w mniej wydumanym tonie. Pozwala bowiem spostrzec choćby, że nie tylko niezwyczajne miejsca zamieniają się w wielką poezję – dla wielkiego poety wystarczą także te zwyczajne, ogólno dostępne (jak kampus uniwersytecki, zaułek albo rynek w jakimś mieście). Dla niektórych – karmionych romantycznymi wyobrażeniami twórczych natchnień i porywów – może to być nie lada odkrycie.
W kontekście romantyków, nie sposób nie wspomnieć, że Miłosz niezaprzeczalnie czynił liczne aluzje i paralele między swoją osobą a sylwetką modelowego dla naszej literatury poety – Adama Mickiewicza. Przyznać zarazem trzeba, że rzeczywistych analogii między nimi nie brakowało i Miłosz miał ku temu powody – także w sferze poetyckiego formatu. W sposób szczególny łączyły ich właśnie „widoki ziemi”. Dla obu przestrzenią, do której przez całe życie tęsknili, była dzisiejsza Litwa, jako miejsce najważniejsze – narodzin i młodości.  Obaj boleśnie doświadczyli losu emigranta (w książce znalazła się oczywiście strona 13 z Osobnego zeszytu z pamiętnym zdaniem: „Skąd mieszkańcowi północy do sprażonej pustki?”). Ślady i świadectwa zawiłości losu Czesława Miłosza można dzięki Tak zwanym widokom ziemi w zarysie prześledzić, choć na pewno nie będzie to panorama wyczerpująca.  Trochę szkoda wszakże, że przeważają zdjęcia współczesne; trudno pozbyć się wrażenia, że brakuje archiwalnych ujęć wielu ważnych miejsc – być może zachowały się one jedynie w poetyckim słowie? Wyczuwalne u Miłosza przynaglenie do zapisu ludzi i ich losów nabiera na kartach albumu jeszcze silniejszej, choć bolesnej, wymowy. Wytknąć muszę także trudne do wytłumaczenia skrócenie wiersza W Szetejniach do dwóch części, z pominięciem tej ostatniej – a dla wiersza najważniejszej i najdoskonalszej. Wrażliwość i geniusz noblisty są tu jednak wystarczająco obecne, by po raz kolejny przyznać, że jak nikt inny potrafił widzieć i przekuć w poezję piękno świata w jego niezliczonych odmianach. Uważna lektura pozwoli prześledzić zaś kwestię jeszcze bardziej intrygującą: zmienność stosunku podmiotu lirycznego do natury. Jego zachwyt nad pięknem przyrody nie jest jednoznaczny, a raczej – jak to zwykle u Miłosza – pełen ambiwalencji i sprzeczności…
Niespotykane dotąd połączenie albumu oraz dwujęzycznego wyboru wierszy, nad tłumaczeniami których Miłosz zawsze sprawował pieczę, stanowi dużą wartość, choćby ze względu na wielość potencjalnych spojrzeń: przez pryzmat literatury na fotografię i odwrotnie. Można tę książkę z powodzeniem nazwać wielofunkcyjną. Czytelnik musi sobie sam odpowiedzieć, czy tego rodzaju wydawnictwa poszukuje.