Maciej Orłowski: Wojciech Kuczok, Spiski

Im bliżej zakończenia książki, tym wyraźniej zaznacza się żartobliwa wymowa Spisków, dość luźno przybierających postać góralskiej gawędy. Realizm ustępuje zatem miejsca coraz to bardziej fantastycznym pomysłom – chciwi górale za karę zarastają mchem, owładnięty szaleńczą ideą „Wielkiej Korekty” ojciec narratora ogołaca kościoły z chrystusowych przepasek, a bohater po zejściu do tajemniczej groty spotyka Śpiącego Rycerza, który bierze go za [sic!] Matkę Boską.

„Stan wojenny wkroczył w fazę plugawego spowszednienia, kiedy mój ojciec zadecydował, że należy mi skrócić rok szkolny. Po trzynastym grudnia miotał się pośród niespełnionych klątw i codziennie wymyślał najróżniejsze, nigdy nie zrealizowane formy protestu przeciw systemowi, jakby chciał się przed nami usprawiedliwić, że nikomu nie przyszło do głowy go internować.”

 – najnowsza książka Wojciecha Kuczoka zaczyna się intrygująco i dowcipnie. Prawda, mamy tu motywy znane już z jego poprzedniej twórczości – zarówno wątek apodyktycznego, przesiąkniętego patriarchalnym sposobem myślenia ojca i jego trudnych relacji z synem, jak i szarość i nędzę PRL-u – lecz są one podane w zaskakującej i niespotykanej dotąd w pisarstwie Kuczoka formie. Oprócz bowiem zjadliwej ironii i brutalnego wręcz realizmu, do jakiego przyzwyczaił nas autor Gnoju, spotykamy w Spiskach tony żartobliwe, zabawne i – nie zawaham się użyć tego słowa – pokrzepiające. Spiski to zatem swoista gra z czytelnikiem, w której znaczące mrugnięcia narratora i dystans wobec prezentowanej rzeczywistości miesza się z gdzieniegdzie występującymi uwagami najzupełniej serio. Czyni to tonację książki niejednolitą i trudną do określenia, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że im bliżej końca, tym wyraźniej się ona rozpogadza.
Fantazyjności książki sprzyja jej sceneria – góry jawią się u Kuczoka nie jako miejsce wypoczynku znudzonych dorobkiewiczów ani obszar ćwiczeń żądnych wrażeń taterników (co zresztą nie byłoby aż tak wielkim zaskoczeniem, biorąc pod uwagę zamiłowania autora), ale jako przestrzeń prawdziwie sakralna, magiczna. Z tym, że – co należy zaznaczyć – spojrzenie narratora na Tatry zmienia się wraz z upływem czasu, stając się coraz dojrzalsze, pełniejsze i przesycone głębszym przywiązaniem, dzięki czemu odbiorca ma  wrażenie bezpośredniego uczestnictwa w przemianie bohatera, a same Spiski zbliżają się do konwencji bildungsromanu – „powieści o formowaniu”. Miłość bohatera do gór nie wynika jednak jedynie z uświęconego tradycją szacunku do ich majestatu, lecz jest czymś więcej – to zamiłowanie do góralskiego życia, do innego niż „ceperskie” pojmowania czasu, przestrzeni i pracy, gdzie wszyscy „zawsze mieli co robić, nawet nie znali znaczenia słowa pracowitość, bo pracowali bez zastanowienia, bez oporu, nie po to, by czegoś szczególnego w życiu dostąpić, jeno w oczywisty, instynktowny sposób”. Można powiedzieć, że Kuczok przywraca górom i góralom należne im miejsce w literaturze, uwalniając ich od banału turystycznej codzienności i nawiązując mimowolnie do młodopolskich i międzywojennych twórców, szukających w Tatrach nie tylko inspiracji, ale i odmiennego sposobu przeżywania.
