Anatol Stern i Bruno Jasieński, jeśli czasem uda im się zaistnieć w zbiorowej świadomości czytelniczej, funkcjonują w niej jako futuryści, autorzy obrazoburczych jednodniówek (raczej: jednodńuwek), jeszcze bardziej obrazoburczych poezokoncertów czy poeci-słowiarze. Zapomniany zaś jest ich postfuturystyczny tomik Ziemia na lewo.
Futuryzm należy dziś już tylko do historii literatury, i to raczej głębokiej. Bywa „odkopywany” jedynie raz na jakiś czas, w dodatku częściej przez muzyków (Grabaż z czasów wczesnej Pidżamy Porno, Duże Pe z czasów Sinusa) niż innych poetów. Natomiast Ziemia na lewo nawet z obiegu historycznoliterackiego po prostu wypadła. Przyczyn jest z pewnością wiele, a „kontrowersyjny” światopogląd, jaki chciałby promować tomik, to tylko najoczywistsza z nich.
Kilka faktów w porządku chronologicznym: w 1923 roku, w „Zwrotnicy” Tadeusza Peipera, Bruno Jasieński ogłosił koniec polskiego futuryzmu. Ziemia na lewo ukazała się rok później. Był to czas dużego fermentu politycznego, czas starć niezadowolonych robotników z funkcjonariuszami świeżo powstałej Rzeczpospolitej, czas, w którym Juliusz Kaden-Bandrowski określał Polskę mianem „odzyskanego śmietnika”, Stefan Żeromski wydawał Przedwiośnie, a Zofia Nałkowska Romans Teresy Hennert. Dzieła z jednej strony dokumentujące rozczarowanie elitami rządzącymi, nieradzącymi sobie z palącymi problemami młodego państwa, z drugiej – poszukujące nowych dróg wyjścia z kryzysu socjalno-gospodarczego. Taki wzrost zainteresowania tematyką społeczno-narodową (co ciekawe, raczej w prozie niż w poezji) uświadamia, że również Ziemia na lewo nie narodziła się w próżni, a – jako manifest postawy komunistycznej, policzek wymierzony burżuazji, projekt wyraźnie zaangażowany ideowo (ideologicznie) – trafiać mogła na podatny grunt.
Kilka wskazówek interpretacyjnych: „zleceniodawcą” Ziemi na lewo był Aleksander Ostrowski, właściciel komunizującego wydawnictwa Książka. Tomik ukazał się w liczbie 1000 numerowanych egzemplarzy. Istnieją dwie rozbieżne relacje dotyczące jego genezy. Autorem jednej z nich jest inny eksfuturysta, Aleksander Wat, który twierdził (Mój wiek. Pamiętnik mówiony), że w owym czasie Jasieński nie był jeszcze zbyt zaangażowany politycznie, a „rewolucyjność” wspólnego tomiku traktował – w przeciwieństwie do Sterna – z przymrużeniem oka. Zgodnie z drugą wersją wymowę ideową Ziemi na lewo należałoby traktować jak najbardziej serio. Przeświadczenie to opiera się na relacji samego Jasieńskiego, wspominającego, że bunt robotników, którzy w 1923 roku na dobę przejęli władzę w Krakowie, wstrząsnął podstawami jego niewyrobionego jeszcze światopoglądu i stanowił dlań właśnie zwrot w kierunku komunizmu.
