Hubert Grupa: Subtelny skowyt dzikich bestii

Czy dziś, gdy co tydzień słyszymy o nowych nadziejach rocka, o kolejnych następcach Oasis, możemy jeszcze znaleźć wykonawcę wyjątkowego, innowacyjnego? Pozytywną odpowiedź na to pytanie dostarcza zespół Wild Beasts.

W ostatnich latach z każdej strony jesteśmy bombardowani nazwami zespołów wpisujących się nurt indie rocka. Samo pojęcie jest dość obszerne i jeśli trudno przypisać twórczość danej kapeli do jakiekolwiek kategorii, to właśnie indie rock stanowi bardzo wygodne rozwiązanie. Zaczęto też szukać ojców gatunku. Kandydatury są rozmaite, rozpoczynając od Joy Division i The Who, przez Pulp i R.E.M., kończąc na The Smiths i Pavement. Zgodzę się z tym, że wspomniane zespoły były nietuzinkowe, każdy z nich interpretował i kształtował muzykę rockową na swój sposób. Cechą wspólną było niezależne granie, bez wyrafinowych solówek po drugim refrenie każdej piosenki (charakterystyczne zwłaszcza dla glam rocka), bez ciągłego śpiewania o miłości i jej mniej lub bardziej przyzwoitych obliczach.
Problem indie rocka jest bardziej złożony. Nie chodzi tu jedynie o kwestię gatunku muzycznego, ale przede wszystkim o samo brzmienie. Czy dziś, gdy co tydzień słyszymy o nowych nadziejach rocka, o kolejnych następcach Oasis, możemy jeszcze znaleźć wykonawcę wyjątkowego, innowacyjnego? Czy gdyby dziś debiutowali The Strokes czy Franz Ferdinand, wzbudziliby podobną sensację? Na każdym festiwalu słyszymy kilka nowych zespołów indie rockowych. Czasem wydaje mi się, że gdybym nie obserwował tego, co dzieje się na scenie, zamknął oczy i skupił jedynie na wrażeniach słuchowych, to mógłbym pomyśleć, że artyści się nie zmieniają. Niestety notoryczna powtarzalność i chirurgicznie dokładne kopiowanie schematów dotyka również dziedzinę rocka, nawet tego alternatywnego. Na wagę złota jest płyta, która wnosi coś nowego, coś, co potrafi zaskoczyć wytrawnego słuchacza. Myślę, że dobry przykład to Smother, najnowszym album zespołu Wild Beasts.
Kapela anonimowa nie jest. Dwie pierwsze płyty (Limbo Panto z 2008 i Two Dancers z 2009 roku), poprawne i dobrze przyjęte przez krytykę, pozwoliły Brytyjczykom na wyjście z bezimiennej niszy. Wild Beasts nie jest zespołem, na którego koncercie można spodziewać się muzycznych fajerwerków i grupowych westchnień zachwytu. To kapela solidna, grająca w sposób niebanalny, interesujący, trzymająca się pewnej estetyki, czego kwintesencją jest najbardziej znany singiel Hooting & Howling z drugiego krążka.
Głównymi atutami ekipy z Leeds są dwaj wokaliści – melodyjny, czasem wręcz teatralny głos Haydena Thorpe'a doskonale współgra z zachrypniętym i szorstkim wokalem Toma Fleminga. Jest to połączenie o tyle ciekawe, iż w przeszłości mieliśmy do czynienia z formacjami, w których śpiewało dwóch wokalistów, jednak przykłady The Libertines czy Mando Diao (które bezdyskusyjnie są świetnymi zespołami) charakteryzują się tym, że obaj wokaliści śpiewają w podobnym stylu, nawet w zbliżonej tonacji (przykład – Pete Doherty i Carl Barat w What Became Of The Likely Lads). Wild Beasts, mimo że do pozycji wspomnianych zespołów mają jeszcze daleko, różnicą w sposobie i brzmieniu wokali Thorpe'a i Fleminga mogą zainteresować słuchaczy.
Wydany w tym roku Smother stanowi zupełnie nowy rozdział w twórczości Brytyjczyków. Płyta jest spokojna, wyważona, subtelna. Artyści skupiają się na głosie i tekście, który potrafi chwycić za serce. Nie znaczy to jednak, że nie dbają o wartość instrumentalną. Utwory są melodyjne, szybko wpadają w ucho i jeszcze szybciej w pamięć. Pierwszy singiel Albatross dobrze oddaje klimat albumu, choć wydaje się, że lepszym wyborem na utwór promujący krążek mógłby być Reach A Bit Further czy Lion's Share, w których śpiewa zarówno Thorpe, jak i Fleming. Piosenki wykonywane przez wokalistów oddzielnie stanowią mocną stronę Smothera (np.Invisible i Burning Fleminga czyPlaything lub Loop The Loop Thorpe'a). Na uwagę zasługuje świetne zaplecze perkusyjne, obszernie prezentowane na płycie (prócz Burning, które przypomina recytację wiersza okraszoną delikatnymi smyczkami i dzwonkami). Wild Beasts nie boją się eksperymentować z elektroniką (Bed Of Nails), co wychodzi im bardzo dobrze. Ilość bitów i sampli nie jest przesadzona i świetnie komponuje się z partiami gitarowymi (Deeper) i klawiszowymi (Lion's Share). Płyta najmocniej stoi wokalami i tekstami.

Wild Beasts przedstawili nam coś zupełnie świeżego i wartościowego. Kwestią czasu jest pojawienie się tytułów piosenek i ich poszczególnych wersów wśród wpisów na Twitterze czy Facebooku. Uznanie „Dzikich Bestii” za grupę indie rockową wydaje mi się nieco krzywdzące, bo nie jest to z pewnością zespół zasługujący na uogólnienie i wrzucenie do jednego worka z masą podobnych do siebie garażowych kapel. Nie określałbym muzyki Brytyjczyków właśnie w ten sposób. Gdy ktoś mnie o to zapyta, odpowiem, że to muzyka wyjątkowa, warta posłuchania. Tak po prostu.