Maciej Orłowski: Swietłana Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety

Swietłana Aleksijewicz jak nikt dotąd – ośmielę się to stwierdzić – oddała prawdę o losach kobiet walczących: z wrażliwością i zrozumieniem, nie uchybiając zarazem ani trochę autentyczności wydarzeń. To książka niezwykle kobieca – pełna pokory wobec cudzego cierpienia, determinacji w walce o prawo głosu i matczynej empatii.

„Nie można mieć jednego serca do nienawiści, a drugiego – do miłości. Człowiek ma jedno serce, więc zawsze myślałam o tym, jak to serce ocalić.”
Tamara Stiepanowna Umniagina, młodszy sierżant gwardii, sanitariuszka.


Niełatwo jest pisać o książce, składającej się niemal wyłącznie z cudzych opowieści. Wojna nie ma w sobie nic z kobiety to bowiem pozycja wyjątkowa – nie tylko ze względu na poruszający temat, przez tak wiele lat pozostający przemilczanym, ale także z uwagi na formę, najpełniej wyrażającą zamysł autorki. Swietłana Aleksijewicz oddała kobietom ich – utracony – głos. I nie jest to tylko zgrabna metafora: w będącej zbiorem setek zebranych rozmów i wypowiedzi książce niewiele znajdziemy słów samej reporterki, pełniącej tu raczej funkcję pośredniczki, łączniczki pomiędzy swymi rozmówczyniami a czytelnikiem. Zamiast tego usłyszymy historie naocznych świadków minionych wydarzeń – tak wstrząsające, że wręcz niemożliwe do zrozumienia dla nas, urodzonych i wychowanych w czasach pokoju i w poczuciu względnego bezpieczeństwa. Jednak to właśnie rzeczywistość wojenna, we wszystkich swych postaciach, zarówno okrucieństwa, jak bohaterstwa, stała się dla milionów kobiet w ZSRR czasem dorastania, pierwszych miłości i przyjaźni. Wojna nie ma w sobie nic z kobiety nie jest kolejną opowieścią o tragizmie wojny. To książka przede wszystkim o życiu – świadectwo życia w czasie śmierci.
„Są u nas dwie wojny. Z całą pewnością” – mówi Saul Gienrychowicz, mąż Olgi Wasiljewnej Podwyszeńskiej. Oboje walczyli na froncie: on w piechocie, ona w marynarce. „Kiedy zaczynamy wspominać, czuję wtedy: ona zapamiętała swoją wojnę, ja swoją. Mnie się też zdarzały takie rzeczy, o których żona pani opowiada […]. Tyle, że ja tego nie pamiętam… To przeleciało obok mnie… Wtedy mi się wydawało drobiazgiem. Głupstwem”. Swietłana Aleksijewicz stara się wydobyć z zapomnienia wojnę dotąd nam nie znaną, niezrozumianą, a często lekceważoną. Jest to obraz zupełnie odmienny od „męskiego” punktu widzenia: przesycony intymnością i cierpieniem, pełen drobiazgów i pozornie nic nie znaczących szczegółów, składających się jednak na wojenną codzienność. Ot, jak choćby gałązka w ziemiance w zastępstwie kwiatka. „Gałązka cieszy oko. Przecież jutro może nas nie być – tak sobie myślałyśmy” – wspomina jedna z rozmówczyń reporterki. Albo sukienka, przesłana przez matkę dla córki, która wzbudziła wśród kobiet prawdziwy wybuch euforii. Bo przypomniała, że oprócz żołnierzy (nie żołnierek!) są jeszcze kobietami, pozwalała zachować swoją tożsamość pośród wszechobecnej męskiej surowości, ba, pośród nieustannej męskiej obecności po prostu. „Chciałyśmy się zająć czymś kobiecym. Bo tego właśnie nam brakowało, bez tego po prostu nie sposób było wytrzymać. Szukałyśmy dowolnego pretekstu, żeby wziąć igłę do ręki, coś zaszyć, choćby przez jakiś czas wyglądać naturalnie. Oczywiście, śmiałyśmy się i cieszyły, ale wszystko to było nie takie jak przed wojną. Jakiś szczególny stan…” Cisza, zakłopotanie. Olga Wasiljewna Podwyszeńska płacze.
