Przepis na łapanie motyli Ewy Zadary, mimo że korzysta z wielu chwytów charakterystycznych dla prozy popularnej, jest interesującą powieścią o kobiecie, która nie zgadza się na wtłaczanie w role, jakie narzuca jej społeczeństwo. Musi wciąż zadawać sobie pytania o to, czy działać w zgodzie z własnymi pragnieniami, czy dla dobra rodziny rezygnować ze szczerości względem samej siebie.
Popularna proza dla kobiet przyzwyczaiła nas do pewnych schematów fabularnych, które są powielane w coraz to nowych wariantach. Gdy poznaje się zarys fabuły książki Ewy Zadary, początkowo zdaje się on nie zaskakiwać niczym szczególnym – kobieta po pięćdziesiątce czuje się niespełniona, ma poczucie, że nie osiągnęła w życiu tego, czego pragnęła, postanawia więc udowodnić sobie i innym, na co jeszcze ją stać. Ja wam pokażę! – model znany chociażby z książek Katarzyny Grocholi. Jednakże im bardziej czytelniczka (a także i czytelnik, choć modelową odbiorczynią powieści jest kobieta) wgłębia się w lekturę Przepisu na łapanie motyli, tym więcej zaczyna dostrzegać w światopoglądzie głównej bohaterki elementów, które nie tylko odbiegają od schematów charakterystycznych dla tego rodzaju prozy, ale zmuszają również do zastanowienia się nad owym schematyzmem. Z punktu widzenia przeciętnej czytelniczki popularnej prozy kobiecej Ewelina, główna bohaterka powieści, ma wszystko, o czym powinna marzyć – stałą pracę, oddane przyjaciółki, udane małżeństwo i mądrego syna. Jednakże zdaje sobie sprawę z tego, że jest to tylko jeden z możliwych modeli szczęścia – tradycyjny i narzucany kobiecie przez społeczeństwo, a ona nie czuje się w jego ramach spełniona.
W powieściach popularnych, których modelową czytelniczką jest kobieta w średnim wieku, często pojawia się wątek romansowy – bohaterka otrząsa się po rozwodzie lub dowiaduje się o zdradach męża, ale szybko poznaje nową miłość, dzięki czemu odradza się i rozpoczyna nowe życie. Mężczyzna umożliwia jej odzyskanie własnej wartości (czy też może – ponownie nadaje kobiecie wartość, którą traci jako rozwódka), a charakterologicznie jest dokładnym przeciwieństwem ekspartnera. Tymczasem Ewelina również się zakochuje, ale nie w sympatycznym, oddanym pięćdziesięciolatku, będącym jej niespełnioną miłością ze szkolnych lat, ale w studencie uniwersytetu, na którym kobieta pracuje w dziale administracyjnym. I nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia, nie łudzi się też, że spędzi z młodym kochankiem resztę swoich dni. Dla obu stron ma to być przygoda, a także odskocznia od codziennego życia. Ewelina decyduje się na ten krok z obawy, że nie jest już atrakcyjna, Mariusz pożąda dojrzałej, dużo od niego starszej kobiety. Relacja opiera się na erotyce i tylko na tej płaszczyźnie obie strony czerpią korzyści, poza tym nie oczekują od siebie niczego więcej.
