Kinga Gąska: Tak było (?)

Tegoroczne wakacje obfitowały w muzyczne imprezy plenerowe. Jedną z najpopularniejszych była X edycja Heineken Open’er Festival. Jubileuszowa, długo wyczekiwana, ale czy spełniająca oczekiwania? Oto subiektywny ranking najlepszych koncertów, festiwalowych odkryć i rozczarowań.


1. Miejsce pierwsze bezapelacyjnie należy do brytyjskiego zespołu Pulp. Przypomnijmy, że Monika Brodka występująca przed składem Jarvisa Cockera, musiała przerwać swój występ z powodu ulewnych opadów. Godzina czekania pod sceną w strugach deszczu, w niepewności, czy koncert w ogóle się odbędzie, opłaciła się najwytrwalszym. Zapierający dech w piersiach bas i przeprosiny za pogodę przyciągnęły pod scenę więcej osób. Brytyjczycy zaczęli dynamicznie od przeboju Do You Remember The First Time?  i przez półtorej godziny dostarczali energii przemoczonym fanom. Cocker to najbardziej charyzmatyczny wokalista jubileuszowej edycji festiwalu. Wciąż podtrzymywał kontakt z publicznością, przygotował wiele polskich wypowiedzi, nie ograniczając się do standardowego „dziękuję, Polska, cześć”, zapewniał, że zespół będzie grać tak długo, jak fani pozostaną pod sceną. Pogoda na lotnisku w Babich Dołach sprawiła, że był to wyczerpujący występ zarówno dla widowni, jak też dla całego zespołu. Przemoczony frontman okazał się dobrym aktorem, dał niezapomniany show. Potrafił poderwać w powietrze kalosze, peleryny przeciwdeszczowe i parasole – wyposażenie, które powinno przejść do historii jako znak rozpoznawczy Open’era 2011. Mimo wcześniejszych problemów ze sprzętem, Pulp wypadł  bardzo dobrze pod względem muzycznym, tu należą się brawa dla obsługi technicznej. Wielu festiwalowiczów ominęło ten koncert z powodu panującej aury. Mają czego żałować.
2. Chyba najbardziej wyczekiwany obok Prince’a tegoroczny występ – Coldplay. Spełnienie marzeń fanów i dobry koncert dla tych nastawionych bardziej sceptycznie do twórczości Martina, Bucklanda, Berrymana i Championa. Fani usłyszeli bardzo znane utwory, jak The Scientist, Fix you, Politik czy Viva La Vida, ale też parę nowych utworów. Chris Martin nie należy do lwów scenicznych, jednak podczas Heinekena zachwycił się polską publicznością i zapowiadał powrót do naszego kraju w przyszłym roku. Warto zaznaczyć, że Brytyjczycy pierwszy raz występowali w Polsce, a Martin był w bardzo dobrej formie wokalnej, co nie zawsze się zdarza podczas jego występów na żywo.
3. Hurts zagrali w Namiocie, niestety, podczas trwania występów Wombats i The Strokes na Głównej Scenie. Ten, kto został na brytyjskim duecie, miał okazję uczestniczyć w naprawdę dobrym widowisku. Idąc tam bez przekonania, mając w uszach popowe brzmienie albumu Happiness, po dwóch pierwszych utworach nabrałam pewności, że zostanę w Namiocie do końca. Hurts należy do nielicznych zespołów, które wypadają lepiej na żywo niż w wersji studyjnej. Popowy bit słyszalny niemalże podczas każdej piosenki na płycie, na scenie cudownie złagodniał, a muzyczny wizerunek zespołu poszybował o klasę wyżej. Gra świateł, marsowa mina Andersona i jego operowy głos, żywiołowość Theo Huthcrafta, łamanie statywu, rzucanie kwiatów wywoływało ekstazę zwłaszcza wśród żeńskiej części publiczności. Zawiódł brak bisu, wokalista odrobinę przesadzał ze scenicznymi gestami, ale całość wypadła o wiele lepiej, niż można się było po Hurts spodziewać.
