Drugi, równoważny tytuł: kanarek, sroka, liść. Ale przecież nie po kolei, linearność nie odpowiada rozgardiaszowi notatek, nie równocześnie też – bo chociaż wycinki, uwagi, przypisy pochodzą z jednego źródła, to źródło ma swoją historię. I swoją autorkę.
Archiwum
Jest nią Jadwiga Żylińska, mistrzyni prozatorskich miniatur, które publikowała przez ostatnie kilkanaście lat swojego długiego życia w „Tygodniku Powszechnym”, „Odrze” i „Twórczości”. Rozproszone teksty łączyła wspólna nazwa: Rzeczy prawdziwe i fantasmagorie.
Sam tytuł jest od cyklu znacznie starszy, pojawia się w podtytułach wczesnych utworów pisarki. Jadwiga Żylińska, zafascynowana od dzieciństwa światem elfów, absolwentka anglistyki i miłośniczka literatury zamieszkanej przez duchy z gotyckich zamczysk oraz demoniczne kochanki, była bardzo do słowa „fantasmagoria” przywiązana.
Trudno się temu dziwić: jest cudne, rzadko głośno wymawiane. Żylińska lubiła staroświeckie, niepowszednie słowa, a przy tym uważała, że język zawiera treści immanentne, niezbywalne i ukazujące drugie dno każdego tekstu, dialogu. Wychylenie w stronę niesamowitości, dziwności oraz zjawiskowości było dla niej równoznaczne z uchwyceniem materialnego świata na gorącym uczynku, kiedy to konkret powszedniości okazuje się okruchem transcendencji.
Życie duchowe wiodła Żylińska bogate. I niekonwencjonalne.
Ale nie o tym teraz: była także swoją rzetelną archiwistką.
Wszystkie utwory, artykuły prasowe, polemiczne i aprobatywne odpowiedzi na swe teksty zbierała i układała we własnoręcznie zdobionych teczkach. Przed wojną malowała dla rozrywki, w czasie wojny – by wygrać z rozpaczą, a po – w celu przetrwania czasów, gdy wydawnictwa odrzucały jej kolejne powieści. Ilustracji w magazynach mód nie podpisywała, trudno je teraz odszukać. Akwarele, przedstawiające postaci baśniowe (dziewczynka z zapałkami), powieściowe (z książek samej pisarki), historyczne (Linneusz w kapeluszu i żółtych podkolanówkach) kurzą się w kartonie. Ale teczki – zostały, przytwierdzone spinaczami do tekstów, które chroniły w mieszkaniu pisarki przed rozkładem.
Jan Kott, Jadwiga Żylińska i Emil Cioran albo: kanarek, sroka, liść – spotkali się w jednej z nich. Właśnie w tej, zatytułowanej Rzeczy prawdziwe i fantasmagorie, z seledynową planetą i wiedźmą na okładce.
Nie było to spotkanie przypadkowe.
*
Niemal rówieśnicy: Kott (1914) najmłodszy, potem Cioran (1911) – i Żylińska (1910), w dowodzie osobistym i w kilkunastu innych miejscach zmieniająca brzuchate zero na krągłe trzy, w pewnym sensie nie była więc najstarsza z tego pisarskiego trio. Każde z nich inaczej przeżyło te same doświadczenia XX wieku, w pewnym sensie zupełnie się nie znali. Ale:
Sroka – kanarek
Żylińska wspominała pewnego razu trudne czasy, kiedy to krytyk uczył Marię Dąbrowską, i nie tylko ją, jak pisać. Kochała, jak Kott, Shakespeare’a, ale była zarazem autorką opowiadania o młodym Conradzie–nie myślała nigdy o Kotcie czule. Jednak nie byli sobie obcy: spotykali się w jadalni domu pracy twórczej w Konstancinie, raz nawet – przypadkowo, ze względu na brak wyczucia wizytującej Rosjanki – spędzili letnie popołudnie popijając herbatę i rozmawiając na ogólne, nieangażujące tematy.
Mniej więcej czterdzieści lat później zaczęli regularnie widywać się na łamach „Rzeczypospolitej” i „Tygodnika Powszechnego”. Jan Kott, Santa Monica – tak zawsze podpisywał swe krótkie prozy, listy i noty do redakcji. Na szpalcie obok, na kolejnej stronie czy w kolejnym dodatku „Plus Minus” niejednokrotnie pojawiała się sygnatura: Jadwiga Żylińska, pisarka.
Połączyły ich senilia. Miniatury prozatorskie, drobiazgi pisarskie, małe formy pamięci: kilku- kilkunastozdaniowe wspomnienia odległych czasów i przeżyć.
