W sierpniu Majka Kalendarzowa przypominała nam (Przepowieści), że przeminęły już „całe generacje dni letnich” (B. Schulz, Sierpień), teraz pisze wprost o wrześniowej likwidacji tej pory roku (B. Schulz, Jesień), która wyjątkowo pogodą jakoś nie chciała rozpieścić. (Z tej może przyczyny pojawiły się ostatnio postulaty, aby przemianować nazwę minionego siódmego miesiąca na lipcopad). Jeśli więc nie rozgrzewało – a zatem także nie rozleniwiało – nas słońce, może uczyni to pierwsze, zaniechując równocześnie drugiego, kolejny numer „Pro Arte Online”.
Numer obfity we wspomnienia: cofając się o ponad stulecie, przypominamy działalność Towarzystwa ,,Warta” oraz sylwetkę jego wieloletniej przewodniczącej, Anieli Tułodzieckiej (Aleje Bibianny). Na Strych wędrujemy tym razem po zakurzony nieco tomik eksfuturystów, Anatola Sterna i Brunona Jasieńskiego, Ziemia na lewo. Dodatkowo przedstawiamy nasze reminiscencje z występu Adama Zagajewskiego podczas tegorocznej edycji Poznania Poetów oraz z kolejnych spotkań w ramach Salonu w Różach, na których bywamy od dłuższego czasu. Prezentujemy również (foto)relację ze współorganizowanego przez „Pro Arte” w maju świetnego, wielokrotnie nagradzanego monodramu Ecce homo, którego autor i aktor, Janusz Stolarski, powiedział o Fryderyku Nietzschem, że „filozof ten nie wypisuje recept. On stawia diagnozę”.
Podobnymi słowami scharakteryzować można (i charakteryzuje się, na przykład ustami Dariusza Czai) myśl Emila Ciorana, u którego próżno szukać analgetyków na wszechobecną konstatację choroby zwanej świadomością (piszemy o tym w szkicu Rozpacz,która tańczy). Wedle tegoż samego Ciorana – nie do końca zgodziłby się z nim tutaj oszalały Nietzsche – muzyka dotyka w nas warstw tak głębokich, że nie dociera do nich nawet szaleństwo. Jak się okazuje, może ona także wygrywać (w podwójnym znaczeniu słowa) tożsamość, o czym w szkicu Jews & Jazz. Że podobną funkcję spełnia czasem także film, wiedzą ci, którzy uczestniczyli w festiwalu „Transatlantyk”. O innych społecznych wartościach kinematografii, zwłaszcza dokumentalnej, opowiada w krótkiej rozmowie dla „Pro Arte” Magdalena Janaszek.
Dział Książki należy w tym numerze do reportaży, z pewnością ważnych, z pewnością doniosłych: Białej Marii Hanny Krall oraz uhonorowanego Nagrodą im. Ryszarda Kapuścińskiego zbioru Swietłany Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety. Ale jest i proza, proza, jak wcześniejsze, kobiecego autorstwa i kobiecej tematyki: powieść Stacja Tajga Petry Hůlovej. Poezję – o której ojciec Adama Zagajewskiego (inżynier) mówił, że „dla inżynierów to jednak lekka przesada” – reprezentuje tym razem Grzegorz Turnau i jego płyta Fabryka klamek. „Co ci powiem, to ci powiem, ale ci powiem”, że na domiar poczytać można recenzję historii o góralach i ceprach zanotowanych w Spiskach Wojciecha Kuczoka.
Dział Sztuka inaugurujemy intrygującymi grafikami Rafała Karcza. Korzystając z okazji, zapraszamy wszystkich chętnych do wzięcia udziału w konkursie plastycznym z okazji 15-lecia istnienia naszego czasopisma (szczegóły w Aktualnościach).
