Patryk Szaj: Rozpacz, która tańczy - O antropologii Emila Ciorana

Bezpośrednia inspiracja do napisania tego szkicu to – przesłane mi mms-em przez życzliwą znajomą – zdjęcie muralu-cytatu, jaki pojawił się ostatnio na jednej z poznańskich kamienic. „Pierwszy nasz obowiązek przy rannym wstawaniu: rumienić się za siebie” – oto jego treść. Autorem słów jest Emil Cioran, którego setna rocznica urodzin minęła w kwietniu (i to też, jak myślę, dobry pretekst, żeby przybliżyć nieco sylwetkę tego myśliciela).

„Coś” o twórczości Emila Ciorana mówią już tytuły jego książek. Mówią „coś”, albo i wszystko: Na szczytach rozpaczy, Sylogizmy goryczy, Zarys rozkładu,Upadek w czas, Zły demiurg, O niedogodności narodzin – żeby wymienić tylko kilka. Zdaje się, że łatwo przyszyć jej wiele łatek: radykalny sceptycyzm, perwersyjny nihilizm, apofatyczność, neurotyczność, mizantropia, demaskacja, idiosynkrazja, dziwny – bo nieustannie odwołujący się do Boga – ateizm („Bóg jest, nawet jeśli go nie ma”, powiada Cioran). Charakterystyczne dla myśli rumuńskiego (francuskiego?: „Nie mam narodowości. To wygodny status dla intelektualisty”) filozofa jest to, że ujęcie jej w sposób całościowy wydaje się jednocześnie nietrudne i niemożliwe. Nietrudne, gdyż – jak słusznie zauważył Dariusz Czaja – Cioran tak naprawdę przez całe życie pisał jedną książkę, której tematem była deklinacja słowa „rozpacz”[1]. Niemożliwe ze względu na brak tradycyjnej filozoficznej dyskursywności i systematyczności, fragmentaryczność i aforystyczność, także – niekonsekwencję. Cioran oczywiście wyjaśnia sprawę po swojemu: „Uchwalam dekrety, niczego nie dowodzę” (od razu ostrzegam: będę odwoływał się do jego bezpośrednich myśli często, ponieważ szkic ten nie straciłby nic, a raczej wiele by zyskał, gdyby składał się wyłącznie z cytatów).
Trochę biografii. Cioran urodził się w 1911 roku w rumuńskiej wiosce Raşinari (wówczas pod panowaniem Habsburgów), w rodzinie – to rzecz szczególna – popa. Od wczesnej młodości cierpiał na nieuleczalną bezsenność. Przez krótki czas był nauczycielem (!) w prowincjonalnym miasteczku, w roku 1937 wyjechał do Francji na stypendium mające mu umożliwić napisanie pracy doktorskiej z filozofii Henriego Bergsona, która zresztą nigdy nie powstała. Zamiast tego Cioran rzekomo przez parę lat przemierzał Francję wzdłuż i wszerz na rowerze, a po dostatecznym opanowaniu języka – całkowicie zrezygnował z rumuńskiego (nie wrócił już też do rodzinnego kraju) i zaczął pisać książki w „przybranym” francuskim. Dziś uchodzi za jednego z jego największych stylistów. Zwykł nazywać siebie „filozofem ulicy” i „nieudanym epileptykiem”, prowadził żywot flâneura, a do legendy przeszło jego – tak, zdawałoby się, nieprzystające do poglądów! – niebywałe gadulstwo, jakim wykazywał się podczas spotkań towarzyskich. Zmarł w roku 1995 na chorobę Alzheimera.
Trudno przecenić wpływ życiorysu na charakter myśli Ciorana, wydaje się on bowiem uosobieniem antytezy poglądów Martina Heideggera na temat związków twórczości z biografią (słynne exemplum: wszystko, co musisz wiedzieć o Arystotelesie, to że urodził się, żył i zmarł). Wiele spośród jego błyskotliwych aforyzmów powstało podczas niezliczonych bezsennych nocy, mawiał też, że nienawidzi tych, których nie boli żadna prawda, że ceni tylko prawdy witalne, organiczne i spermatyczne. Jednym, czego z pewnością nauczył się od Nietzschego, zanim niemal całkowicie go odrzucił, było „pisanie krwią”, gdyż „ten, kto nie cierpi wskutek poznania, nie poznał nic”. Niejako naturalnie więc nasuwa się perspektywa egzystencjalnej lektury pism Ciorana jako fascynującego, literacko-filozoficznego świadectwa wielkich udręk z powodu istnienia. Równie ciekawe wydaje się jednak przyjrzenie się szerszemu wymiarowi jego refleksji, szczególnie zaś wypracowanej przezeń antropologii.