„Wszystko, co wiemy o wojnie, powiedział nam »męski głos«. Wszyscy tkwimy w niewoli »męskich« wyobrażeń i »męskich« doznań wojennych. »Męskich« słów. Kobiety milczą. […] Co najwyżej w domu albo kiedy rozpłaczą się w gronie frontowych przyjaciółek, wspominają taką wojnę, jakiej w ogóle nie znam” – pisze pisarka we wstępie Człowiek jest ważniejszy niż wojna (z dziennika książki) i jest to jedno z niewielu miejsc, w którym wprost zwraca się do czytelnika. Oprócz tego są to jeszcze początki rozdziałów, stanowiących wprowadzenie, swoisty odautorski komentarz do za chwilę przytaczanych wypowiedzi. Nie chcę wspominać: „Stary, dwupiętrowy dom na peryferiach Mińska, z tych, które pospiesznie i, jak się wtedy wydawało, nie na długo budowano tuż po wojnie…”. Ja jedna wróciłam do mamy: „Jadę do Moskwy… To, co wiem o Ninie Jakowlewnej Wiszniewskiej, ogranicza się na razie do kilku liniej w notesie…”. Tylko jeden raz popatrzeć: „A teraz będzie opowieść o miłości. Miłość to jedyne osobiste wydarzenie człowieka na wojnie”. Poza tym jednak Aleksijewicz kryje się przed wzrokiem czytelnika, ograniczając swą rolę jedynie do organizowania wypowiedzi w rozdziały – co przy takiej ilości zebranego materiału musiało być nie lada wyzwaniem – i pisanych kursywą rzadko uwag, tłumaczących kontekst czyichś słów, intonację, mimikę: „Niespodziewanie dla mnie zaczęła mówić wierszem […] Przyznaje się, że napisała to na wojnie. Ja wiem, że wiele z nich tam pisało wiersze”; „Magnetofon nagrywa słowa, zachowuje intonację. […]Cały czas żałuję, że nie mogę »nagrać« oczu, rąk. Ich życia podczas rozmowy, ich własnego życia.”; „Nagle się zatrzymała: »Trzeba odetchnąć… Bo zacznę płakać i zepsuję spotkanie…«. Odwróciła się do okna, żeby się opanować. Po chwili była już uśmiechnięta”. W tym wyciszeniu jest wiele pokory. Dla cudzej historii i osoby, dla emocji i wzruszeń, które przecież przy takich rozmowach muszą ujawnić się z całą siłą tym bardziej, im bardziej były tłumione.
Paradoksalnie, mimo tak znaczącego wycofania pisarki, mimo wysunięcia na plan pierwszy opowieści i wspomnień byłych żołnierek, obecność Aleksijewicz zaznacza się w książce bardzo wyraźnie. Białoruska pisarska tak dalece przyjmuje postawę słuchaczki i z takim pietyzmem oddaje domową atmosferę odwiedzanych przez siebie mieszkań, że czytelnik ulega iluzji, iż to on sam (ona sama, jeśli to czytelniczka) siedzi obok, przy pierożkach z czeremchą, i wsłuchuje się w cudze wspomnienia. Jednak nie ma już wątpliwości, kto jest ich adresatem. „Dalej, wchodź. Wejdź do środka” – zapraszają Aleksijewicz weteranki, gdziekolwiek się znajduje. Czasem zwracają się bezpośrednio do niej: dziwią się, dziękują, śmieją razem z nią: „No więc jestem sama. Na całym bożym świecie nie mam nikogo. Dziękuję ci, że do mnie przyszłaś…”; „ Czemu się śmiejesz? Oj, jak ładnie się śmiejesz. Ja też się śmiałam… No, bo jaki ze mnie historyk! Lepiej ci pokażę zdjęcie, na którym jestem w sukience z bandaży…”; „Wiem jedno: na wojnie człowiek staje się straszny i niepojęty. Jak można go zrozumieć? Pani jest pisarką. Niech pani sama coś wymyśli”. Swietłana Aleksijewicz jest obecna w słowach swych rozmówczyń.
