Stacja Tajga to druga powieść Petry Hůlovej przetłumaczona na język polski. Po Czasie Czerwonych Gór, w którym autorka za pośrednictwem pięciu bohaterek opisała współczesną Mongolię, pomijając trzy inne wydane w Czechach powieści Hůlovej, W.A.B. postanowiło przybliżyć polskim czytelnikom narrację Czeszki nagrodzonej Nagrodą Jofesa Škvoreckiego. Obie powieści zdradzają kulturoznawcze wykształcenie autorki. Każdorazowo spajają fabułę przedstawiającą losy kreślonych przez pisarkę postaci oraz swoisty traktat o metodzie. Tym razem Hůlová na warsztat bierze dwudziestowieczne przewartościowania dotyczące nauk antropologicznych i kulturowych.

Ci, którzy jednak przetrwali, nie wiedzą, dlaczego sobie na to zasłużyli. Ludzie są nieco przeżyci, muszą walczyć z głodem i niedostatkiem: Tam gdzie nie ma piekarzy żre się brud – brud ulic i chodników, z którymi człowiek zaczyna się zrastać. Autorka opowiada nie tylko o głodzie fizycznym, ale o niedosycie zdań, rozmów, gestów, śmiechu i hałasu – o niemożliwości normalnego życia

Trzymam w rękach książkę niezwykłą. Nie-zwykłą. Inną. Ciekawą – w zamyśle i merytorycznie. Ładnie wydaną. To Przewodniczka po Krakowie emancypantek pod red. Ewy Furgał, którą wydała krakowska Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2010.

Przepis na łapanie motyli Ewy Zadary, mimo że korzysta z wielu chwytów charakterystycznych dla prozy popularnej, jest interesującą powieścią o kobiecie, która nie zgadza się na wtłaczanie w role, jakie narzuca jej społeczeństwo. Musi wciąż zadawać sobie pytania o to, czy działać w zgodzie z własnymi pragnieniami, czy dla dobra rodziny rezygnować ze szczerości względem samej siebie.
 

To dzieje się, kiedy ,,gołąb patrzy na Matkę Boską od tyłu, i nie wie, co to takiego”, czyli właściwie jest codziennością. Albo może jej mistyką, cudowną epifanią zwykłości? Adam Wiedemann zaprasza nas serdecznie na swój dywan, by razem poucztować – w iście antyestetyczny, baudelaire’owski sposób. Skosztować trochę nieczystego jedzenia, w towarzystwie much i wisielców, zatopić się w zapachu zrównanych ze sobą: mleka, krwi i gówna. Poczęstować się chipsem leżącym na tomiku poetyckim. Rozczłonkować swoje ciało, a później… poszukać miłości, z którą można byłoby posłuchać opery?

Pozycję Tak zwane widoki ziemi wydawnictwa Bosz można rozpatrywać wielorako i tak też jej używać. Jest to zarazem wybór wierszy Czesława Miłosza z ich angielskimi tłumaczeniami, jak i album fotografii – wielobarwnych i różnorodnych, bo wynikających z biografii i twórczości poety.

Po ponad czterdziestu latach od zakończenia korespondencji, a także od śmierci obojga autorów, możemy wreszcie obserwować język ich uczucia nieosłonięty literacką fabułą. Wydanie listów i opatrzenie ich rzetelnym aparatem krytycznoliterackim z jednej strony odkrywa wiele tajemnic oraz przyczynia się do zdemaskowania narosłych przez lata mitów, lecz z drugiej – pozostawia czytelnika z poczuciem dziwnej bezradności w obliczu jeszcze dziwniejszej relacji, jaka istniała między Bachmann a Celanem. Czy miłość intelektualistów zawsze musi być aż tak skomplikowana?

Ta próba terapii jest jednak całkowicie nieskuteczna – nie pozwala bowiem uwolnić się od dręczących go myśli. Przeciwnie – bałkańskość okazuje się jedynie przejaskrawioną, zwielokrotnioną polskością; sytuacją, w jakiej jeszcze silniej odczuwa się ciężar swojego rodowodu. Polskość – to opresja.

