Maciej Orłowski: Wszystkie odcienie szarości

PRL w najnowszej książce Wydawnictwa Krytyki Politycznej nie jest ani taki czarny, jak chcieliby tego niektórzy politycy, ani też tak barwny, jak wynikałoby z niektórych wytworów kultury. Widziany oczami dziesięciu reporterów i ich rozmówców jest przysłowiowo szary – ale to szarość niejednoznaczna, zawierająca w sobie wszystkie odcienie bieli i czerni.


Mulat w pegeerze. Reportaże z czasów PRL-u – książka opublikowana przez Wydawnictwo Krytyki Politycznej – nie ma zachwycać. Stwierdzenie to może wydawać się dziwne – wszak dziesięć reportaży, zebranych i przedrukowanych z popularnej w czasach PRL-u serii Ekspres Reporterów, stoi na niezwykle wysokim poziomie, nie tylko jak na ówczesne, ale – może nawet przede wszystkim – jak na obecne czasy. Nie bez pewnego podziwu Krzysztof Tomasik we wstępie stwierdza, że „publikowali tu najwybitniejsi”, tacy jak Hanna Krall, Małgorzata Szejnert i Ryszard Kapuściński, by na koniec gorzko podsumować: „Seria zakończyła swój żywot w 1990 roku, podobnie jak wiele innych inicjatyw wydawniczych, których korzenie sięgały poprzedniego wówczas systemu. […] znakomita tradycja polskiego reportażu obyczajowego w dużej mierze pozostaje niedoceniona i jest kontynuowana w niewielkim stopniu”.
A jednak mimo niewątpliwej biegłości autorów reportaży w dziennikarskim fachu, to nie ona decyduje o wyjątkowości prezentowanej pozycji na polskim rynku wydawniczym. Bo Mulat w pegeerze ma być przede wszystkim obrazem minionej epoki, obrazem innym od tych, których wcieleniem są dla Tomasika z jednej strony broszury IPN-u, a z drugiej filmy Stanisława Barei. PRL w najnowszej książce Wydawnictwa Krytyki Politycznej nie jest ani taki czarny, jak chcieliby tego niektórzy politycy (Tomasik z przekąsem zauważa, że „wszyscy wpisujący się w tę narrację są opozycjonistami”), ani też tak barwny, jak wynikałoby to z niektórych wytworów kultury. Widziany oczami dziesięciu reporterów i ich rozmówców jest przysłowiowo szary – ale to szarość niejednoznaczna, zawierająca w sobie wszystkie odcienie bieli i czerni.
Głównym tematem Mulata w pegeerze jest zatem obyczajowość – codzienne, czasem straszne, czasem śmieszne, a czasem tylko nużące zmagania tzw. zwykłych ludzi ze swoimi obowiązkami i niespodziankami losu. Uderza brak polityki: nie znajdziemy tu strajków, nędzy stanu wojennego, ani nawet scen pałowania przez ZOMO. Jakby dla żartu jedynie nazwisko Wałęsa pojawia się jako przezwisko jednego z bohaterów „ze względu na wąsy”, a „Solidarność” – w kłamstewkach rolnika Jasia, który wykręcając się „misją solidarnościową”, usprawiedliwiał przed ojcem swój wyjazd na wczasy.
Jaką codzienność przedstawia zatem Mulat w pegeerze? Z pewnością nie tę redukowaną wciąż do kolejek, papieru toaletowego na sznurku i pierwszomajowych pochodów. Przeciwnie: w książce pod redakcją Krzysztofa Tomasika jest ona zaskakująca i niejednorodna, staje się obszarem zderzania zjawisk pospolitych z niezwykłymi, buzującym konglomeratem przeciwstawieństw bez jakiegokolwiek gotowego wzoru na „normalność”. Więcej, można by nawet pokusić się o stwierdzenie śmielsze: poprzez ukazanie wszystkiego, co w odczuciu ówczesnych – a nieraz i obecnych – czytelników odbiega od intuicyjnie pojmowanej „normy” (a więc takich zjawisk, jak ruch nudystów, odmienność rasowa, samotność ludzi ze wsi [sic!], transwestytyzm, wielkie emigracje i równie spektakularne powroty) zbiór Reportaży z czasów PRL-u pozwala najbardziej do tej „normy” się zbliżyć. Nie poprzez zaprzeczenie i budowanie peerelowskiej tożsamości w opozycji wobec „innych” (tak szeroko przedstawionych w książce), lecz właśnie poprzez uznanie ich za nieodłączny i budujący element tej tożsamości. Wszak większość – to tylko suma mniejszości. Typową cechą PRL-u była jego nietypowość.
Wielości spojrzeń sprzyja wielość narracji. Dziesięciu różnych autorów to przecież tyle samo różnych obrazów tamtejszej rzeczywistości, tym bardziej, że i wybór Tomasika spośród ponad stu [sic!] reportaży był nastawiony właśnie na różnorodność. Niełatwe to zadanie dla recenzenta: ocenić pod wspólnym tytułem tak odmienne w formie i w treści teksty, w dodatku często niejednolite gatunkowo w obrębie własnej struktury wewnętrznej.
