1 (109) 2012

Nowemu numerowi serwisu „Pro Arte Online” mogłoby patronować motto zaczerpnięte z Bohdana Zadury: „Daj mu tam, gdzie go nie ma” (którym w nie-tak-bardzo-zawoalowany sposób zachęcamy do sięgnięcia po autorski wybór wierszy poety, dokonany przez Joannę Orską, a wydany pod koniec zeszłego roku przez poznańską Wojewódzką Bibliotekę Publiczną i Centrum Animacji Kultury).
„Daj mu tam, gdzie go nie ma”, czyli zagraj z konwencją (Real human being and a real hero), postaw przed rozwidleniem dróg (Drzewo życia), do-prowadź do skrajności (Innego końca nie będzie), wy-prowadź w intersemiotyczne pole (Arcytrudna miłość).
„Daj mu tam, gdzie go nie ma”, czyli w-prowadź element Inności, który wytrąci go z tożsamościowych okopów (Życie łapać na kłamstwie), odsłoń ślady zapomnianego (Radomski szlak kobiet), stawiaj przed granicami i wciąż graniczność przesuwaj (Jaki(e) gender w społeczeństwie polskim?), aż tożsamość całkowicie się zdekomponuje (Tożsamość, która uwiera, Niepowtarzalność napomknień i powtórzeń).
„Daj mu tam, gdzie go nie ma”, czyli zaglądaj pod podszewkę (Jeśli dziś umrę, to z przedawkowania Frugo), pokaż, że można wpaść na świetny pomysł i z sukcesem go zrealizować (TARGanie książkami, czyli jak wyprowadzić czytelnika w... miasto), sprowokuj do spojrzenia pod nogi (Porysuję ci podłogę!).
„Daj mu tam, gdzie go nie ma”, zagraj, do-prowadź, wy-prowadź, w-prowadź, odsłoń, stawiaj, przesuwaj, zaglądaj, pokaż, sprowokuj.

książki

Chętnie czytam, u schyłku roku, na początku nowego czasu (kalendarzowego) Gender w społeczeństwie polskim – jako swego rodzaju podsumowanie genderowej pracy, wykonywanej przez tak wiele osób w różnych miejscach i w rozmaity sposób, zarówno w kontekście 2011 roku, jak i szerzej – mając w perspektywie 20 lat w państwie demokratycznym, wolnym i niezawisłym.

Niełatwo mierzyć się z poezją Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. Niełatwo napisać o niej coś, co odda jej sprawiedliwość, a nie okaże się przy tym w najlepszym razie banałem. Słowem: niełatwo scharakteryzować ją tak, aby uchwycić jej – paradoksalną, jak można by mniemać – niepowtarzalność. Ale spróbujmy.

Murzynek B. stanowi zatem niezwykle interesującą realizację prozy, która zatrzymuje się w połowie drogi między roszczeniami do czynienia z siebie narzędzia poznawczego a wiarą we własną, czystą autoteliczność. Wypadkową spotkania tych dwóch odległych biegunów jest zbudowanie takiej relacji między prozą a rzeczywistością, w której rozkrada się świat nieliteracki i przeplata nim literacką fikcję.

Po krakowskim i cieszyńskim przyszła kolej na radomski szlak upamiętniający wyjątkowe kobiety. Wyjątkowe dla swoich bliskich, znajomych i dla przypadkowych osób, z którymi zetknął je los. Ważne dla historii Radomia, ruchu emancypacyjnego, kształtowania się kobiecej tożsamości i samoświadomości. W opisach ich codziennego życia odnajdujemy niecodzienne przeżycia, działania, poglądy i decyzje.

kino

Najnowszego filmu Alejandra Gonzáleza Iñárritu serdecznie nie polecam. Zbyt to może drastyczne jak na sam początek, więc spróbuję inaczej: uprzedzam lojalnie, że obraz Biutiful należy to tych szalenie wprost depresyjnych. Smutno się zaczyna, a potem jest tylko gorzej. I proszę nie dać się zwieść wdzięcznie brzmiącemu tytułowi. Piękno tu jest trudne, a przede wszystkim boleśnie kruche. Reżyser portretuje człowieka oraz nakreśla obraz miasta w wyjątkowo zmyślny sposób – może to szantaż emocjonalny, a może nie – lecz trudno w tej przestrzeni nawet o skrawki filmowej tkanki naznaczone obojętnością.

Rozpoczynamy seans i czujemy się bezpiecznie. Chciałoby się rzec: swojsko. Wiemy, że gdzieś już to widzieliśmy: oto główny bohater (Ryan Gosling), prowadzi podwójne życie, za dnia pracuje jako kaskader, nocą wdziewa skórzaną kurtkę, by świadczyć usługi transportowe typom spod ciemnej gwiazdy. Jak wolno przypuszczać, serce twardziela mięknie, kiedy pojawia się Irene, uosobienie łagodnego piękna i dobroci (Carey Mulligan). Odtąd wszystkie swoje siły skupia on na uszczęśliwieniu sąsiadki. Sprawy komplikuje pojawienie się jej męża. Zadłużony u gangsterów mężczyzna sprowadza śmiertelne niebezpieczeństwo na żonę i małego synka, czemu za wszelką cenę stara się zaradzić nasz bohater.

