W przestrzeni mogącej się wizualnie bardzo podobać, czekałem na projekcję czterech filmów dokumentalnych Krzysztofa Kieślowskiego. Wędrówka korytarzem w jedną stronę, powrót, wybór innego korytarza, równie jednak pustego. Czwartkowy wieczór, za ogromnymi szybami zapowiedź stosownego do ich wielkości deszczu.
O wspomnianych tytułach mam powoli docierającym widzom wprowadzająco opowiedzieć. Niepewność zagłuszam pocieszeniem, że każdy z czterech filmów świetnie obroni się sam, niezależnie od (wątpliwej) przysługi, jaką mogę oddać mu swoim wymądrzaniem się.
Pierwsza miłość – tu, Drodzy Państwo, młode małżeństwo oczekujące dziecka zetknie się z szorstkością rzeczywistości polskich lat 70-tych poprzedniego wieku. [Zdanie brzmi okropnie, muszę go za wszelką cenę uniknąć.]
Z punktu widzenia nocnego portiera – o, Drodzy Państwo, jakże celnie udało się reżyserowi oddać opresyjność PRL-owskiego aparatu kontroli, jakże! [Zbiór zdań do uniknięcia powiększa się. Wtedy zaczęło padać.]
Gadające głowy – czyż nie tak, Drodzy Państwo, wyglądało to nasze społeczeństwo, gdy rodziła się Solidarność? [Staje się dla mnie obezwładniająco jasne, że w oczach słuchaczy ugruntuję w tym momencie swój status młodo wyglądającego 60-latka. Chyba że uniknę tego zdania…]
Chcę (chociaż w istocie bym nie chciał)* być mądrzejszy od filmów: ot, w tym cały problem. Obawa przed niedostatecznie wyraźnym transparentem w dłoni: „Za moment obejrzycie, Drodzy Państwo, kilka arcydzieł!”, zamienia ten transparent w przyciężkawą płachtę sukna, na którym wyszyto coś niby złotą nitką, ale to raczej jakieś patetyczne frazesy. Komu potrzebne?
Pozostał czwarty film (choć to pewnie od niego, jak podpowiada chronologia, powinienem zacząć). Jego obawiam się chyba najbardziej, bo jak tu zachować umiar w mówieniu o –
– Gwar nie z tego świata. Wracam pustym jeszcze przed chwilą korytarzem, który teraz sprawia wrażenie niewidocznej dla mnie atrakcji turystycznej. Tylko przez chwilę dziwię się, dlaczego nosy młodych zwiedzających często dotykają powierzchni oglądanych zdjęć i przedmiotów. Tu i ówdzie biała laska, mały człowiek prowadzony za rękę mamy, obok ktoś odważnie próbujący się z podobnego uścisku wyswobodzić. Gwar nazywa się zaś: ciekawość. Ja sam przystanąłem w pewnym oddaleniu i z pogwałceniem wszelkiej przyzwoitości – patrzyłem. Kiedy nie wiem, czy wypada mi się (do siebie wyłącznie) uśmiechnąć, bo jakiś żwawy wędrowiec nie w pełni bezkolizyjnie ominął stojącą reklamę, przyzwolenie pojawia się samo, będąc śmiechem owego wędrowca właśnie. „Proszę pani, a w tamtym kierunku to co jest?” – „Tam są pomieszczenia administracyjne” – „A co to są pomieszczenia administracyjne?” – „No wiecie, biura, sekretariaty, jakieś jeszcze…” – „Ok, czyli nie ma po co tam iść”. Gwar-ciekawość, ale też nie wszystko na nią przecież zasługuje. Jak to w normalnym życiu – tym poza kadrem – bywa.
Muszę się ruszać, za chwilę początek spotkania i projekcji. Nie odchodzę naiwnie pocieszony, myśląc: „jak ci nieszczęśnicy wspaniale sobie radzą!”, jednak za to nieoczekiwane spotkanie jestem losowi wdzięczny. Strach pomyśleć, z jakiego pułapu mógłbym zacząć opowieść o dokumencie Byłem żołnierzem (z 1970 roku), będącym zapisem rozmów Kieślowskiego z ociemniałymi w czasie wojny (i z jej winy) weteranami, gdyby nie te kilka minut dyskretnego podglądania. Wystarczyło, by zejść na ziemię, by z ulgą – nieco ogłupieć.
A chwilę potem – coś zobaczyć.