Dodać jeszcze można, że pozostajemy czujni i czuli na interdyscyplinarność (Nie tylko dla elit, nie tylko w muzeum), intertekstualność (Kott, Żylińska, Cioran) oraz – przede wszystkim – interpersonalność (Bez banałów, bez szaleństw). I tak, krętymi ścieżkami, dochodzimy do końca wstępniaka. Cytat w charakterze zwieńczenia: „chociaż zakręty / radość puenty” (Grzegorz Turnau).
Stacja Tajga to druga powieść Petry Hůlovej przetłumaczona na język polski. Po Czasie Czerwonych Gór, w którym autorka za pośrednictwem pięciu bohaterek opisała współczesną Mongolię, pomijając trzy inne wydane w Czechach powieści Hůlovej, W.A.B. postanowiło przybliżyć polskim czytelnikom narrację Czeszki nagrodzonej Nagrodą Jofesa Škvoreckiego. Obie powieści zdradzają kulturoznawcze wykształcenie autorki. Każdorazowo spajają fabułę przedstawiającą losy kreślonych przez pisarkę postaci oraz swoisty traktat o metodzie. Tym razem Hůlová na warsztat bierze dwudziestowieczne przewartościowania dotyczące nauk antropologicznych i kulturowych.
Ci, którzy jednak przetrwali, nie wiedzą, dlaczego sobie na to zasłużyli. Ludzie są nieco przeżyci, muszą walczyć z głodem i niedostatkiem: Tam gdzie nie ma piekarzy żre się brud – brud ulic i chodników, z którymi człowiek zaczyna się zrastać. Autorka opowiada nie tylko o głodzie fizycznym, ale o niedosycie zdań, rozmów, gestów, śmiechu i hałasu – o niemożliwości normalnego życia
Swietłana Aleksijewicz jak nikt dotąd – ośmielę się to stwierdzić – oddała prawdę o losach kobiet walczących: z wrażliwością i zrozumieniem, nie uchybiając zarazem ani trochę autentyczności wydarzeń. To książka niezwykle kobieca – pełna pokory wobec cudzego cierpienia, determinacji w walce o prawo głosu i matczynej empatii.
Im bliżej zakończenia książki, tym wyraźniej zaznacza się żartobliwa wymowa Spisków, dość luźno przybierających postać góralskiej gawędy. Realizm ustępuje zatem miejsca coraz to bardziej fantastycznym pomysłom – chciwi górale za karę zarastają mchem, owładnięty szaleńczą ideą „Wielkiej Korekty” ojciec narratora ogołaca kościoły z chrystusowych przepasek, a bohater po zejściu do tajemniczej groty spotyka Śpiącego Rycerza, który bierze go za [sic!] Matkę Boską.
Biała Maria to kolejna dobra publikacja Krall. Treściwa, bardzo skondensowana, odnosząca się do wcześniejszej twórczości, uchylająca rąbka tajemnicy, ale też tajemnicę szanująca. Reporterka po raz kolejny pokazuje, że nie będzie „grubego buchu”. W zamian za to mamy kolejną próbkę stylu Krall: maksimum treści na minimum przestrzeni.
Wygląda na to, że obcujemy z rozkwitem swoistego „avant-klezmer-jazzu” – hybrydy muzycznej, która zyskuje coraz więcej słuchaczy na całym świecie. Dobra to okazja, by cofnąć się do początku lat 90. i przypomnieć historię oraz znaczenie ruchu tzw. radykalnej muzyki żydowskiej, a także zastanowić się nad niełatwymi i zarazem fascynującymi związkami, zachodzącymi między jazzem (lub szerzej: muzyką) a tożsamością.
Specyfikę krążka tworzą bowiem: bogactwo, rozmach, „przepakowanie” – cechy dostrzegalne zarówno w warstwie tekstowej, jak i brzmieniowej. Turnau nie ogranicza się tu do ulubionego przez siebie fortepianu ani do paru instrumentów towarzyszących. Do powstającego na Zamku Królewskim w Niepołomicach nagrania angażuje całą orkiestrę, a do jednego z utworów – chór. Zaprasza ponadto do współpracy znanych wokalistów i muzyków, których gra (np. na oboju, wiolonczeli czy rożku angielskim) zapewnia utworom rozmaitość brzmień.