Jakże się jednak różnili! Wspólna papierowa przestrzeń nie gwarantowała porozumienia duchowego. Kiedy pewnego razu Jan Kott, Santa Monica, skomentował szkic autorki Gwiazdy spadającej, zaczynając od słów: od dawna czytam z wielkim zainteresowaniem wszystko, co pisze Jadwiga Żylińska… pisarka nie odpowiedziała. A dopowiedzenie Kotta było ważne – i w rzeczy samej stanowiło nieobecną w szkicu puentę. Ponadto rzecz dotyczyła symboliki przestrzeni, podziału na sacrum i profanum oraz gościnności jako sytuacji granicznej, nieoczywistej. Nie chciała Żylińska Kotta w swoim tekstowym świecie.
Dlaczego? Być może zaważyły resentymenty w przeszłości. Ale różnic można doszukać się gdzie indziej: w imaginarium, wrażliwości, radykalnie innym sposobie odczytywani a znaków świata.
Liście
Mniej oczywista zależność: Żylińska i Cioran (a może związek Kotta i Ciorana też byłby zadziwiający? Zdecydowanie. Ale osią tej opowieści jest autorka Złotej włóczni). Cioran jest mistrzem miniatury filozoficznej, sentencjonalności promieniującej i zarazem cienistej. Przełożony na język polski późno, znalazł się w wyborze złotych myśli Ireneusza Kani, który czytała Żylińska. Tutaj znów można by wstawić nawias i opowiedzieć o związkach, oczywiście lekturowych, pisarki i tłumacza, ale trójczłonowy tytuł nie pozwala na rozbudowane dygresje. Ważne jest jednak zapośredniczenie lektury Ciorana i tekstowy dowód („Tygodnik Powszechny” z 16 marca 2003, pisarka liczyła wtedy 93 lata):
Być liściem
Chodząc po zwiędłych liściach w parku ZAIKS-u w Konstancinie powtarzałam w myśli: być liściem, być liściem, być liściem. Nie uświadamiałam sobie, dlaczego chciałam być liściem, choć intuicyjnie wiedziałam.
Po latach przeczytałam w „Ścieżce nocy” Ireneusza Kani cytat z Ciorana: „Lepiej niż człowiekiem urodzić się zwierzęciem, lepiej niż zwierzęciem – rośliną...”. Dlaczego lepiej? Myślę, że chodzi o pozbycie się odpowiedzialności. Człowiek nie może powiedzieć „non serviam”. Musi dźwigać swoją odpowiedzialność: nawet samobójstwo od niej nie uwalnia.
Cioran pisze: „Myśl o samobójstwie pomaga człowiekowi żyć. Nie jestem za samobójstwem. Jestem tylko za użytecznością idei o samobójstwie”.
Ukazuje człowiekowi jakieś wyjście. Może nie wyjście, ile ucieczkę od odpowiedzialności. Ale to właśnie jest dla człowieka niemożliwe. Pierwszy, kto powiedział „non serviam”, to Lucyfer. Zrzucenie z siebie odpowiedzialności jest pragnieniem lucyferycznym. Będąc człowiekiem muszę dźwigać swój los. Odpowiedzialność.
Jakiej natury było pragnienie Żylińskiej, by stać się liściem? W tym samym niemal czasie pisarka stworzyła monolog Dafne, której szczęśliwie udaje się uciec żądzy Apollina:
I odtąd zaczęło się moje wtóre życie. Tamto wydało mi się nieprawdziwe, jakbym żyła we śnie. Teraz nastąpiło przebudzenie. Byłam liściem na wietrze, zasilanym przez deszcze, byłam korzeniem sięgającym w głąb ziemi, tanecznie wyginającym gałęzie matką rodzącą owoce. (…) Byłam drzewem. (…) Odetchnęłam i przeciągnęłam się całym ciałem, wszystkimi członkami, od korzenia po czubek każdej gałązki i odczułam ogarniającą mnie błogość. (…) O, jak głęboko sięgały moje korzenie, jak nasiąkały życiodajnymi mocami, niczego nie ujmując innym bytom, niczego nie zagarniając sobie, co należało do innych mieszańców ziemi.
Żylińskiej miłość do przyrody pozbawiona była dramatyczności, rozdarcia, manicheizmu. Pisarka nie sądziła, że materia jest złem, nawet gdy przemija, a jej głęboki szacunek do mitologii, greckiej filozofii przyrody skutkował przeświadczeniem o świętości natury, szczególnie flory, szczególnie drzew. Drzewa nie mają duszy. Ale są święte – pisała w jednym z esejów. Dafne rozkoszuje się swym drzewnym istnieniem. Nie krytykuje jej pisarka za odmowę, ucieczkę od odpowiedzialności. Czyżby dlatego, że w drzewo laurowe przemieniają ją bogowie?