4. Pora na przełamanie brytyjskiego monopolu w rankingu przez Amerykanów – The National. Na scenę wychodzi Matt Berninger w koszuli, pulowerze, marynarce, z grzecznie przyczesaną grzywką i wyraźnie zmęczoną twarzą. Zaczyna śpiewać. Wszelkie obawy i wątpliwości ulatniają się natychmiast. Mimo widocznej złej formy fizycznej, wokalista dał z siebie wszystko. Jego intrygujący, ciepły i jednocześnie odrobinę chropowaty głos unosił się z Głównej Sceny, tworząc niepowtarzalny klimat, który przygotowywał fanów do koncertu Coldplay. Momentami zadziwiała duża zmiana barwy głosu frontmana, kiedy śpiewał nasycone ekspresją partie niektórych utworów, idealnie wkomponowane w raczej nastrojowy występ. Na uwagę zasługiwało zgranie muzyków, którzy podczas koncertu tworzyli niemalże jeden organ.
5. Miejsce piąte należy, jedynie ze względu na wcześniejsze zasługi i sławę, do Prince’a. Książę przyciągnął najwięcej fanów, jego występ zorganizowany miał być z największym rozmachem, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że organizatorzy więcej pieniędzy włożyli w przygotowanie prywatnej plaży i specjalnej garderoby z własnym telebimem dla kapryśnej gwiazdy niż w koncert. Mały Książę (dosłownie) pojawił się na scenie w wysadzanym niezliczoną ilością cekinów kostiumie, dzięki czemu był widoczny nawet z okolic World Stage. I to by było na tyle. Zaśpiewał parę znanych utworów, nieustannie zabiegał o miłosne wyznania od publiczności, z budzącą wątpliwości pronuncjacją wypowiadał słowo „Poland”, co konotowało jedynie skojarzenie z Polleną przez jedno „l” wymawianą. Osoby odpowiedzialne za oprawę wizualną koncertu powinien odprawić ze swojego dworu: efekty rodem z oscyloskopu może podziwiać w swoim domu każdy szczęśliwy posiadacz odtwarzacza Windows Media Player. Zachwyt budziło to, że gwiazda dała dwugodzinny koncert. Organizatorzy zarezerwowali dla niego cztery godziny na Main Stage, rezygnując ze sprowadzenia jeszcze jednego wykonawcy. Zapełnienie jedynie połowy tego czasu, z wielokrotnym schodzeniem ze sceny, nie jest chyba szczytem możliwości tak dużej gwiazdy. Za pozytywny akcent można uznać piosenkę Purple Rain odśpiewaną przez tysiące fanów.
6. Występ Dedmau5a zakończył X edycjęfestiwalu. Cudowny koncert dla fanów muzyki house, electro czy techno. Natężenie dźwięku i muzyka dla osób nastawionych negatywnie do tego typu brzmienia były trudniejsze do zaakceptowania, nie można jednak odmówić Joelowi Zimmermanowi wspaniałego show. Specjalne podwyższenie, na którym grał, charakterystyczna maska w kształcie głowy myszy i przede wszystkim oszałamiające wizualizacje sprawiły, że kanadyjski DJ wypadł o wiele lepiej niż ubiegłoroczna gwiazda, którą był Fatboy Slim.