Przyjrzenie się treści niewielkiego (sześć wierszy Jasieńskiego, tyleż Sterna oraz wspólny wstęp i utwór tytułowy) tomiku pozwala rozwiać niektóre wątpliwości dręczące współczesnego czytelnika. Cel, jaki postawili sobie poeci w Ziemi na lewo, został określony we wstępie-manifeście: „Ziemia na lewo jest pierwszym u nas tomem poezji, poświęconym człowiekowi masy, temu ukrytemu bohaterowi dziejów”, a jako że „sami historycy mieszczańskiej kultury głoszą jej schyłek […] pragniemy miłosiernie przyspieszyć jej śmierć, aby na zupełnie oczyszczonem miejscu wznosić fundamenta nowej”. Od razu jednak trzeba napisać, że Ziemia na lewo nie ma nic wspólnego z artystyczną miernotą późniejszej literatury socrealistycznej. Nie jest też z pewnością poezją pisaną dla proletariatu: zbyt wiele w niej wyrafinowania, podźwięków futurystycznych eksperymentów słownych, równoważonych jednak – co ciekawe – dużym zrytmizowaniem niemal wszystkich wierszy, rzadko spotykanym wcześniej u piewców słów na wolności. Jest to raczej poezja o proletariacie, kierowana między innymi do znienawidzonego burżuja, u którego wywołać ma „rzygnięcie przerażenia”.
Z dwóch poetów większą świadomość komunistyczną – jeśli można użyć takiego sformułowania – posiada chyba Stern. U Jasieńskiego dostrzegalne są dość kłopotliwe sprzeczności, jakby potwierdzające wątpliwości Wata. Jest więc w jego wierszach silna wiara w (robotniczy) tłum, mający dokonać przewrotu i zasygnalizować nadejście „nowego”, wiara czasem iście religijna („do wszystkich okien i drzwi już wali kolbami mauzerów / w łunach wschodzącej zorzy wielka świetlana NOWINA!”), czasem mająca charakter przeczucia („coś się tu stanie coś się stanie / nad miastem zawisł strachu tuman / słyszę dalekich burz błyskanie / co w żyłach krew spiętrzają tłumom”), jednak wszystko to odbierane jest jakby intuicyjnie, jako nasłuchiwanie, oczekiwanie, nie – wezwanie do walki. To wyczekiwanie stanowi bodaj jedyny wspólny mianownik wierszy młodszego z poetów.
Część Jasieńskiego otwiera MARSYLJANKA, utwór rewolucyjno-militarystyczny sensu stricto, stylizowany na miłosną apostrofę do Marsylianki-uosobienia przewrotu, zasygnalizowanego w wierszu świetnym dwuwersem „ujrzę pod sobą biały chodnik chmur / a pod głowami nieba twardy asfalt”. I cóż z tego, skoro z MARSYLJANKĄ sąsiaduje jawnie antymilitarystyczny MARSZ, ubrany w mistrzowską formę kojarzącą się z jednej strony z rytmem żołnierskiego pochodu, z drugiej – z serią wystrzałów z karabinu maszynowego. Próżno szukać tutaj „towarzysza Mauzera” (występuje on co prawda w innym wierszu…) z podobnie zatytułowanego utworu Lewą marsz Włodzimierza Majakowskiego. O ile u futurysty rosyjskiego mamy do czynienia ze zwycięskim pochodem rewolucji, o tyle u Jasieńskiego jest to chód ku bezsensownej śmierci, opłakiwanej przez partnerki życiowe młodych żołnierzy. Główną siłę wiersza stanowi właśnie forma. Oto próbka: „panna. płacze. idą. na wojnę. / takie. młode. takie. przystojne. / rzędem. za rzędem. z rzędem. rząd. / wszyscy. wszyscy. wszyscy. na front. / eh by. było. młodych. mam. / tra-ta-ta-ta-tam. tra-ta-ta-ta-tam.”. Jeśli jednak można ewentualnie potraktować MARSZ jako sprzeciw wobec „starego” świata, wysyłającego ludzi na śmierć w imię walki o ojczyznę, to następny w kolejności PSALM POWOJENNY – już nawet nie antymilitarystyczny, lecz po prostu pacyfistyczny, wzywający do powszechnego, wyraźnie sakralizowanego, braterstwa – odnieść trzeba również do świata nowego: „Chrystus zginął nie przyjdzie grzechów wam odpuścić / kiedy od ciężkich haubic pójdziecie za pługiem / odpuszczajmy swoje nieprawości! / całujmy usta jedni drugim! / […] aniołowie już idą umywać wam nogi / o dziwni niezgłębieni cudowni ludzie!”.