Istotne dla rzeczy i świata jest to, ażeby ukazywały się jako otwarte..., aby wciąż obiecywały nam, że zobaczymy jeszcze coś innego.
szkic

Całe szaleństwo zaczęło się kilka, może kilkanaście miesięcy temu. Pewnego dnia weszłam na Facebooka i zobaczyłam, że moi znajomi tłumnie zaczęli dołączać do nowej grupy – ,,Frugo Wróć!”. Liczba członków ,,owocowej społeczności” (takiej nazwy używają w oficjalnym opisie założyciele grupy) rosła w zaskakującym tempie i dzisiaj wynosi już 91 395 osób – więcej niż liczy sobie mieszkańców na przykład Konin czy inne średniej wielkości miasto. Szybko też zaczęły powstawać na Facebooku kolejne, podobne do wyżej wspomnianej, strony zrzeszające miłośników napoju z lat 90. – ,,Lubię Frugo” (25 088 członków), ,,Frugo” (5 204) czy ,,No to Frugo!” (471).

Jak każdy związek, również i ten przeżywa swoje dobre i złe chwile. Z początku mógł być uznawany za mezalians, przecież twórczość literacka ma nieporównywalnie dłuższą tradycję. Dziś nikogo już nie dziwi, że obie sztuki kokietują się wzajemnie, co więcej, to filmy niemal zawsze są popularniejsze od swych książkowych pierwowzorów. Cofnijmy się jednak o kilkadziesiąt lat, gdy to signum temporis nie miało jeszcze racji bytu…

Nosił francusko brzmiące nazwisko, literaturę pisał wyłącznie po niemiecku, żył i tworzył we frankofońskiej części Belgii, z pochodzenia był Austriakiem, z „przymusu i niemożności” Żydem. To wystarczająco dużo na jedną tożsamość. Być może nawet za dużo. Na jego grobie, a właściwie surowym głazie, znajdującym się na wiedeńskim Cmentarzu Centralnym, widnieją: imię i nazwisko – Jean Améry; daty życia i śmierci – 1912-1978; oraz sześciocyfrowy numer z Auschwitz – 172364. Między tymi liczbami, podobnie jak między wierszami jego niezwykłej i wciąż niedocenionej twórczości, rozegrał się „dramat ocalenia”, którego aktami były neurotyczne dyskursy XX wieku. W tym roku przypada setna rocznica urodzin pisarza – warto zastanowić się, kim (i jak) był Jean Améry. 

wywiad

Wywiad z Anną Kubacką i Anetą Rzysko, organizatorkami i koordynatorkami cyklu spotkań „przyTARGaj KSIĄŻKI”, w ramach akcji Czytelnisko, przeprowadził Hubert Grupa.

relacje

Czym jest festiwal filmów dokumentalnych – pisać nie będę, bo filmoznawczynią nie jestem. Czym festiwal taki być może – też nie napiszę, bo tu niesłychanie ważne jest osobiste doświadczenie. Czym festiwal był – podzielę się trochę, mając tę świadomość, co powątpiewa mocno w możliwość przekazania Sensu i Prawdy oraz Całościowego Wymiaru, ale która – to istotne – ma zdolność zachowywania wrażeń, odciskających się na osobie oglądającej. Tak jak nie do zapomnienia jest plakat tegorocznego festiwalu: z wielką głową psa,  jego nosem na pierwszym planie i oczami świdrującymi cię na wylot.

aleje bibianny
W Poznaniu ostatnio wszędzie się gdzieś spieszę. Za to w Krakowie – tam flaneryzm pełną stopą, 39 z przytupem.
patronaty

czyli warsztaty tworzenia latawców i wielki piknik, kiedy puścimy je wolno na wietrze. Zaprasza Instytut Konfucjusza UAM w Poznaniu!

Pod koniec kwietnia/na początku maja ukaże się spoken wordowa płyta Wojtka Cichonia zatytułowana "Działa Zabrane".  

Uniwersytet Gdański, 26-27 kwietnia 2012 r.

Koło Naukowe Polonistów przy Instytucie Filologii Polskiej UAM oraz Międzywydziałowe Koło Filmoznawców i Medioznawców UAM zapraszają studentów i doktorantów Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu do udziału w interdyscyplinarnej konferencji naukowej.

W dniach 23-24 kwietnia odbędzie się konferencja "Wyobraźnia w przekładzie"

przepowieści
Rodzą się przez cały grudzień, dzieci z rodu Dawida, Mesjasze, chłopcy i dziewczynki.
Tytuł jest z Wata, ze Słowackiego. Ale też trochę z tamtej znanej kolędy.