Czym jest festiwal filmów dokumentalnych – pisać nie będę, bo filmoznawczynią nie jestem. Czym festiwal taki być może – też nie napiszę, bo tu niesłychanie ważne jest osobiste doświadczenie. Czym festiwal był – podzielę się trochę, mając tę świadomość, co powątpiewa mocno w możliwość przekazania Sensu i Prawdy oraz Całościowego Wymiaru, ale która – to istotne – ma zdolność zachowywania wrażeń, odciskających się na osobie oglądającej. Tak jak nie do zapomnienia jest plakat tegorocznego festiwalu: z wielką głową psa, jego nosem na pierwszym planie i oczami świdrującymi cię na wylot.
Które filmy wygrały konkurs, przeczytasz na stronie festiwalu [www.kinotranzyt.pl]. A jakie problemy poruszały zwycięskie dokumenty? To interesuje mnie najbardziej: pewna interwencyjność w rzeczywistość. Zatem? Jak żyje się pewnej rodzinie w blokowisku w Kijowie na (nie)demokratycznej Ukrainie. Jak za pomocą zdjęć i rysunków opowiedzieć historię rodzinną (a może baśń?) o przymusowym wyjeździe litewskich dziadków na Syberię. Jak, dajmy na to, idee posthumanizmu i cyborgizmu opowiedzieć filmem średniometrażowym w firmie pełnej maszyn. Co można robić w białoruskiej, niezwykle malowniczej wiosce, żeby najzwyczajniej w świecie kill the day.
A co poza nimi, zwycięzcami, można było zobaczyć jeszcze przed ogłoszonym przecież na końcu werdyktem? Building Nr. 6. By wziąć Get Luder, tak Do dna, w nie-okolicach Blue sky. Dark bread. Gdzieś przy Planet Kirsan. Jak Sisters Across the Gulf of Finland. Niczym Smolarze. Wzdychając czasem: Oj Boże, drogi Boże. I zupełnie Między znakami. I tak dalej.
Niezwykle istotne dla mnie było to, że na festiwalu filmów dokumentalnych pojawiła się sesja (nie zaś zaledwie „kącik”) filmów i spotkań dotyczących kobiet. Ważne produkcje o nich, jak pokazują wciąż praktyki kultury, często są pomijane, marginalizowane lub gettoizowane. Był chociażby dokument historyczny o przesiedleniach (po)wojennych, Jugów. Pamięć i zapomnienie, zrealizowany przez Fundację eFKa, opowiadający życia głównie kobiet na nowych ziemiach (tu: w Górach Sowich), nieskąpiący informacji drażliwych (jak gwałty, rabunki) i tabuizowanych (jak choroby kobiet czy menstruacja). Pokazujący też, jak różne są oblicza wielkiej i małej historii, jak rozmaite są sposoby opowiadania i zapamiętywania jej.
Czym też był TRANZYT, festiwal o budżecie tak małym względem chociażby międzynarodowego Transatlantyku J.A.P. Kaczmarka? Projektem wchodzącym w przestrzeń poznańską – w tym sensie, w jakim można pobudzać do działania ciekawe kulturalne miejscówki miasta. Gdzie odbywały się projekcje filmów i spotkania? W Pasażu Kultury, wakacyjnej przestrzeni kulturalnej między Arsenałami na Starym Rynku, a także w samej Galerii Arsenał, która zajmuje się współczesną sztuką w sposób wystawienniczy
i publikacyjny. W małej, ale ciekawej galerii Malingrad przy Parku Wilsona. W Dragonie i jego Małym Domu Kultury, w których zresztą ciekawe akcje koncertowo-teatralno-warsztatowo-jakiekolwiek często mają miejsce. Także w kinie Muza, ostatnio wybranym przez kinomaniaków najlepszym poznańskim kinem. W młodym kinie Orbis Pictus, które pod koniec 2011 roku szukało dla siebie nowego lokalu. Również w Kisielicach, klubie, który nie poprzestaje na serwowaniu picia i jedzenia, dbając także o pożywkę kulturalną dla swych gości. No i była też chociażby Meskalina, miejscówka akurat podczas festiwalu koncertowa w samym sercu miasta.
W Poznaniu od dwóch dekad w listopadzie można uczestniczyć też w innym festiwalu filmów dokumentalnych – Off Cinema. TRANZYT, odbywający się nie latem (jak dotychczas), ale jesienią (gdy raczej mało w deszczowym, październikowym Poznaniu się dzieje), jest pomyślany nieco inaczej. Tu można uczestniczyć w warsztatach: scenariuszowych (na przykład z pisarką Joanną Jodełką), fotografii standardowej oraz otworkowej, można również obejrzeć wystawy fotografii, a dzień filmowy zakończyć koncertem. Ale przede wszystkim, bo to tu chyba najistotniejsze, jest to festiwal ekumeniczny, regionalny, multikulturowy: ma skupić filmy i twórców zwłaszcza Europy Środkowo-Wschodniej (i z tego regionu jest ich najwięcej). Przypomina rzecz być może oczywistą, nierzadko jednak zapominaną, umniejszaną: że słowiańszczyzna może być niesamowita.
Niesamowitość – może to jest słowo-klucz do tegorocznej edycji TRANZYTU, który to „przejście” (łac. transitus) pokazuje i tłumaczy po wielokroć? Bo tu i piękne obrazy spotkasz, i ludzi trochę wyśnionych, a trochę – jak to w baśni – czasem okrutnych.
I zobaczysz świat, którego nie znasz i obce tobie problemy. A można było też obejrzeć w tym roku film dokumentalny Agnieszki Arnold, Bunt Janion, o niezwykłej, wybitnej naukowczyni, Marii Janion. Bo może warto dostrzegać tabu, ale i zwyczajność, a także właśnie niesamowitość istnienia? Istnieje się rozmaicie. Ale przecież istnieje się i będzie się istnieć w tych rzeczach, które się po sobie pozostawi. Janion zostawi po sobie stosy książek i tysiące myśli, zostawi też – jakżeby inaczej – Niesamowitą słowiańszczyznę. Podczas gdy mass media lansują mierne osobowości, filmy dokumentalne w zwyczajnych ludziach i w osobach o ogromnych dokonaniach dostrzegą gwiazdy (o blasku, myślę sobie, wiecznym). Tak szczerze, mocno. W krótkim, średnim i długim metrażu. I z pewnością – na zawsze.