Nie jest to jednak spojrzenie w pełni bezkrytyczne. Przeciwnie, bohater Spisków (a zarazem ich autor), jako wnikliwy znawca góralskich obyczajów „od podszewki”, obśmiewa także wady i słabostki górali, które bynajmniej nie przydają im nimbu tajemniczości, lecz – podane z odpowiednim dystansem i pewną dozą życzliwości – tworzą barwny obraz Podhala. Mamy więc gazdę, który „w tygodniu łoił, ile wlezie, czy raczej ile się w gardło wleje, grzeszył ciężko, a nawet śmiertelnie, ale w niedzielę, na czas oczyszczenia, zakładał strój ludowy i z rodzinką w wypranych koszulach pomykał pod górę do kościoła”, rozleniwionych górali, których „znajomość Tatr ograniczała się do widoków z szosy na Włosienicę, gdzie za bandycką stawkę podwozili furmankami pod Morskie Oko wygodnicką klientelę” i traktujących miastowych „uprzejmie, lecz bez specjalnej poufałości”.
Wielkim atutem książki są stosowane przez Kuczoka oryginalne zabiegi językowe. O ile bowiem autor Gnoju przyzwyczaił nas już do posługiwania się w swych utworach gwarą śląską, o tyle Spiski wymagają od co wnikliwszych czytelników jeszcze częstszego sięgania po słownik. Dość wspomnieć o takich, nieznanych dla „cepra” określeniach tatrzańskiej fauny i flory, geologii i podhalańskich zwyczajów jak „gawra” (zimowe legowisko niedźwiedzi), „wanta” (duży blok skalny) „redyk” (uroczyste wyjście owiec na pastwiska) i o wielu im podobnych, które nieustannie wplatane są w tok akcji i opisy przyrody z naturalnością, jakiej nie powstydziłby się prawdziwy góral. „[…] las stromiał nad zerwami, gdzieniegdzie już gęste płaty kosówki wywieszały się ze skalnych półek ku przepaściom, coraz trudniej było przekraczać wiatrołomy i wiatrowały ułożone w poprzek perci, ale tamtędy właśnie wytropiony Józuś wiódł za sobą strażnika do straszliwego miejsca. Znał bowiem wśród rzeczonych urwisk niedużą grotkę, w której niedźwiedzica drugi rok z rzędu zamierzała gawrować i właśnie sobie mościła legowisko na zimę […]” – relacjonuje na przykład narrator gorzki żart, spłatany przez Józka „wyjątkowo upierdliwemu filancowi” [czyli strażnikowi ochrony przyrody]. Odmienną postać przybiera z kolei stylizacja w dialogach, gdzie barwna, potoczysta gwara góralska ożywia fabułę, przydaje postaciom charakteru i czyni je bardziej autentycznymi. Górale w Spiskach nie stronią od oryginalnych sądów, a w chwilach wzburzenia – od dosadnych sformułowań („– Momy go! / – Kurwi syn na Smerku siedzi, patrzojcie, jako kora odrapano. / – Trza go trafić stela, żeby nocki nie cocekoł, bo kie po ciemku zlezie, bee niepeć […] / – Uwazuj, psiekrwio! Myśliskie prawo krótkie: albo ty mój, albo jo twój!!!” – woła Józek do domniemanego misiołaka).
Jednakże mimo wszelkich bezspornych zalet, jakie czynią ze Spisków dzieło co najmniej wyróżniające się w całej dotychczasowej twórczości Kuczoka, nie są one wolne od wad. Po błyskotliwym i niebanalnym początku, zestawiającym w jednym czasie i przestrzeni trzy, niezwykle istotne w prozie autora zagadnienia – miłość do piłki nożnej, gór i stosunki, panujące między członkami rodziny – akcja wyraźnie zwalnia, przyjmując formę raczej luźno połączonych epizodów, niż linearnej, intrygującej fabuły. Niektóre interesujące i zabawne wątki (jak alkoholowe problemy ojca bohatera podczas pobytu u gazdy) po dłuższej, zbyt rozwlekłej prezentacji zaczynają nużyć i drażnić, gdyż czytelnik może odnieść wrażenie, że wciąż opowiada mu się ten sam dowcip. Również fantastyczność powieści wydaje się czasem wymuszona, a niektóre pomysły – niezbyt udane, jak choćby historia Feli, wydzielającej z siebie intensywny zapach… kobiecego pożądania, tak silnego, że zareagował na nie nawet mityczny górski misiołak.