PRL w najnowszej książce Wydawnictwa Krytyki Politycznej nie jest ani taki czarny, jak chcieliby tego niektórzy politycy, ani też tak barwny, jak wynikałoby z niektórych wytworów kultury. Widziany oczami dziesięciu reporterów i ich rozmówców jest przysłowiowo szary – ale to szarość niejednoznaczna, zawierająca w sobie wszystkie odcienie bieli i czerni.

Co zwycięży w tym pojedynku: czucie i wiara czy mędrca szkiełko i oko? Niemiecka rozwaga czy gorąca polska krew? Nadczłowiek czy szczur? Czy istnieje coś takiego jak ofiara techniczna i dlaczego Polacy strzelają diamentami? Oto pytania stawiane czytelnikowi przez Tomasza Piątka; kwestie, z których zostaje rozliczony.

Klasyk na luzie – zredagowany przez Jarosława Borowca i wydany właśnie przez Biuro Literackie zbiór rozmów z Bohdanem Zadurą – z pewnością mówi o poecie jedno: jest to wdzięczny (choć nie wdzięczący się) rozmówca.

Okładka nowego tomu poezji Bogusława Kierca przedstawia zmysłową scenerię –łóżko z czerwoną, satynową pościelą, zasłane dla dwóch osób. Pierwsze skojarzenie, które nasuwa taki obraz, wydaje się trafne, gdyż erotyzm stanowi niezwykle istotny motyw w Rtęci. Jednakże na tej okładce znajduje się również szczegół wywołujący inne konotacje – poduszka pokryta pierzem. Piórami anioła? Możliwe, gdyż noc jest najbardziej sprzyjającą porą do kontaktów z transcendencją.


Piętnaście lat twórczości Dukaja w ośmiu powieściach. Utwory czarujące błyskotliwymi pomysłami i kunsztowną formą, obok których żaden fan s-f nie może przejść obojętnie.
A poniżej krótki przewodnik po nowych dziełach polskiego fantasty.

Choć jest chyba jednak coś, co spaja wszystkie te postacie i gatunki w zwartą, logiczną całość. I chociaż teza ta narażona jest z góry na zarzut ogólnikowości i nadinterpretacji niektórych fragmentów książki, to jednak sądzę, że z każdego z przytoczonych rozdziałów wyłania się dążenie do uniwersalizacji i ukazywania pewnych prawd ogólnych, przekraczających aktualne ramy czasu i przestrzeni.

W nowym tomiku Bohdana Zadury można by się zadurzyć. Można by, gdyby uszczuplić go o kilka wierszy, które wydają się niepotrzebne.


Praktycznie cały świat przedstawiony skonstruowany jest na zasadzie groteskowego przejaskrawienia: mieszkanie z idealnie czystego przekształca się w istny śmietnik; dziecku, które nie mogło zasnąć, jeśli nie trzymała go za rączkę babcia, nie przeszkadza zdechły pudel w pościeli; codziennie kąpana dziewczynka – wobec tego, że nikt nie nauczył jej, jak umyć się samodzielnie – jako dorosła kobieta jest brudna i zaniedbana.

Chętnie czytam, u schyłku roku, na początku nowego czasu (kalendarzowego) Gender w społeczeństwie polskim – jako swego rodzaju podsumowanie genderowej pracy, wykonywanej przez tak wiele osób w różnych miejscach i w rozmaity sposób, zarówno w kontekście 2011 roku, jak i szerzej – mając w perspektywie 20 lat w państwie demokratycznym, wolnym i niezawisłym.

Swietłana Aleksijewicz jak nikt dotąd – ośmielę się to stwierdzić – oddała prawdę o losach kobiet walczących: z wrażliwością i zrozumieniem, nie uchybiając zarazem ani trochę autentyczności wydarzeń. To książka niezwykle kobieca – pełna pokory wobec cudzego cierpienia, determinacji w walce o prawo głosu i matczynej empatii.

Im bliżej zakończenia książki, tym wyraźniej zaznacza się żartobliwa wymowa Spisków, dość luźno przybierających postać góralskiej gawędy. Realizm ustępuje zatem miejsca coraz to bardziej fantastycznym pomysłom – chciwi górale za karę zarastają mchem, owładnięty szaleńczą ideą „Wielkiej Korekty” ojciec narratora ogołaca kościoły z chrystusowych przepasek, a bohater po zejściu do tajemniczej groty spotyka Śpiącego Rycerza, który bierze go za [sic!] Matkę Boską.

1 2