Można by stwierdzić, że bohaterka, chcąc uciec przed jednym schematem, wpada w inny. Romans z kimś młodszym jako ratunek przed zbliżającą się starością nie jest przecież niczym nowym w literaturze. Jednakże w przypadku Eweliny jest to pewien akt desperacji. W powieści pojawiają się następujące rozważania:
„Chcę się z tobą zestarzeć, chodzić pod rękę po parku i patrzeć, jak rosną nasze wnuki” – odezwał się młody kobiecy głos. Czy fakt, że ona nie miała takich pragnień, świadczył o tym, że się od nich wyzwoliła, a więc była bardziej wolna od kobiety z telewizora? Czy wręcz przeciwnie, znalazła się w pułapce, z której nie było wyjścia? Bo, nawet odzyskawszy wolność samostanowienia, kim jeszcze mogłaby być? Chociaż bycie babcią to też całkiem miła perspektywa, ale chyba nie jedyna?… Bo gdyby tak było… [s.115]
Zdanie sobie sprawy z wpisania w pewną rolę przez społeczeństwo to jedno, zdecydowanie zaś trudniej jest znaleźć jakąś alternatywę. Ewelina poszukuje, miota się, chce znaleźć jakąś drogę na przyszłość, dzięki której czułaby się spełniona. Nie wie, na co powinna się zdecydować, zadaje pytania. Wierzy, że jednak jest ,,jakiś ratunek, wyjście z sytuacji, które nie będzie zwykłą ucieczką. Że ona także ma jeszcze jakieś szanse, aby się odnaleźć i spokojnie pomieszkać jakiś czas w tym najpiękniejszym ze światów”. Wciąż jednakże dręczy ją niepokój, iż jest to tylko naiwna wiara, która nie może się urzeczywistnić.
Romans ze studentem jest więc podejmowaną przez bohaterkę próbą znalezienia czegoś, co da jej spełnienie, a nie punktem dojścia. Bo z jednej strony Ewelina nie zgadza się z wszechobecnym kultem młodego ciała, mówiąc do koleżanki: ,,A jeżeli ja nie chcę młodziej wyglądać? Jeśli chcę być sobą, to co? Popełniam jakiś grzech? Już nikt nie będzie mnie chciał? A może mam to w dupie i chcę być sobą?”, a z drugiej strony zaprzecza wyrażonej w tych słowach deklaracji, wdając się w erotyczną relację z młodszym partnerem właśnie ze strachu przed zbliżającą się starością. Wynika to z tego, że bohaterkę przepełnia lęk. Odczuwa go za każdym razem, gdy włącza telewizor. Słuchając na przykład informacji o grypie, dowiaduje się, że choroba nie powoduje powikłań, o ile jest się młodym, ,,o ile należy się do »my« jako produktywnej i w pełni samowystarczalnej części społeczeństwa”. Ewelina zadaje wtedy ze strachem pytanie: ,,a co będzie z nami?” i zastanawia się, dlaczego w Polsce powszechnie aprobowana jest akcja Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, mająca na celu ratowanie małych dzieci, przez co ich życie jest wartościowane wyżej niż życie osób w podeszłym wieku. Ona sama nie uważa, żeby było to sprawiedliwe, zwłaszcza, że z punktu widzenia państwa uratowane dzieci często do końca swoich dni będą kosztownymi pacjentami. Próbuje więc odnaleźć w tym, co ją otacza, jakiś sens, którego mogłaby się uchwycić.
Jednakże Ewelina zdaje sobie sprawę z tego, że osiągnięcie spełnienia na każdej płaszczyźnie (w tym zawodowej) jest utopią, ponieważ często w tym wieku własne ciało stanowi przeszkodę w działaniu. Ewa Zadara w swej powieści odważnie opowiada o fizjologicznych skutkach menopauzy – o suchości pochwy utrudniającej aktywność seksualną czy o problemach z pęcherzem często uniemożliwiających kobiecie codzienną aktywność. Kolejnym problemem, przewijającym się przez cały Przepis…, jest to, że często kobiety w średnim wieku nie mają na swoje dalsze życie innego scenariusza niż bycie babcią. W powieści pojawia się następująca opowieść o wzajemnych relacjach koleżanek z pracy:
