To dzieje się, kiedy ,,gołąb patrzy na Matkę Boską od tyłu, i nie wie, co to takiego”, czyli właściwie jest codziennością. Albo może jej mistyką, cudowną epifanią zwykłości? Adam Wiedemann zaprasza nas serdecznie na swój dywan, by razem poucztować – w iście antyestetyczny, baudelaire’owski sposób. Skosztować trochę nieczystego jedzenia, w towarzystwie much i wisielców, zatopić się w zapachu zrównanych ze sobą: mleka, krwi i gówna. Poczęstować się chipsem leżącym na tomiku poetyckim. Rozczłonkować swoje ciało, a później… poszukać miłości, z którą można byłoby posłuchać opery?
Wydany w zeszłym roku tomik Adama Wiedemanna swym intrygującym tytułem może przywodzić na myśl zamiatanie brudów pod dywan, zawijanie w niego trupa lub też uświadamiać funkcję, jaką ów przedmiot spełnia. Dywan ozdobny czy zwykły, deptany przez człowieka? A może człowiek podobny do dywanu, deptany przez życie? Tytuł kojarzy się również z, nazywanymi dywanami, szesnastowiecznymi tureckimi tomami poezji, wydawanymi często po śmierci autora i cechującymi się zróżnicowaniem tematycznym. Dywan Wiedemanna w sposób wielowymiarowy wskazuje na liczne aspekty istnienia w (nie)codzienności. Konstrukcję patchworku proponuje także okładka tomu. Prezentuje ona komplet wyłaniających się spod „dywanu” perwersji: gejowsko wypięte tyłki, stopy, dłonie,kibel oraz ledwo wyczuwalny puls, a wszystko to zostaje rozwinięte w wierszach. Prawda o znajdującym się na samym dnie świata człowieku? Czy prawda o człowieku w ogóle? O człowieku, który – jak zapewnia sam autor – zapomniał już o latających dywanach.
Dla Wiedemanna ważne są ciało i zmysły. Ciało rozkawałkowane, co w wierszach uzyskane zostało dzięki częstemu stosowaniu synekdochy pars pro toto. Podmiot liryczny doświadcza świata poprzez zmysły. Dotyka go palcem, który staje się łącznikiem między płaszczyznami przeszłości i teraźniejszości, będąc tym samym źródłem refleksji nad wspomnieniami. Ciało funkcjonujące w tym świecie jest często bierne i po prostu spełnia swoją funkcję – dupa służy do siedzenia, zaś,,noga pasuje do buta, sama do niego wchodzi bez żadnych podejrzeń. I co by ona chciała? Iść do toalety?”. Fizjologia człowieka bywa połączona z jego ułomnością. Okazuje się, że ciało posiada defekt. Palec krwawi, a stopy kochanka opisane są szeregiem pejoratywnych epitetów. Rzeczywistość nie jest doskonała, a będące jej elementem, reprezentujące ją ciało czasem czuje się porzucone. Ten opis gejowskiej fizjonomii przypomina obraz leżącej w wannie, masturbującej się kobiety z kontrowersyjnego filmu Mann, Frau, Animal Valie Export. Oba ciała potrzebują bliskości, czułości. Istnieją poprzez swoje części (stopy, łydki, pępek, usta, uda, pochwę). To właśnie one stają się pretekstem do wytłumaczenia istoty miłości – szczegółowej i całościowej. Miłości, która zawsze pozostaje w reprezentowanym przez faustowskie zaklęcie ,,Chwilo trwaj, jesteś piękna!”paradoksalnym stanie zawieszenia: ,,ja robię łóżko, on jest w kiblu”. W stanie, z którego podmiot liryczny doskonale zdaje sobie sprawę: ,,Ostatnio znowu pomyślałem sobie: «Chwilo, trwaj!»No ale czy to grzech? Wiedziałem przecież, że to tylko chwila”. Wydaje się pogodzony z tym, iż osiągnięcie spełnienia (nie tylko erotycznego) nie jest w pełni możliwe, i chyba dlatego cierpi jeszcze bardziej. Stwierdza, że seks i inne przyjemności sąpomocą, lecz w rzeczywistości w niczym nie pomagają. Być może sytuuje to człowieka na scenie teatru absurdu i stanowi metaforę istnienia, a może po prostu pokazuje, że fizjologia i ciało to nie wszystko? Wiedemann posługuje się gorzką ironią czy gorzką prawdą? I po której stronie bohaterów z Lubiewa – książki Michała Witkowskiego – moglibyśmy umieścić podmiot liryków Dywanu? Po stronie uganiających się za lujami i marzących tylko o drutowaniu Patrycji i Lukrecji, czy może po tej, do której należą gładcy, wysportowani i wykształceni geje z Poznania?A może pośrodku lub zupełnie gdzie indziej? Wydaje się, że człowiek Wiedemanna skazany jest na samotność i ciągły niedosyt. Jak wyznaje: ,,Samemu sobie trzeba pomóc”.