Obok takich wersów występują jednakże jawnie rebelianckie: „w krtań zabijemy zpowrotem kulą wyplutą z brauninga / […] miejsca! gromada idzie! proletariacki samum! / czapkami drogę wymościł taneczny krok rewolucji!”. Obok spojrzenia kolektywnego (np. śpiew maszynistów) – jakby zbliżenie perspektywy, skupienie na jednostce, która również okazuje się mieć symboliczny wpływ na historyczne wydarzenia (bajka o kelnerze). Obok twardej (choć intuicyjnej) „konieczności dziejowej”, jako przyczyna działania rewolucyjnego występuje też epifania, niemalże boskie objawienie roli, jaką ma się do odegrania w przygotowywaniu gruntu pod nadejście „nowego”. Obok apostrof-próśb do Boga („przyjm nas! przyjm nas! wszyscyśmy święci / dobrzy ludzie prości i cisi”), apostrofy-groźby („oddaj oddaj cożeś nam winien!”). Tak sprawa wygląda u Jasieńskiego i trudno orzec, czy jego rozdwojenie jest efektem moralnych rozterek, świadectwem poszukiwań ideologicznych nie do końca jeszcze ukształtowanego światopoglądowo poety, czy może przejawem samodzielnego myślenia…
U Anatola Sterna uderza z kolei bardzo duża świadomość: odwołania do rewolucjonistów rosyjskich (Lew Trocki występuje tu na przykład w roli negatywnej), do konkretnych wydarzeń historycznych (konferencja genueńska), do naczelnych haseł rewolucji proletariackiej (literalnie wyrażana „konieczność”, potrzeba wyzbycia się kapitalistycznego „lęku o swoje”). Wspólna z Jasieńskim byłaby na pewno sakralizacja działań rewolucyjnych, która u Sterna poprowadzona jest jednak znacznie dalej: występuje on raczej jako prorok obwieszczający Nową Wiarę, niż jako świadek wydarzeń. Prorok mocno obrazoburczy: „pójdźcie! ewangelie nowe dam wam i najsłodsze! / […] z tych trzech na krzyżu ciebie nienawrócony sławię łotrze! // to tylko święte coście poznali zmysłami / co kazało krzyczeć waszemu ciału z głodu!”. Nowa Wiara kładzie zatem nacisk na zmysłowość, krew i mięso, wyrasta wprost z poczucia nienasycenia, z głodu idei, ale też z głodu całkiem realnego, stanowiącego niejako usprawiedliwienie wszelkich działań: „oskarżaj mnie jeśli w tym nie utoniesz hałasie! / wszyscyśmy tu na sali na szczęście zbrodniarze / mordercy sensu zgruchotanych snów pajęczarze / którzy z życia jak ze strychu plądrują co da się”.
Jednak i u Sterna pojawiają się osobliwe dysonanse: w pewnych utworach jawiący się jako (bezlitosny) prorok usprawiedliwiający „konieczne” zbrodnie wynikające z ludzkiej nędzy, w innych występuje jako pełen bólu podmiot liryczny, odczuwający pragnienie realnego zrównania wszystkich ludzi, lecz dostrzegający nienaruszalne nierówności między nimi, wywołujące przesyt jednych a nienasycenie drugich („jestem cały ogromny rozkrzyczany odcisk / w który się werżnął rozkoszy rozżarzony but!”). Obie dyspersje można jednak pokonać prostym – zdawałoby się, w istocie utopijnym – sposobem: wyrzekając się swych potrzeb prywatnych na rzecz dobra wspólnego: „o karnawale równości! o wolności łuku!! / dżdżem krzyków go obrzućmy tych radosnych kul / gdy skomląc po głów naszych będzie zmykał bruku / LĘK O SWOJE – najstarszy wieczny ludzki ból!”.