Blue Valentine nie jest modelową miłosną historią, lecz opowieścią o szczerym uczuciu, które wypaliło się wraz z upływem czasu. Emocje czuły się trochę zaniedbane, trochę niezrozumiałe, trochę przytłoczone codziennością – prostą, nużącą, zwyczajną aż tak bardzo. Niby nic nowego - reżyser wziął kamerę i przedstawił kawałek życia, tworząc intymny portret związku dwojga ludzi. Obraz bardzo smutny, w którym widać to, co dzieje się z nimi teraz, i to, co przytrafiło się im kilkanaście lat wcześniej.
Sam reżyser trzy miesiące spędził z lupą nad reprodukcją dzieła. Gdy zaczął studia nad obrazem przeprowadził doświadczenie polegające na zapraszaniu swoich przyjaciół, by odszukali na obrazie Chrystusa. Choć wielu nie mogło go odnaleźć, zasada okazała się bardzo prosta. Chrystus powinien być w środku, dokładnie na przecięciu linii diagonalnych. Bruegel umieszcza go zgodnie z zasadami techniki malarskiej, ale ubiera w tunikę koloru brązowo-szarego, najmniej rzucającego się w oczy. Obok Chrystusa sytuuje żołnierza na białym wierzchowcu. Postać ta odwraca głowę i patrzy w drugą stronę.
Twórczość Rafała Karcza znajduję w Internecie: dwieście jego obrazów w wysokiej rozdzielczości „wisi” na Flickrze, artykuły o nim są zebrane na jego domowej stronie, na jego twórczość można też trafić na portalach aukcyjnych ze sztuką.
Bezpośrednia inspiracja do napisania tego szkicu to – przesłane mi mms-em przez życzliwą znajomą – zdjęcie muralu-cytatu, jaki pojawił się ostatnio na jednej z poznańskich kamienic. „Pierwszy nasz obowiązek przy rannym wstawaniu: rumienić się za siebie” – oto jego treść. Autorem słów jest Emil Cioran, którego setna rocznica urodzin minęła w kwietniu (i to też, jak myślę, dobry pretekst, żeby przybliżyć nieco sylwetkę tego myśliciela).
Drugi, równoważny tytuł: kanarek, sroka, liść. Ale przecież nie po kolei, linearność nie odpowiada rozgardiaszowi notatek, nie równocześnie też – bo chociaż wycinki, uwagi, przypisy pochodzą z jednego źródła, to źródło ma swoją historię. I swoją autorkę.
W przestrzeni mogącej się wizualnie bardzo podobać, czekałem na projekcję czterech filmów dokumentalnych Krzysztofa Kieślowskiego. Wędrówka korytarzem w jedną stronę, powrót, wybór innego korytarza, równie jednak pustego. Czwartkowy wieczór, za ogromnymi szybami zapowiedź stosownego do ich wielkości deszczu.
Jesteśmy w Muzeum i Pracowni Kazimiery Iłłakowiczówny przy ulicy Gajowej 4/8. Poetka spędziła w tym mieszkaniu ponad trzydzieści sześć lat. Zmarła w 1983 roku, a mimo to nadal czuć tu jej ducha. Układ mebli jest taki, jak za życia Iłły. Jej korale wiszą na ramie lustra, a słynny telefon działa, choć za jego korzystanie nie trzeba już uiszczać opłat. Tu również co roku przyznawana jest nagroda im. Kazimiery Iłłakowiczówny za debiut poetycki
Projekt KinOWA, organizowany w ramach Stowarzyszenia „Jeden Świat” i Visual Art Project, jest akcją mającą na celu ukazanie i podkreślenie pewnych problemów społecznych, takich jak ograniczenia w codziennym funkcjonowaniu osób niepełnosprawnych, uprzedzenia i stereotypy względem nich funkcjonujące w świadomości zbiorowej, promowane w mediach przedmiotowe traktowanie kobiet, a także kwestie związane z ekologią, dążeniem do demokratyzacji życia, rasizmem itp. Tematy te – niewątpliwie ważkie i aktualne – poruszane są za pomocą narzędzia, jakim jest film.