Podobny problem mogą nastręczyć czytelnikowi dialogi. Wiele z nich sprawia wrażenie sztuczności, zwłaszcza te, w których główny bohater – niezależnie od swego rozmówcy ani sytuacji, w jakiej się znajduje – posługuje się wciąż tym samym językiem – rzeczowym, lecz bezbarwnym, bo pozbawionym indywidualnego charakteru postaci czy choćby najmniejszych śladów przeżywanych emocji. Sformułowania typu „Zarządzam szczelne zatkanie otworu w celu zapobiegnięcia dalszemu wytapianiu szczelin w lodzie” przypominają bardziej urzędową formułę wyjątkowo upierdliwego filanca, niż swobodną rozmowę między dwoma przyjaciółmi. Całe szczęście braku ikry nie można zarzucić góralom, a podczas kłótni ich odpowiedź na kulturalne „Stanowczo protestuję” narratora: „Nie pyskuj, ceperski obesrańcu!” – brzmi jak najbardziej na miejscu.
Im bliżej zakończenia książki, tym wyraźniej zaznacza się żartobliwa wymowa Spisków, dość luźno przybierających postać góralskiej gawędy. Realizm ustępuje zatem miejsca coraz to bardziej fantastycznym pomysłom – chciwi górale za karę zarastają mchem, owładnięty szaleńczą ideą „Wielkiej Korekty” ojciec narratora ogołaca kościoły z chrystusowych przepasek, a bohater po zejściu do tajemniczej groty spotyka Śpiącego Rycerza, który bierze go za [sic!] Matkę Boską. Pomysły to wprawdzie ciekawe, drażniące jednak niekiedy nachalnym moralizatorstwem i na ogół – mimo fantasmagorycznej, baśniowej atmosfery książki – jednopłaszczyznowe w swej wymowie. Choć i tu nie brakuje fragmentów błyskotliwych, z polotem, jak barwna scena „obnażenia” Malinki przed góralami, wymowny opis zurbanizowanego Józia czy też motyw „rozbierania Chrystusów późnogotyckich” i związanych z tym manifestacji, mimo woli przywodzących na myśl realne wydarzenia sprzed Pałacu Prezydenckiego.
Spiski– zgodnie z konwencją pogranicza jawy i snu – kończą się tak szczęśliwie, że aż nierealistycznie. Wytrwały bohater, wedle słów swego nowego ojczyma„konsekwentnie obstawiający tę samą kombinację liczb” w końcu„zgarnia wygraną”– piękna Fela dopuszcza go do swych skrytych tajemnic, zdolnych poruszyć nawet misiołaka i narrator rozpoczyna wędrówkę po sekretach jej ciała; matka znajduje szczęście u boku Mójkazia, a ojciec powraca do sztalug, przy okazji zrzucając piętno beznadziei. Kacperek znów ma się z kim bawić, Józek, „górol nad górolami”, co wpadł pod szwedzki pantofel, „przychodzi do domu szczęśliwy, że go kolacją wita dziewczyna jak z obrazka”. Nawet Śpiący Rycerz chrapnął sobie zdrowiej, gdy mu wyjęto „z gęby termometr”[krzyż na Giewoncie]. A więc czyżby naprawdę – „odkrzyżowanie” – jak głosi tytuł rozdziału? Mam wątpliwości. Kuczok – na przekór sobie i krytyce – nową powieścią chciał być może zerwać z przypisanymi mu etykietkami i pokazać nową, nieznaną jeszcze twarz – kpiarza i gawędziarza, podchodzącego z dystansem tak do górali, „ceprów”, jak i do wątków rodzinnych, otoczonych dotąd w jego prozie aurą mroczności. Zamiar ze wszech miar godny uwagi – tym bardziej szkoda, że nie w pełni zrealizowany. Spiski nie są arcydziełem na miarę Gnoju, z pewnością jednak pozostaną interesującym eksperymentem, stanowiącym istotny krok na drodze do twórczego samookreślenia.