Były więc rodziną tymczasową, na czas nieokreślony, aż do momentu wybicia godziny przejścia na emeryturę. Dla kilku z nich to już niedługo, więc wizja nowego początku, który – biorąc pod uwagę wysokość emerytury – mógł okazać się raczej końcem, towarzyszyło im w wielu rozmowach, zmuszając do wypowiadania komunałów w rodzaju: „wreszcie będę miała czas na...”. Nigdy jednak nie zadawały sobie pytania „na co?”, wiedząc, że w ich siostrzeństwie jest to temat tabu. Przekleństwo wieku, na które nie zasłużyły. Można powiedzieć, że stosując zamienniki w rodzaju: „będę miała czas na swą działkę”, a więc nieporuszające w sposób poważny tej kwestii, zachowywały się wobec siebie w sposób humanitarny. Ściślej rzecz biorąc, że były wobec siebie ludzkie w stopniu umiarkowanym, dostosowanym do konwencji biura, w którym ich tymczasowość jako pracownic była niczym więcej jak przemijalnością kobiet niemających pomysłu na swą starość. [s. 16]
Po tych rozważaniach Ewelina zaczyna obserwować swoje koleżanki i dzięki temu zauważa, jak różne scenariusze obrały w tym przełomowym momencie swojego życia. Kasia postanawia ,,pieprzyć tradycję”, której nie ma nic do zawdzięczenia i wyprowadza się za miasto, zostawiając w Warszawie dorosłego syna, wbrew utartemu zwyczajowi, że to dziecko wyprowadza się od matki, nie odwrotnie. Agata przez kilka ostatnich lat zajmowała się chorą matką, zapominając o własnych potrzebach, a po jej śmierci znalazła się w martwym punkcie i z powodu tej pustki zaczęła robić się coraz bardziej nieznośna dla otoczenia. Ela oddała się kultowi ciała, pragnąc być zaliczana jak najdłużej do grupy atrakcyjnych fizycznie, a więc niespychanej na margines części społeczeństwa. Szczególnie zaś ciekawie wygląda zestawienie ze sobą dwóch kolejnych przyjaciółek głównej bohaterki – Pauliny i Grażyny. Obie decydują się na emeryturze w pełni poświęcić wychowaniu swoich wnuków, jednakże podczas gdy ta pierwsza odnajduje spełnienie w tej roli, druga – rzecz jasna ukrywając to przed rodziną – popada w alkoholizm. Próbowała sprostać wymogom, jakie narzuca jej społeczeństwo, jednakże okazało się, że nie czuje się w ich ramach spełniona.
Najciekawszą postacią przedstawioną w Przepisie… jest Halina. Początkowo sprawia wrażenie nie do końca realnej istoty, jest uosobieniem jakiejś mitycznej mądrości, której poszukuje główna bohaterka powieści. Halina mieszka w małym domku na Mazurach, zajmuje się zbieraniem motyli i wydaje się być w pełni zespolona z przyrodą, tak jakby nie dotyczyły jej żadne przyziemne sprawy. Jest w pewnym stopniu nauczycielką Eweliny, tłumaczy jej wiele zagadnień, udowadnia, jak liczne kwestie pomija ona w swoim sposobie myślenia, zarzuca przyjaciółce, że za bardzo skupia się na sobie, nie dostrzegając problemów innych. Przez większą część powieści można odnieść wrażenie, iż Halina, posiadając tytułowy Przepis na łapanie motyli, ma również receptę na szczęśliwą starość, którą są niezależność i pewność siebie budowana nie na podstawie relacji z innymi, lecz na życiu w zgodzie z samą sobą.
Jednakże nagle Halina podejmuje decyzję o wyjeździe do Hiszpanii. Tam zakochuje się i mimo późnego wieku zachodzi w ciążę. Wszystko wydaje się być spełnieniem marzeń z popularnych powieści dla kobiet, aż do narodzin dziecka – córeczka okazuje się nieuleczalnie chora, a jej matka do końca życia będzie musiała się nią zajmować. Halina w mailu do swej przyjaciółki pisze, że w pewnym stopniu żałuje swojego wyjazdu, że to nuda skłoniła ją do tego kroku. Jej mit upada. Mąż Eweliny, czytając wraz z żoną wiadomość z Hiszpanii, stwierdza: ,,No to nieźle cię wykiwała ta twoja mazurska Mary Poppins”. I rzeczywiście – okazało się, że Ewelina nie znalazła u żadnej ze swoich przyjaciółek pewnego scenariusza na radzenie sobie z upływem lat.