Zwierzę rozumne jest dla Ciorana jedynym zwierzęciem zbłąkanym, zbłąkanym na skutek posiadania świadomości, którą filozof nazywa „otwartą raną w rdzeniu życia”, pojmując ją jednoznacznie negatywnie jako przyczynę wielkich cierpień metafizycznych. Próżno szukać u Ciorana współczucia dla współcierpiętników: „Nie jestem przyjacielem człowieka i wcale nie czuję dumy z bycia człowiekiem. Owszem, pokładanie ufności w człowieku to groźne niebezpieczeństwo, wiara w człowieka jest wielką głupotą, szaleństwem. Co do mnie, można mnie określić jako kogoś, kto w gruncie rzeczy gardzi człowiekiem”. Ale w związku z tym – rzecz oczywista – gardzi też sobą. Jak mówi, jest „zupełnie zdruzgotany ciężarem tego przywileju bycia człowiekiem”.
Świadomość jako fatalność – książkę mało znanego twórcy niemieckiego, Adolfa Seidela (czy trzeba dodawać, że zakończył on życie samobójstwem?) – nazywa Cioran, obok Anatomy of Melancholy, najpiękniejszym tytułem świata. W celu podbudowania swojej koncepcji, która rodzi przecież odruchowy sprzeciw i niejednego skłania do zaetykietowania jej jako „nihilizm”, rumuńsko-francuski myśliciel ucieka się do zsekularyzowanej wersji mitu o wygnaniu z Raju: „Biblijny mit o poznaniu jako grzechu jest najgłębszym mitem ze wszystkich, jakie stworzyli ludzie”. Stąd wyprowadza następującą antropologię: moment wygnania z Raju okazuje się momentem początkowym człowieczeństwa, czyli momentem upadku z wieczności w czas, a mówiąc mniej metaforycznie: momentem uzyskania świadomości, który jednocześnie był punktem zerowym Historii. Skutkiem tego człowiek sam skazał siebie na nieszczęście, gdyż jest „rozdwojony już u korzenia, należy do porządków wzajemnie sprzecznych, nie do pogodzenia […] chociaż zewnętrznie mamy wszelkie cechy zwierzęcia, a żadnych – bóstwa, to jednak lepiej nasz stan opisuje teologia niż zoologia”.
Mit biblijny interpretuje więc Cioran jako opowieść o największym błędzie popełnionym przez człowieka u samego zarania człowieczeństwa: „Wszystko o nim powiedziane jest w Księdze Rodzaju. Pociągało go to, co go neguje, więc wybrał ryzyko, czyli historię. Od samego początku wybrał źle. […] To nie jest pesymizm. Nigdy nie głosiłem nicości człowieka. Uważam tylko, że człowiek poszedł złą drogą i że nie mógł nią nie pójść”. Człowiek tedy jawi mu się jako anomalia, całkowite sprzeniewierzenie naturze, którego kariera (kariera „korony Stworzenia”, „miary wszechrzeczy”, „myślącej trzciny”) dobiega właśnie końca. Dlatego też powiada Cioran, że „Raj to brak człowieka”.
Piekło zaś – to Historia, czyli skutek pierwotnego „zmylenia kroku”, który zepchnął istotę rajską do rzędu homo historicus. Inaczej być nie mogło: „Wszystko, co człowiek przedsięweźmie, zwraca się przeciw niemu i przerasta go, tak że staje się on przedmiotem historii. Historia jest zatem nieimmanentnym trybem jego bycia, «bezużyteczną odyseją», «najskuteczniejszą formą naszej niewierności wobec siebie samych»”[2]. Wszelkie utopie zaś to – w rozumieniu Ciorana – nie rzutowane w przyszłość recepty na osiągnięcie powszechnej szczęśliwości, ale właśnie przejaw tęsknoty za Rajem utraconym, za stanem sprzed świadomości. Takie odwrócenie nie przeszkadza mu oczywiście w demaskowaniu ich dysfunkcjonalności. W gruncie rzeczy dla człowieka nie ma ratunku.
Nietrudno zauważyć, że myślenie Ciorana bywa mocno resentymentalne. Obsesyjnie krąży on wokół śmierci czasem odczuwanej jako ostateczny wyznacznik jałowości ludzkiego istnienia, w innych znów chwilach – częściej – jako z tego istnienia wybawienie (ponoć gdy Cioran wybrał się pewnego razu do psychoanalityka, na zadane przez niego pytanie, czy miewa myśli samobójcze, odpowiedział: „nie miewam innych myśli”. Z drugiej wszak strony sam zapytywał: „Po co się zabijać? I tak jest już za późno”). Bezustannie wadzi się z Bogiem, lecz trudno byłoby u niego znaleźć choć cień dramatycznych zmagań rodem z pism Kierkegaarda. Raczej chodzi mu o bezlitosne smaganie demiurga, który okazał się partaczem: „«Pomyliłeś się stawiając na mnie.»Kto mógłby się tak wyrazić? – Bóg i Nieudacznik”.Ale też Bóg to dla Ciorana (ateisty par excellence) tylko swoisty wybieg: „Nadużywam słowa «Bóg», stosuję je często, zbyt często. Czynię tak za każdym razem, gdy dochodzę do jakiejś skrajności i potrzebuję słowa na określenie tego, co następuje potem. Wolę «Bóg» niż «Niepojęte»”.
