Całe szaleństwo zaczęło się kilka, może kilkanaście miesięcy temu. Pewnego dnia weszłam na Facebooka i zobaczyłam, że moi znajomi tłumnie zaczęli dołączać do nowej grupy – ,,Frugo Wróć!”. Liczba członków ,,owocowej społeczności” (takiej nazwy używają w oficjalnym opisie założyciele grupy) rosła w zaskakującym tempie i dzisiaj wynosi już 91 395 osób – więcej niż liczy sobie mieszkańców na przykład Konin czy inne średniej wielkości miasto. Szybko też zaczęły powstawać na Facebooku kolejne, podobne do wyżej wspomnianej, strony zrzeszające miłośników napoju z lat 90. – ,,Lubię Frugo” (25 088 członków), ,,Frugo” (5 204) czy ,,No to Frugo!” (471).

Bezpośrednia inspiracja do napisania tego szkicu to – przesłane mi mms-em przez życzliwą znajomą – zdjęcie muralu-cytatu, jaki pojawił się ostatnio na jednej z poznańskich kamienic. „Pierwszy nasz obowiązek przy rannym wstawaniu: rumienić się za siebie” – oto jego treść. Autorem słów jest Emil Cioran, którego setna rocznica urodzin minęła w kwietniu (i to też, jak myślę, dobry pretekst, żeby przybliżyć nieco sylwetkę tego myśliciela).

Drugi, równoważny tytuł: kanarek, sroka, liść. Ale przecież nie po kolei, linearność nie odpowiada rozgardiaszowi notatek, nie równocześnie też – bo chociaż wycinki, uwagi, przypisy pochodzą z jednego źródła, to źródło ma swoją historię. I swoją autorkę.

W przestrzeni mogącej się wizualnie bardzo podobać, czekałem na projekcję czterech filmów dokumentalnych Krzysztofa Kieślowskiego. Wędrówka korytarzem w jedną stronę, powrót, wybór innego korytarza, równie jednak pustego. Czwartkowy wieczór, za ogromnymi szybami zapowiedź stosownego do ich wielkości deszczu.

Jak każdy związek, również i ten przeżywa swoje dobre i złe chwile. Z początku mógł być uznawany za mezalians, przecież twórczość literacka ma nieporównywalnie dłuższą tradycję. Dziś nikogo już nie dziwi, że obie sztuki kokietują się wzajemnie, co więcej, to filmy niemal zawsze są popularniejsze od swych książkowych pierwowzorów. Cofnijmy się jednak o kilkadziesiąt lat, gdy to signum temporis nie miało jeszcze racji bytu…

Nosił francusko brzmiące nazwisko, literaturę pisał wyłącznie po niemiecku, żył i tworzył we frankofońskiej części Belgii, z pochodzenia był Austriakiem, z „przymusu i niemożności” Żydem. To wystarczająco dużo na jedną tożsamość. Być może nawet za dużo. Na jego grobie, a właściwie surowym głazie, znajdującym się na wiedeńskim Cmentarzu Centralnym, widnieją: imię i nazwisko – Jean Améry; daty życia i śmierci – 1912-1978; oraz sześciocyfrowy numer z Auschwitz – 172364. Między tymi liczbami, podobnie jak między wierszami jego niezwykłej i wciąż niedocenionej twórczości, rozegrał się „dramat ocalenia”, którego aktami były neurotyczne dyskursy XX wieku. W tym roku przypada setna rocznica urodzin pisarza – warto zastanowić się, kim (i jak) był Jean Améry. 


Brazylijski pisarz nie stara się analizować rzeczywistego świata, nie sili się na rozważania trudne, a przez to mało popularne. Mówi czytelnikowi to, co chce on usłyszeć.