Zuzanna Kołupajło: Naturalne właściwości literatury

Czy można spędzić miło czas na łonie natury, będąc jednocześnie w mieście? Czy można mieć przyjemny wieczór o przyrodzie, siedząc w podziemiu pewnej kawiarni? Relacja ze spotkania z Julią Fiedorczuk, Salon w Różach: Inspiracje (Republika Róż; 15 marca, wtorek, godz. 19:00)

Czy można spędzić miło czas na łonie natury, będąc jednocześnie w mieście? Czy można mieć przyjemny wieczór o przyrodzie, siedząc w podziemiu pewnej kawiarni?
Najtrudniej może ogarnąć człowieka, który robi bardzo wiele. Pisze i pracuje. Uczęszcza na uniwersytet w Warszawie (bo to miejsce pracy), ale i poza Warszawę sobie wybywa. Zajmuje się literaturą amerykańską i tą pisaną po polsku. Czyjąś i swoją. Tłumaczeniem. Poezją i prozą.
Jednak takiej osobie można zadać wiele pytań na interesujące tematy. Z tego też skorzystała Lucyna Marzec, prowadząca spotkanie literackie w Republice Róż z cyklu Salon w Różach: Inspiracje. Bo o twórczości i pracy naukowej Julii Fiedorczuk, która była zaproszonym gościem, można by – tak mi się wydaje, z tego, co zauważyłam – mówić dużo.
Julia Fiedorczuk jest amerykanistką, tłumaczką. Jest jednak także osobą piszącą. Najpierw wydała cztery tomiki poetyckie: Listopad nad Narwią[2000], Bio [2004], Planeta rzeczy zagubionych [2006], Tlen [2009]. Następnie otworzyła się na prozę: w 2010 roku wydano zbiór opowiadań Poranek Marii i inne opowiadania, a w kwietniu 2011 roku opublikowana została powieść Biała Ofelia. Ciekawa droga: od poezji do prozy.
Jednak to, co wydaje mi się najciekawsze, jest wpisane we wszystkie jej teksty: bio-tematyka. Mało
w Polsce poetów/poetek, którzy/które od niemal 10 lat przeszczepiają na grunt rodzimej literatury idee posthumanistyczne, animal studies. Nieantropocentrycznej empatii próżno szukać. Ale Julia Fiedorczuk, której to wszystko nie jest obce, która prowadzi zajęcia z ekokrytyki, jest znaczącym wyjątkiem w polskiej literaturze pod tym względem. I to właśnie skłoniło mnie do przyjścia na spotkanie z nią. Powiem więcej: nakłoniło do ucieczki z uniwersyteckich zajęć.
Przyszłam na to spotkanie jako osoba dostrzegająca znaczne walory twórczości Fiedorczuk. Jako ta, która Fiedorczuk przeczytała. Która zatem pisarkę i poetkę jakoś tam zna.
Przyszłam posłuchać, jak mówi i co mówi. Jak jeszcze można interpretować jej teksty.
Dwie godziny były bogate i różnorodne. I nawet: niewystarczające. Okazało się, że twórczość Fiedorczuk można czytać bardzo dogłębnie, z wielu perspektyw metodologicznych, estetycznych
i filozoficznych. Mnóstwo w tych tekstach niedopowiedzeń, niedookreśleń. To, co ważne, często dzieje się poza płaszczyzną znaku. Światy literackie, jakie konstruuje Fiedorczuk, dotyczą zazwyczaj przyrody albo jakichś związków z nią. Poruszają tematy rozmaitych istot, dotykają problematyki ekologicznej, inspirują się biologią czy przyrodoznawstwem. Postaci literackie są tworami – dosłownie – z krwi i kości: mają ciała, fizjologię, zależą od otaczającej natury.
Można więc czytać Fiedorczuk różnorako, chociażby ekokrytycznie czy feministycznie. Jej teksty osadzone są w szerokich kontekstach społeczno-kulturowych. Pewnie więc pisarka przekłada na język literacki to, co wie. Robi to czasem świadomie, czasem – bezwiednie. Czasami pisarka ze zdziwieniem przyznawała rację prowadzącej spotkanie, że nawet tak można jej teksty interpretować.
Wiele osób, które przyszły na spotkanie, mogło dowiedzieć się, czym jest posthumanizm, że można czytać ekokrytycznie [bo nie da się ekokrytycznie pisać]. Że w zbiorze opowiadań pisarka wskazuje na rozmaite zależności człowieka, natury i ekonomii – pojawiło się omówienie zarabiania na ekologii, mody na ekologię. Co jeszcze? Że Julia Fiedorczuk dużo częściej czyta poezję amerykańską i to pewnie z niej głównie czerpie inspiracje do pisania. Że zna zarówno zwyczajne zmaganie ludzkie, jak i nie-ludzkie (istnienie i problemy zwierząt, roślin i materii nieożywionej). Że wie, co się dzieje
w mieście i wie, co robią lub chcą robić ukradkiem niektórzy ludzie (leżą w liściach lub tworzą tzw. bojówki ogrodnicze, które zazieleniają roślinami miasto).
Wydaje mi się, że mogłabym siedzieć w Republice Róż nawet do rana. Ale nawet najciekawsze wydarzenia trzeba przerwać, żeby nie zamęczyć: gościa i siebie. Lubię spotkania, które albo wybiją mnie z rytmu, albo poszerzą kontekst danej osoby czy jakiegoś problemu. To takie było. Okazało się spotkaniem poświęconym znakomitej pisarce, która swoim czytelnikom i czytelniczkom ma wiele do powiedzenia. Wiele i ciekawie. W dodatku – bez narcyzmu. I znowu, po spotkaniu, nabrałam ochoty na czytanie poezji. Najpierw poezji (i prozy) Julii Fiedorczuk. Więcej poezji! Naturalnie.
 
[Autorką fotografii ze spotkania jest Agata Krupieńczyk]