Czytając Ciorana, trzeba rzecz jasna wciąż stawiać zasadnicze pytanie: czy ma on rację? Mógłby na nie odpowiedzieć sam zainteresowany: „W chwilach megalomanii mówię sobie, że niemożliwe jest, by moje diagnozy były błędne, że nie pozostaje mi nic innego, niż zdać się na cierpliwość i czekać do końca, aż do nadejścia ostatniego człowieka, jedynej istoty zdolnej przyznać mi rację”. Ale przyznaje ją też – w sposób bardziej wyważony – Dariusz Czaja: „nakreślony przezeń obraz człowieka, kultury, Boga w świecie współczesnym jest w najważniejszych zarysach trafny. […] Uświadamia on jedynie boleśnie skalę naszych złudzeń, nicuje bez znieczulenia jałowe pocieszenia i rutynowe myślowe podpórki”[3].
Jednak w ślad za takim stwierdzeniem pojawia się jeszcze jedno pytanie: czy Cioran daje nam coś ponad to? Susan Sontag uważa jego spekulacje za świetne podsumowanie rozpadu imperatywów myśli zachodniej, które wszelako nie przynosi nic poza – mówiąc Turgieniewem – „jałową świadomością jałowości wszystkiego”. Sontag uważa ponadto, że Cioran całym sobą tkwi nadal w (skompromitowanym) systemie dualistycznych opozycji metafizycznych. Innego rodzaju wątpliwości zgłasza Adam Zagajewski. Jego reakcja, na Zeszyty szczególnie, oscyluje wokół uczuć skrajnie odmiennych: od podziwu dla znakomitego stylu i przenikliwości spostrzeżeń, do irytacji wywoływanej czymś, co nazywa „snobizmem rozpaczy” (jakkolwiek szala przechyla się w stronę zachwytu). Według Pierre-Yvesa Boisseau zaś myśl autora Zarysu rozkładu stanowi w całości palimpsest nałożony na faszystowską przeszłość (interpretacja ta jest odosobniona i wydaje się z gruntu fałszywa. Cioran miał w swoim życiu epizod faszystowski, z którego wytłumaczył się w ekspiacyjnym eseju Mój kraj, zakończonym znamiennymi słowami: „Stałem się ośrodkiem swojej nienawiści. Znienawidziłem kraj, wszystkich ludzi i wszechświat – pozostało mi jedno: ugodzić w siebie. Co też, sięgając po rozpacz, uczyniłem”).
Płodne wydają mi się interpretacje polskich cioranologów: Marek Bieńczyk przewrotnie zachodzi myśl Ciorana od tyłu, uważając, że przeziera z niej perwersyjna afirmacja świata takiego, jaki się ukształtował, Dariusz Czaja z kolei – znów bardzo trafnie – zauważa, że nie jest to myśliciel ani dla dogmatyków, ani dla skrajnych nihilistów, lecz właśnie dla tych niepewnych, którzy żadnej prawdy nie potrafią uznać za ostateczną, „raczej dla tych, co żyją w sprzecznościach, niż dla czcicieli dogmatu”[4].
Co do mnie zaś, uważam, że Ciorana należy czytać właśnie niedogmatycznie. Zgadzać się w kwestii zasadniczych rozpoznań, lecz nie zawierzać do końca, gdy nakazuje nam na ich skutek zaprzestać jakiegokolwiek działania, skoro wszystkiego można dowieść i niczego nie można dowieść, wszystko jest prawdą i nic nie jest prawdą. Należy zaś Ciorana czytać, bo z całą wyrazistością stawia on przed oczami prawdy najtrudniejsze i – nie ma zmiłuj – nie pozwala na żadne sprytne wybiegi uchylające problem. Przed Cioranem nie można uciekać, trzeba się z nim mierzyć, wadzić, przepracowywać diagnozy, przesączać przez siebie jego najczarniejsze rozpacze. To, co pozostaje ze zmagań, naprawdę wzbogaca.
Ale można też pójść nieco dalej i podjąć próbę lektury heretyckiej, aby wyzyskać – czy instrumentalnie? – poglądy (lub raczej obsesje: „Nikt jeszcze nie załamał się z powodu poglądów”) Ciorana jako rękojmię dla takich nurtów współczesnej humanistyki, jak animal studies czy posthumanizm. Myślę, że miałby im do zaoferowania całkiem sporo dobrego. Trudno wszak byłoby znaleźć kogoś, kto z większą niezłomnością i konsekwencją odrzucałby antropocentryzm.
 
 
Cytowane myśli Emila Ciorana pochodzą z następujących książek (w chronologicznej kolejności polskich wydań): Na szczytach rozpaczy, Upadek w czas, Zły demiurg, O niedogodności narodzin, Historia i utopia, Rozmowy z Cioranem, Zeszyty 1957-1972, Wyznania i anatemy, Sylogizmy goryczy.
 


 


[1]Dariusz Czaja, Fragmenty (nicości), [w:] idem, Lekcje ciemności, Wołowiec 2009, s. 246.
[2]Marek Bieńczyk, Posłowie. Herezja i melancholia, [w:] Emil Cioran, Historia i utopia, Warszawa 2008, s. 206.
[3]Dariusz Czaja, op. cit., s. 249.
[4]Ibidem, s. 250.