Stern, oczywiście, nawołuje do rewolucji. Świadom jest jednak tego, że historia to pasmo nieprzerwanych (koniecznych?) cierpień: „za wiele / za wiele jest krwi / między wierszami tradycji”. Ten dialektyczny splot dobrze widać szczególnie w wierszu wojna miłości, pod pewnymi względami bardzo aktualnym („z żylastych rąk skorpiona dziś naftową ropą / przyjmujesz nowy chrzest ludzkości europo!”). Dużo tu wersów co najmniej ambiwalentnych: „europo klęknij!! fanatyzm cię będzie spowiadał”, „już niema morderców gdzie jest każdy mordercą”, aż do finalnego „patrz-no dobrze: czerwony trocki i papież purpurowy / podają sobie ręce te dwie świata połowy”. Trudno rozwikłać ten dualistyczny przekaz wiersza: czy chodzi tu o aprobatę, czy o potępienie?
Bo też Stern dobrze orientuje się w iście dialektycznych prawach rządzących każdą rewolucją. Kolista triada REWOLUCJA – DOGMAT – REWOLUCJA (AD INFINITUM) jest przedmiotem jego ostatniego wiersza (o takim właśnie tytule), być może najlepiej z całego cyklu ukazującego pozycje, z jakich mówią Stern i Jasieński: nie są to pozycje zaślepionych czcicieli dogmatu, w jaki nieuchronnie miała się zamienić ideologia, gdy już komuniści doszli do władzy. Są to pozycje młodych (Stern – 25, Jasieński – 23 lata) idealistów, głęboko – choć tragicznie – wierzących w możliwość odnowy świata za pomocą utopii. Pozycje dalekie od ortodoksji, pozwalające dostrzegać prosty fakt, że gdy tylko rewolucja zwycięża dawny dogmat, sama staje się dogmatem, a jej dawni prorocy przedzierzgają się w zbrodniarzy najczęściej gorszych od tych, których zwalczali. Nie uwalnia to jednak ostatniego utworu Sterna od złowieszczych tonów: „gdy poczujesz że stopa moja jak niki twoją głowę depce / proszę cię wybacz i staraj się znieść to bez bolu / nie chciałbym usłyszeć że wołasz: jak można anatolu! // to konieczność!”. Niełatwo dziś zrozumieć, w jaki sposób łączyły się takie sprzeczności i trzeba chyba – nieco bezradnie – zrzucić je na karb wiary w ową osławioną konieczność dziejową: budowa nowego wspaniałego świata wymaga poniesienia ofiar w świecie starym.
Ziemię na lewo wieńczy utwór tytułowy, być może najlepszy w całym tomiku. O ile w Lewą marsz „ma głos / towarzysz Mauzer”, o tyle tutaj Ziemia to „czarna kula z brauninga”. Jest tu też trochę czysto futurystycznych środków poetyckich z pięknymi aliteracjami (i przy okazji, tuż obok, polisemią) na czele: „dosyć dotąd toczyła się w prawo! / prawo dzisiaj strzaskaj i z tronu strąć!”. Jest wreszcie wyraziste samospełniające się proroctwo: „lewo się toczy dzisiaj na prawo! / na wschód i zachód! na zachód i wschód”. Cóż: „Widmo krąży po Europie”…
Trudno z perspektywy wydarzeń historycznych pozytywnie oceniać zaangażowanie ideowe w komunizm. Ziemia na lewo nie jest jednak żadną trywialną agitką indoktrynującą masy. Przeciwnie, stanowi ciekawe artystycznie świadectwo zachłyśnięcia się nową, tkwiącą jeszcze w powijakach, ideą; moment narodzin szczerej – i w gruncie rzeczy szlachetnej – wiary w to, że może ona uzdrowić świat. Że wiarę tę Jasieński przypłacił życiem, że wiara ta całkowicie się zdezawuowała, nakazując dziś ludzkości z większą rezerwą podchodzić do utopijnych wizji, to już inna historia…