Swego czasu Żylińska krytykowała jedną powieść Parnickiego za to, że jej bohater panicznie boi się poczuć nagą stopą ziemi – i interpretowała to jako jeden z symptomów antyfeminizmu pisarza. Pragnienie, by zanurzyć się w trawie, położyć na łące i wpleść we włosy polne kwiaty, były dla niej bardzo swoiste. Znała się na ziołach i sporządzała napój, który przenosił ją do Elflandu (przepisu nie podaję, poszukajcie sami). Kontakt z przyrodą był dla niej zbliżeniem z Matką-Ziemią. Kobieta zajmowała miejsce między Matką-Ziemią a siłami kosmicznymi.
Dlaczego chciała stać się liściem? O czym była przekonana? Co wiedziała?
Znów: sroka - kanarek
Ze zwierząt najbardziej lubiła ptaki, a przynajmniej o ptakach najczęściej wspominała w swych małych prozach. Spotkanie ze sroką – bardzo kobiecym ptakiem, jeśliby przypomnieć dywagacje Hélenè Cixous o sroce-złodziejce – opisała w Rzeczach prawdziwych i fantasmagoriach.
Sroka
Sroka istotnie wleciała do pokoju. Była przerażona, że znalazła się w zamkniętej przestrzeni, fruwała po całym mieszkaniu i nie dała się zapędzić do otwartego okna. W końcu wzięłam ręcznik i machając nim udało mi się wyekspediować ją z mieszkania.
Myślę, że to było dla niej traumatyczne doświadczenie.
Sroka w zamkniętej przestrzeni może być symbolem albo metaforą – ale nie musi. Tutaj jest tylko (i aż?) stworzeniem, jakie znalazło się w nieodpowiadających warunkach, których reguł nie zna, żyjącą istotą, która chwilowo znalazła się w obcym środowisku, gdzie traci orientację. Nie-ludzkiej sroce pomaga wydostać się z mieszkania ludzka Żylińska. Wie, że dla sroki pobyt w jej pokoju – i jej sposoby, by ją pokierować do okna – nie były miłe, nie były delikatne. I tyle.
W 1994 roku na tej samej stronie Tygodnika Powszechnego (numer 30) znalazło się opowiadania Żylińskiej (Koronczarka z Maetz) i wspomnienia Jana Kotta, Wyrwane kartki. Wśród nich jedno:
Kanarek
Dostałem na Gwiazdkę od Rodziców kanarka. Sypało mu się do klatki siemię. I co rano zmieniałem mu wodę w małej miseczce. Bardzo lubiłem tego kanarka, ale kiedy budziłem się w nocy, chciałem mu podpalić ogonek i skrzydełka. Bałem się tych myśli, ale wiedziałem, że muszę. Którejś nocy podpaliłem dwoma zapałkami kanarkowi ogon. Potem płakałem aż do rana. Kanarek dalej latał po klatce z podpalonym ogonem i co rano sypałem mu siemię i zmieniałem wodę.
Rodzice wezwali wtedy do mnie Korczaka. Ale nie wiem, co powiedział.
Mały chłopiec, który karmi i sprząta klatkę kanarka, a w nocy pragnie go podpalić – a gdy to czyni, płacze do rana… Sprawozdawczość wyznania wstrząsa. Od razu przypomina się scena z Alexanderplatz, kiedy Franz myśli, że Mitze go rzuciła i dusi w ręce kanarka, prezent od ukochanej. Ten gest agresji – przeciw bezbronnemu ptakowi, przeciw sobie samemu – odłączonemu, zmaterializowanemu w innej istocie… Kanarek jako ucieleśniona metafora może pojawić się tylko w świecie, w którym istoty inne niż ludzkie nie mają wielkiego znaczenia. Franz – ten przekaz przewija się przez całe dzieło Döblina – kochał Mitze i Rudensa jednocześnie i to go zgubiło: mając dobro, pragnął zła.
Gdy myślę teraz o Janie Kotcie, myślę nie tylko o wielkim znawcy Shakespeare’a, nie tylko o polemice z Dąbrowską wokół Conrada, ale także o Janku, który musiał podpalić skrzydła kanarka i Janie, który się do tego przyznaje. Do zła, które jest, niezbywalne, ciągle o sobie przypomina (Cioran).
A kiedy zastanawiam się nad pragnieniem Żylińskiej, aby być liściem, być kwiatem, być drzewem, jak Dafne – być istotą inną niż człowiek, inną niż zwierzę, owad, ptak, inną niż kamień (Cioran)…
Chcieć stać się liściem. Co to pragnienie mówi o – nie, nie o człowieku – co to pragnienie mówi o świecie?