Mimo narracji typowej dla prozy popularnej (urozmaicanej dialogami i mailami), w powieści pojawiają się długie, erudycyjne fragmenty, będące pamiętnikiem bohaterki. Warte uwagi są na przykład spostrzeżenia dotyczące współczesnej fotografii, która jest ,,jednorazowa jak seks” – bezrefleksyjna, a płytę ze zdjęciami z wakacji można by właściwie od razu wyrzucić do kosza. Widać też, że autorka jest bardzo oczytana i zaznajomiona z najnowszymi nurtami współczesnej humanistyki. Na przykład, w narracji wciąż powracają rozważania dotyczące historii rzeczy – bohaterka, myśląc o tej dyscyplinie naukowej, zastanawia się nad tym, czy ma ona miejsce także w jej domu. W swoim pamiętniku mówi: ,,najważniejsze było to, że uratowała honor kanapy, która w ten sposób stała się meblem nie tyle wysłużonym, ile zasługującym na swoisty szacunek i respekt, należne miejscom specjalnie doświadczonym przez historię. Jak można się domyślać, nie wszyscy tak to odebrali, nie mniej jeśli nawet kanapa im się nie podobała, nie wypadało przyglądać się meblowi z jakimś ostentacyjnym niesmakiem”. Wątki te przewijają się przez całą powieść, nakłaniając czytelniczki do innych rozważań niż te, które zazwyczaj mogą wynieść z popularnej prozy kobiecej.
Bardzo ciekawe są również w powieści nawiązania do historii PRL-u, łamiące pewien mit narodowy. Bohaterka mówi wprost, że nie działała w opozycji i że tego nie żałuje. Zestawiony w Przepisie… został problem wyobrażenia o ,,Solidarności”, w której uczestniczyli ,,wszyscy”, z rzeczywistym unikaniem sprzeciwiania się władzy przez większość społeczeństwa: ,,Kiedyś widziała, jak [ulotki – K.G.] leżały przesiąknięte deszczem na przystanku autobusowym i myślała o tym, czy je podnieść i podać dalej. Jednak tego nie zrobiła. Cała rodzina pochwaliła wtedy jej postawę, mówiąc: »przede wszystkim jesteś matką, niech młodzi się w to bawią«. »Przecież ja też jestem młoda?«– odpowiedziała, chociaż w sumie była dość zadowolona z podjętej wtedy decyzji”. W powieści został też przedstawiony mit ,,Solidarności” z perspektywy dawnych działaczek tej organizacji. Ewa Zadara zajmuje się zawodowo badaniami nad obecnością kobiet w polskim życiu politycznym i te wątki zostały również w ciekawy sposób przedstawione w Przepisie… – Ewelina poznaje historię swojej znajomej, która zaangażowała się w działalność ,,Solidarności” i opiekowała się jednym z czołowych jej aktywistów, gdy ten się ukrywał. I choć narażała się, zanosząc mu jedzenie do kryjówki, dziś wszyscy znają jego postać, a o niej się nie pamięta.
Jak zaznaczyłam wyżej, tym, co na pierwszy rzut oka wpisuje powieść Zadary w schemat charakterystyczny dla popularnej prozy kobiecej, jest chęć udowodnienia sobie samej, że po pięćdziesiątce można jeszcze wiele osiągnąć. Jednakże Ewelina zadaje w Przepisie… – w różnych, powracających wariantach – następujące pytanie: ,,Grażyna, czy to w ogóle jest życie? Czy my, ty, ja, nasze koleżanki mamy szansę na odrobinę spokoju, na życie, z którego można by się trochę cieszyć?”. Kwestia spełniania się (zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym) przez kobietę po pięćdziesiątce została w tej powieści zarysowana szerzej i przedstawiona w bardziej sproblematyzowany sposób, niż zazwyczaj ma to miejsce w prozie popularnej. Zadarę interesuję nie tyle konkretna, jednostkowa historia, co pewien problem społeczny – stawia w swojej książce pytania o to, jakie role społeczeństwo próbuje narzucić kobiecie w średnim wieku i jak można walczyć z wtłoczeniem w nie. Autorka zdecydowała się napisać książkę zaadresowaną do przeciętnej czytelniczki, jednakże porusza w niej wątki, z którymi odbiorczynie literatury popularnej dla kobiet na co dzień nie mają do czynienia. Największa zaś wartość Przepisu… tkwi w zadawanych przez Zadarę pytaniach i w tym, że nie udziela na nie jednoznacznych odpowiedzi.