Na jedną w roku noc szerzej i na dłużej otwierają się przed miłośnikami sztuki drzwi poznańskich muzeów, galerii, instytucji kultury. Tegorocznej wyjątkowej nocy Centrum Kultury „Zamek”, za pośrednictwem medium filmowego, zaprosiło swych widzów do Kunsthistorisches Museum we Wiedniu. Stało się tak za sprawą filmu Dagmary Drzazgi Lech Majewski – świat według Bruegla.
Czy można spędzić miło czas na łonie natury, będąc jednocześnie w mieście? Czy można mieć przyjemny wieczór o przyrodzie, siedząc w podziemiu pewnej kawiarni? Relacja ze spotkania z Julią Fiedorczuk, Salon w Różach: Inspiracje (Republika Róż; 15 marca, wtorek, godz. 19:00)
Ecce homo Stolarskiego to również legenda – teatralna. Ten niezwykle przekonujący monodram powstał dokładnie dwadzieścia lat temu, w 1991 roku, i od tamtej pory grany jest nieustannie – co więcej: obsypywany jest nagrodami na uznanych festiwalach, tak w kraju, jak i za granicą. Krytycy są zgodni, że Stolarski wzbił się w tym spektaklu na wyżyny sztuki aktorskiej i stworzył rzecz wielką – „szokował wręcz siłą swego aktorstwa, nieprawdopodobną ekspresją i koncentracją.
Poezja jest współcześnie mało popularna. Podobno. Niewielu się nią interesuje. Podobno. Małe nakłady tomików poetyckich mamy w kraju tym (nie)poetyckim. Podobno. Zachwianie w twierdzeniu jest tu bardzo ważne. Czasem to i owo sprawia, że w miasteczku Poznań kultura literacka rozkwita. Relacja ze spotkania: Klub literacki w Dragonie – Radosny spęd twórców Poznania (10 maja, wtorek, godz. 19:30, MDK Dragon)
Trzeci dzień tegorocznej edycji festiwalu Poznań Poetów stał pod znakiem spotkania z Adamem Zagajewskim. Krakowski poeta, którego przedstawiać nie tyle nawet nie trzeba, co nie wypada, ujął poznańską publiczność szczerością swoich refleksji i wspomnień, a także – oczywiście – poezją.
Władczynie spojrzenia– taki tytuł nosi najnowsza książka o reżyserkach filmowych, której autorką jest Małgorzata Radkiewicz i którą polecała dr Monika Talarczyk-Gubała na pewnym spotkaniu o kobietach w filmie.
Anatol Stern i Bruno Jasieński, jeśli czasem uda im się zaistnieć w zbiorowej świadomości czytelniczej, funkcjonują w niej jako futuryści, autorzy obrazoburczych jednodniówek (raczej: jednodńuwek), jeszcze bardziej obrazoburczych poezokoncertów czy poeci-słowiarze. Zapomniany zaś jest ich postfuturystyczny tomik Ziemia na lewo.
,,Historia tej pracy kobiet poznańskich czeka na swoją dziejopisarkę – niewdzięcznością byłoby z naszej strony, gdybyśmy pozwoliły zginąć w mroku zapomnienia zasługom tak wielkim; niewdzięcznością byłoby, gdybyśmy nie wskrzesiły postaci pracowniczek o niepodległość” – tak w 1933 roku Halina Rozmiarkowa podsumowała działalność kobiet skupionych w Towarzystwie "Warta". ,,Warcianki” na czele z długoletnią przewodniczącą stowarzyszenia, Anielą Tułodziecką, przez ponad czterdzieści lat zajmowały się tajną nauką dzieci języka polskiego i działalnością emancypacyjną, a dziś ich sylwetki są niemal zapomniane. W ,,Pro Arte” odświeżamy pamięć o trudnej pracy tych niezwykłych kobiet.