7. Kolejne odkrycie i zaskoczenie to D4D. Nie pałam sympatią do muzyki elektronicznej i klubowej, ale muszę przyznać, że zespół gra naprawdę dobrze, dorównując światowemu poziomowi. Dla niezapoznanych z ich twórczością zaskoczeniem może okazać się polski głos zapowiadający kolejne utwory, tworzący z koncertu niemalże spektakl. D4D zdecydowanie nie brzmi jak polska grupa zajmująca się tego typu muzyką. Grają przede wszystkim pomysłowo, nie powtarzają wciąż tych samych schematów, a starają się im wymykać. Ich utwory są dobrze zaaranżowane, zgrane pod względem technicznym. Co ciekawe, ostatnią płytę nagrali we własnym studiu. Nie potrzebowali zatem milionowego budżetu i wyjazdów za granicę, by brzmieć lepiej niż niejeden artysta uciekający się do takich środków. Podziwiać należy też zdolności wokalne Michała Skroka. Informacja dla przesłuchujących właśnie płytę D4D: nie, tam nie śpiewa kobieta.
8. James Blake w Namiocie to niezapomniane przeżycie, zwłaszcza dla miłośników dubstepu. Przejmujący głos i nastrojowe bity zgromadziły liczną publiczność, która okazała się zaskoczeniem dla samego muzyka. Pozostawało tylko położyć się na trawie, wsłuchać w muzykę i wczuć w basy, które dosłownie poruszyły ziemię.
9. Z polskich wykonawców na uznanie zasługuje również Monika Brodka. Laureatka „Idola”wciąż rozwija się pod względem muzycznym, a jej najnowsza płyta Granda wywołała sporo zamieszania na polskim rynku. Jak sama wokalistka przyznaje, była dla niej eksperymentem, który się udał. Oklaski za odwagę, chwytliwe melodie, nagana za teksty, które niewiele ewoluowały od czasu Miał być ślub. Koncert bardzo energiczny, kolorowy, przerwany niestety przez pogodę.
10. Na koniec zbiorczo The Wombats – poprawny koncert złożony raczej z hitów, budzący sporo emocji wśród młodszej, żeńskiej części publiczności; i The Strokes. Nowojorczycy zaprezentowali ciekawie dobrany repertuar, wiele osób jednak zauważyło brak zgrania między członkami zespołu. Wiele do życzenia pozostawiało również nagłośnienie, co jest raczej rzadkością podczas Open’era. Oprawa audiowizualna wywołała sentymentalne westchnienie wśród wielu festiwalowiczów – na ekranach pojawiały się motywy z dobrze znanych gier komputerowych: Pac-Mana czy Tetrisa. Cały występ zakończył się jednak mniej zabawnie. The Strokes zeszli ze sceny bez pożegnania, bez bisu, a sentyment, jaki może pozostać wokaliście po wizycie w Polsce, to brak okularów. Kiedy Casablancas zszedł do publiczności, jeden z fanów postanowił zabrać je na pamiątkę, niestety bez przyzwolenia frontmana.
            Podsumowując, X edycja Heineken Open’er Festival była ciekawym wydarzeniem muzycznym, nie przyćmiła jednak festiwalu z 2009 roku. Wielu fanów Open’era rozczarował tegoroczny line up. Przewaga muzyki elektronicznej i klubowej wzbudziła liczne głosy krytyki. Jak wiadomo, Klub Alter Art zajmuje się również organizacją festiwalu Selector. Pytanie tylko, dlaczego imprezę w Babich Dołach próbuje uczynić drugą odsłoną Selectora? Mamy w Polsce liczne festiwale tego typu: Audioriver, Sunrise, Tauron Nowa Muzyka, które są przeznaczone dla konkretnego grona odbiorców. Wtłaczanie Open’era w te ramy może sprawić, że zatraci swój indywidualny rys festiwalu dobrej, różnorodnej muzyki, a stanie się kolejnym eventem. Występy takich gwiazd, jak Coldplay, Pulp, The Nationals, a nawet Prince, bez wątpienia będą niezapomnianym przeżyciem dla fanów. Myślę, że tegoroczny program był poprawny, ale niezachwycający. Choć taka ocena może być podyktowana przerostem oczekiwań wobec X edycji. Zdarzyło się kilka muzycznych perełek, ale ten, kto liczył na jubileuszowe „fajerwerki”, mógł pocieszyć się jedynie przepięknym pokazem sztucznych ogni.