Gdy mu się to nie udaje, dokonuje autodestrukcji, a przestrzeń, w której się znajduje, staje się klaustrofobiczna. Z jednej strony zostaje oskarżony metaforyczną (auto)apostrofą: ,,Na myśl o sobie chce ci się tylko ziewać; na tej szczególnej modlitwie poprzestań”. Zaprogramowany na dehumanizację, kierujący się zasadą ,,trafić w czachę, ale nie trafić do paki”, nazwany świnią lub będący księdzem pedofilem. Podobnie jak w Mrówkowcu Mirona Białoszewskiego, żyjący w realiach atawistycznego egoizmu, w ramach którego głuche społeczeństwo nie słyszy własnych wezwań, więc jego członkowie – ludzie – mijają się. Z drugiej zaś strony w Dywanie przedstawiony został człowiek odczuwający w sposób jednostkowy, niemogący z nikim (sic!) zespolić się w miłosnej pełni; poddany przez autora-sąsiada, autora-podglądacza przenikliwej obserwacji. Znajdujący się w różnych codziennych sytuacjach. Mężczyzna z dziecięcym wózkiem uciekający przed deszczem, kobieta bita przez męża, sąsiad złodziej czy sam podmiot liryczny utworów. Życie tego ostatniego w znacznej mierze toczy się w łóżku, bywa on jednak i na nudnych wernisażach, na peronie, w akademiku; czasem jest głodny, zimno mu lub boli go ząb. Ciągle czegoś pragnie, tęskni, myśli i przeżywa, a jednocześnie, mimo że używa słowa jeszcze, wydaje się, że nie ma już nadziei. Doskonale obrazuje to krótki liryk Holandia, w którym metaforyczna szklarnia może być właśnie tym światem – hermetycznym i pustym:
Siedzimy w szklarni. Jest to pusty tunel,
a my nie jesteśmy idealistami. Patrzymy
na kwiaty, które jeszcze nie wyrosły,
każdy dotknięty twoją albo moją dłonią.
Opisywanym przez Wiedemanna człowiekiem często rządzą zmysły. Bohater utworu Ja ci pokażę, określony jako„autor”,,,wącha sam siebie, siebie sprzed lat”. W wierszu Słowik niestandardowy podmiot liryczny zastanawia się, czy pachnie lepiej od papierosa. Wąchanie szlafroka, swojego palca, pach – obrazy te także powstają poprzez zastosowanie synekdochy. Gdzie indziej pojawia się wykorzystujące tautologię i personifikację pytanie: ,,albowiem nawet ustom śmierdzi z gęby moczem?”, a w liryku Tajemnica istnienia jeszcze jedno pytanie retoryczne: ,,Tylko czemu od ryb czuć rybą?”. Niestety, ani żadna z postawionych wątpliwości, ani zmysł węchu nie pomagają dojść do tego, co jest istotą człowieczeństwa.