To formalne i znaczeniowe bogactwo dobrze ilustruje otwierający zbiór reportaż Andrzeja Makowieckiego Prawdziwie polskie drogi (na marginesie: autora głośnej biografii jazzmana Michała Urbaniaka, która została niedawno wznowiona przez Wydawnictwo Agora), który mógłby posłużyć jako wzór reportażu kryminalnego. Zawiera on wszak wszystkie jego niezbędne elementy: żywą, trzymającą w napięciu i wyraźnie zmierzającą ku rozwiązaniu akcję (Makowiecki w mistrzowski sposób przeplata ze sobą trzy różne wątki narracyjne), atrakcyjny i niebanalny zarazem temat (powojenna emigracja do Ameryki Łacińskiej, ukrywanie się zbrodniarzy hitlerowskich), jak i język, łączący w sobie ironię, wyrafinowanie i powagę (a nawet autoironię, czego dowodzą wcale obszerne fragmenty odsłaniania przed czytelnikiem nie zawsze chwalebnych tajników pracy dziennikarza). A jednak Prawdziwie polskie drogi nie są jedynie sensacyjną, wciągającą opowieścią o losach żołnierki AK i emigrantki, a już na pewno nie są opisem jednostkowego i odosobnionego przypadku. Owszem, historia Justyny Bajdor jest „inna niż wszystkie”, chociażby z tego powodu, że przytrafiła się właśnie Justynie Bajdor i jej punkt widzenia autor musiał przyjąć za autentyczny i warty opowiedzenia (mimo niejednokrotnych krytycznych uwag pod adresem naiwności bohaterki), ale mieści się w niej ponadto coś więcej – jak w soczewce skupia w sobie bowiem tragizm całego „straconego pokolenia” wojny i emigracji, jest jednocześnie indywidualna i niesłychanie uniwersalna. Ma tego świadomość zwłaszcza sam autor: pisząc o pierwszych latach w Argentynie, nie zapomni dodać: „Podobnie jak większość emigracyjnej generalicji i arystokracji musieli zaczynać od zera. Bo to już taki kraj. I do dzisiaj nic się nie zmieniło. Przyjeżdżasz jako inżynier czy doktor, a łapiesz za młotek lub szpadel. Dużo jest takich życiorysów”, a opisując przyczyny rozpadu pierwszego małżeństwa młodziutkiej Justyny Bajdor, skwapliwie wytłumaczy ówczesną mentalność: „W dawnych dzisiejszych czasach niejedna kobieta przeszłaby nad tym do porządku dziennego: ano, ma tam jakąś żonę, choćby i ciotkę – trudno! Grunt, że jest ze mną! Dawniej jednak maszyneria serca i mózgu pracowała nieco inaczej. Pewne rzeczy były nietykalne, pewne konsekwencje – logiczne”. Ta synekdocha, polegająca na przedstawianiu całości pewnych zjawisk poprzez ukazanie ich części, jest typowa dla wszystkich tekstów zawartych w tomie.
Wiemy więc, co chciał nam przekazać autor Prawdziwie polskich dróg: zadanie to stare jak sam reportaż, a w swej idei niezwykle spowinowacone z literaturą piękną: zawrzeć w historii pojedynczego człowieka prawdę o kondycji pokolenia, narodu czy nawet – w wypadku arcydzieł – całej ludzkości. Makowiecki chciał powiedzieć nam coś o powikłanych losach byłych akowców, ciężkim kawałku chleba w Argentynie lat 50. i nazistach, nadzwyczaj łatwo kamuflujących się w nowych warunkach. Ale przy okazji powiedział nam coś jeszcze, coś, czego sam – jako człowiek zanurzony w codzienności PRL-u i przyjmujący ją jako coś oczywistego – nie mógł zauważyć i wyodrębnić. Wbrew utartej opinii, nie muszą to być koniecznie tzw. „absurdy” życia w systemie komunistycznym – obraz, który wyłania się z jego reportażu, jest o wiele bardziej skomplikowany. Uderza więc po pierwsze możliwość „pozytywnego” (a więc nieszkalującego) pisania i mówienia o Armii Krajowej. Justyna Bajdor przecież „szła na Niemców jak popadło: z butelką benzyny, z granatem albo z gołymi rękami”, a w tonie Makowieckiego niewątpliwie wyczuć można szacunek dla jej niezłomnej postawy w czasie wojny i empatię wobec cierpienia (zawinionego bądź nie), jakiego doświadczała przez całe swoje życie. Z Prawdziwie polskich dróg wyczytać można także obraz nędzy mieszkaniowej w stolicy, przygnębiająco płytkich, bo opartych na zysku relacji rodzinnych czy niezwykle interesujący, choć niewątpliwie mocno ironiczny wizerunek polskiej inteligencji w Ameryce Łacińskiej i samej Argentyny, widzianej oczami przybysza z „socjalistycznego” kraju.
I te właśnie, epizodyczne, ukryte być może na pierwszy rzut oka treści, odzwierciedlające sposób myślenia i funkcjonowania ludzi z poprzedniej epoki uważam za największą wartość Mulata w pegeerze: czy to będzie wycieczka do Instytutu Sądownictwa i Instytutu Ziemniaka (z przewodnikiem!) podczas „rolniczego matrymonium” (Rolnicze matrymonium), czy nostalgia Pana H. za cytrynami i pomarańczami po trzy złote (Opiekunki do wynajęcia), czy też znamienne, a – ach! – jakże dyplomatyczne słowa prezesa Polskiego Związku Naturystów Sylwestra Marczaka (Ruch gołych): „Polacy […] są narodem tolerancyjnym. Ale regionalnie tolerancyjnym. Warszawa jest tolerancyjna. Ale takie Kieleckie nie bardzo”.