Ile ich jest, nie sposób zliczyć. Sofia Kriegel, starszy sierżant, strzelec wyborowy. Natalia Iwanowna Siergiejewa, szeregowiec, sanitariuszka. Irina Nikołajewna Zinina, szeregowiec, kucharka. Polina Kaspierowicz, partyzantka… Gdyby wymienić je wszystkie, starczyłoby chyba na osobną książkę. Kobiety ze wszystkich frontów, wszystkich klas, niemal wszystkich krajów byłego ZSRR. W rozdziale pierwszym (Nie chcę wspominać) – dwie historie. W rozdziale drugim (Podrośnijcie jeszcze dziewczęta… Jesteście jeszcze zielone) – pięćdziesiąt jeden. W rozdziale trzecim – jedna: historia rodziny Niny Jakowlewnej Wiszniewskiej. I tak na zmianę. Niektóre długie, na kilkanaście stron, inne mieszczące zaledwie akapit. Każda – inna, każda – prawdziwa. „Głosy… Dziesiątki głosów… Zwaliły się na mnie, odsłaniając nieoswojoną prawdę, która już nie mieściła się w krótkiej i znanej od dziecka formule: zwyciężyliśmy” – pisze reporterka. „W ciągu kilku lat ponagrywałam już setki opowieści… Na półkach z książkami poukładane miałam setki kaset i tysiące zadrukowanych stron.”
Ta różnorodność sprawia, że tonacja Wojny…, jej język, sposób przedstawienia zdarzeń są niesłychanie różnorodne i trudne do określenia. Książka tragiczna? Z pewnością, lecz przecież nie można zaprzeczyć, że zdarzają się w niej również opowieści radosne, pokrzepiające czy wzruszające. Akty bohaterstwa zakrawającego o szaleństwo, braterskie (albo raczej – siostrzane) przywiązanie i solidarność w chwilach najcięższej próby, a wreszcie – pierwsze miłości. Przecież tak wiele par poznało się właśnie na wojnie! Ludzie, którzy żyją ze świadomością wiszącej nad nimi śmieci, odczuwają wszystko intensywniej. „Ci, którzy się pobrali w czasie wojny, to najszczęśliwsi ludzie, to najszczęśliwsze pary. Myślmy też pokochali się na wojnie. Tam gdzie płomień i śmierć. To trwały związek” – mówi mąż Olgi Wasiljewnej Podwyszeńskiej.
Nie jest to zatem książka ani odbierająca nadzieję, ani w pełni pokrzepiająca. Co więcej, nawet same bohaterki wielokrotnie prezentują zupełnie odmienne stanowiska wobec kluczowych dla jej wymowy kwestii. Bo czy można było się spodziewać, że dla jednych był to najszczęśliwszy okres w życiu [sic!], podczas gdy dla innych… „Co jeszcze sobie myślę… Niech pani posłucha. Jak długo trwała wojna? Cztery lata. Bardzo długo… A ja nie pamiętam ani ptaków, ani kwiatów. Oczywiście, były tam, ale ja nie pamiętam, żeby były. Tak, tak… Dziwne, prawda? Czyż filmy o wojnie mogą być kolorowe? Tam wszystko jest czarne. Tylko krew ma inny kolor… Tylko krew jest czerwona…”
Miłość i nienawiść, młodość i śmierć – jeszcze nigdy w historii te antynomie nie wystąpiły w tak nierozerwalnym połączeniu. A przecież „nie można mieć jednego serca do nienawiści, a drugiego – do miłości”. Swietłana Aleksijewicz jak nikt dotąd – ośmielę się to stwierdzić – oddała prawdę o losach kobiet walczących: z wrażliwością i zrozumieniem, nie uchybiając zarazem ani trochę autentyczności wydarzeń. To książka niezwykle kobieca – pełna pokory wobec cudzego cierpienia, determinacji w walce o prawo głosu i matczynej empatii.