Zuzanna Kołupajło: Relacja ze spotkania: Monika Talarczyk-Gubała, Salon w Różach: Inspiracje

Władczynie spojrzenia– taki tytuł nosi najnowsza książka o reżyserkach filmowych, której autorką jest Małgorzata Radkiewicz i którą polecała dr Monika Talarczyk-Gubała na pewnym spotkaniu o kobietach w filmie.
 

Władczynie spojrzenia – były i są
[ wtorek 17 maja, godz. 19:00 – 21:00; Republika Róż]

Monika Talarczyk-Gubała przyjechała do Poznania na zaproszenie Baraku Kultury, by być gościem znanego już cyklu Salon w Różach: Inspiracje. Jest filmoznawczynią. Zajmowała się chociażby tematem komedii w PRL-u: napisała o tym doktorat i książkę pt. PRL się śmieje! Polska komedia filmowa 1945-1989. Interesuje się przede wszystkim kinem kobiet.
I właśnie o nim chciała opowiedzieć na wtorkowym spotkaniu w Republice Róż.
A to wcale nie jest takie oczywiste i łatwe. Jak się okazuje bowiem, w historii kina było ponoć niewiele reżyserek. Monikę Talarczyk-Gubałę zajmuje dociekanie pewnych prawd. Dlaczego mamy w Europie Środkowiej tak mało kobiet-reżyserek? Dlaczego niewiele kobiet było w szkołach filmowych? Jakie jest kino kobiet(y)? Czy istnieje kobiecość kina?
Właściwie mogłabym napisać: Było wspaniale! i tym rozpocząć relację z tego filmowego spotkania. Ale można byłoby mnie posądzić o zbytni subiektywizm i nadmierną afirmację. Bo sama interesuję się tym, co kobiety w kulturze robiły i robią. Zacznę więc od tego, że pod koniec spotkania… było duszno, bardzo duszno. Wniosek jaki – fizjologiczny tylko? Bynajmniej! Republika Róż zgromadziła wiele osób, które zostały do końca spotkania. Nie wyszły znudzone. Zadawały pytania. Były – najprościej rzecz ujmując – zaciekawione.
Temat nowy: kobiety, które robią filmy. Co ważne jednak: filmy obyczajowe, tzw. mainstreamowe. Takie, które zobaczyć mogą (powiedzmy) wszystkie osoby, nie filmy outsiderskie, z artystycznej niszy, która rządzi się przecież innymi prawami. Jedynie parę osób (!) w Polsce zajmuje się kobiecym kinem/kinem kobiet. Podczas gdy na Zachodzie feministyczne/kobiece teorie kina są przerabiane od lat 70., u nas to metodologie ledwie raczkujące. Jednak nadrabiamy zaległości. Powoli. I na akademii, i popularyzatorsko – chociażby na takim spotkaniu jak to.
Spotkanie prowadziła z założenia Agnieszka Gajewska. Jednak Monika Talarczyk-Gubała mówiła tak ciekawie, długo i sensownie, że nie sposób było jej często przerywać. I tematyka interesująca (choćby dlatego, że nowa), i monolog interesujący. Bez używania trudnych filmoznawczych terminów, bez pewnej przesadności naukowej. Momentami dowcipnie,
z wyczuwalną swobodą i pasją.
Można było wysłuchać krótką opowieść o historii kobiet w kinie i wielką opowieść 
o reżyserkach zza żelaznej kurtyny . Podczas tego dwugodzinnego spotkania zerkaliśmy co chwila na wyświetlaną prezentację multimedialną: ze zdjęciami różnych reżyserek
i reżyserów, z hasłami, z szotami z filmów. Puentą był film pt. Słoń (adaptacja opowiadania Sławomira Mrożka) w reżyserii – uwaga! – Agnieszki Osieckiej.
Osiecką znamy jako poetkę, autorkę zazwyczaj wierszy i piosenek miłosnych. A ona zaczynała od szkoły filmowej. I, jak dowiedzieliśmy się na spotkaniu, najprawdopodobniej była pierwowzorem Agnieszki, reżyserki-pasjonatki, w znaczącym filmie Andrzeja Wajdy Człowiek z marmuru.
Interesujące wydaje się ogólne drążenie historii kina. Zadawanie pytań, szperanie
w archiwach, sprawdzanie not krytycznych i recenzenckich, a także – czytanie listów
i dzienników. Może warto spytać, dlaczego Osiecka zrezygnowała z robienia filmów, skoro zapowiadała się jako świetna reżyserka? Dlaczego było jej źle na studiach, a później – ciężko na planie filmowym?
Talarczyk-Gubała zwróciła także uwagę na to, w jaki sposób pisało się i pisze o kobietach filmowych: reżyserkach, scenarzystkach, itd. Że często zwraca się uwagę nie na wartość ich pracy, ale chociażby na wygląd, fizjologię. Stereotypizowanie nie omija więc ani filmowców, ani – filmoznawstwa.
Punktem wyjścia byłaby więc pewna świadomość: taka, która wie, że istnieją wykluczenia, która wciąż szuka, która potrafi wskazywać mechanizmy władzy, choćby spojrzenia.
Władczynie spojrzenia– książkę warto przeczytać. I warto chodzić na spotkania, które nie dość, że wzbogacą wiedzą, to jeszcze napędzą: do myślenia i do robienia pasjonujących rzeczy. Mnie się tak właśnie przydarzyło. We wtorek 17 maja w Salonie w Różach.

[Autorką fotografii ze spotkania jest Agata Krupieńczyk]