Analizując rolę ciała i zmysłów w tomie, można by stwierdzić, że Wiedemann oddaje człowieka w całości naturze. Uzależnia go od konsekwentnego sensualizmu, wprowadzając często zaskakujące rozwiązania. Dzięki stosowaniu nawiasów kwadratowych, poprzez numeryczne oznaczanie strof i używanie przerzutni, jakby rozczłonkowuje, rozdziela tekst. Mimo że obraz pozostaje brutalny, wyżej wymienione zabiegi uwydatniają głębsze przesłanie. Odkrywamy uczucia, dążenia. W całym tomie wyróżnia się oryginalny zwrot do natury: ,,moja dzielna zabawko nocą!”.Istnienie owej apostrofy daje szansę na przynajmniej częściowe wyodrębnienie binarnych opozycji: dnia – nocy, natury – kultury, ciała – duszy, które paradoksalnie tworzą spójną całość.
Gdzie w takim razie usytuować ukrytą pod warstwami intertekstualnych aluzji kulturę? W tomie doszukać się można: pochwał autorytetów w dziedzinie literatury i muzyki (ma to miejsce w dedykacjach), odwołań do twórczyń oper: Eleny Scianamei i Elisabeth Schwarzkopf, kompozytora Eduoarda Lalo, spektaklu Łysa śpiewaczka Eugène Ionesco, a także do Mozarta i Wagnera. Motto zbioru to fragment opery Albana Berga o tytule Lulu. Dowodów na stałą obecność w świecie sztuki – czyli wytworu kultury – jest w tomie wiele. Bohater jednego z utworów umawia się ze znajomymi ,,pod Śpiącym Erosem na Rynku”.Utarte zwroty jak kalki przechodzą do języka, co Wiedemann mistrzowsko demaskuje. Zwieńczeniem gier słownych i zabaw z czytelnikiem jest zaś motto w języku niemieckim: ,,LULU: Ist das noch der Diwan, auf dem sich dein Vater verblutet hat?” – wyraz Diwan przez swe fonetyczne podobieństwo nasuwa skojarzenie z tytułem tomu, oznaczając w rzeczywistości kanapę [,,LULU: Czy to jest kanapa, na której wykrwawił się twój ojciec?”]. Podobnie ukryte są cytaty (choćby ,,wiek męski” z Polały się łzy… Adama Mickiewicza), jak i twórcy: Sendecki, Rimbaud. Najbardziej zastanawia jednak czytelnika tomik Eleni Sikelianos, używany jako talerz na chipsy. I cytat:,,Z chęci bycia Barańczakiem nie wynika chęć bycia Balcerzanem. Zdradzam was, stare dziady, wchodzę pomiędzy was”, sugerujący raczej polemikę z autorytetami (lub niezależność) niż ślepe zawierzanie im. Wiedemann wybiera więc elementy kultury, które czyni swoimi; inne ośmiesza lub podaje w wątpliwość. Jest przewrotny. Niestosowny. Teatralizuje i ironizuje, co widać chociażby w klamrze kompozycyjnej – ,,Niczego mi nie brakuje” – utworu o tytule ***. Brakuje przecież wiele. Wiedemann wyrzeka się koturnowości, używa języka potocznego i niejednokrotnie wulgarnego. Jego postawę można by nazwać kampem wobec zastanej rzeczywistości. Nie podsuwa gotowych szablonów. Walczy, a zarazem jest melancholijny. Jakby przeczuwał, że to, czego szuka, nie istnieje w oczekiwanej formie lub w ogóle tego nie ma.
Człowiek w tomiku Dywan w sposób prosty, lecz wielowymiarowy, zostaje ukazany na peryferiach świata. Na (nie)codziennym, pesymistycznym bezdrożu. Jednak jego kondycja psychofizyczna jest mimo wszystko scalona. Może należy więc pójść za humorystyczną puentą całego tomu: ,,spruć się i zrobić z siebie sweter”?Posłuchać Wiedemanna, który najpierw doradza autodestrukcję, a później paradoksalną autokonstrukcję? Uwierzyć i znaleźć źródło koniecznego do samo-budowania surowca: może sztukę, może miłość?
