Jest tylko teraźniejszość i właśnie jej nie ma: o powieści "Fausta" z Krystyną Koftą rozmawiała Lucyna Marzec

Nie łudźmy się, medycyna od zawsze poszukuje lekarstwa na nieśmiertelność i nigdy jej nie znalazła. Wiarę w bóstwa i bogów wymyślono właśnie po to, żeby stworzyć iluzję nieśmiertelności. Ten niematerialny byt, jakim jest wiara, jest jedynym możliwym wyjściem z życia z honorem. Lęk przed śmiercią, spychany do piwnic nieświadomości, powoduje rozpaczliwe poszukiwanie ucieczki. Modny sposób to ucieczka w młodość...


Lucyna Marzec: Motyw faustyczny przewija się w Pani twórczości od pierwszej powieści. Bohaterka Wizjera, Faustyna, mimo pełnych determinacji, regularnych działań podtrzymujących młodość ciała, jest śmiertelna. Fausta z Pani najnowszej powieści, dzięki nowym technologiom, chirurgii plastycznej, dokonuje cudu: staje się raz jeszcze młodą dziewczyną. Czy po to, by ponownie przeżyć swoje nieudane życie? Czy będzie już żyć wiecznie, odradzać się na nowo? Taką nadzieję daje przecież rozwój medycyny.
Krystyna Kofta: Ten motyw to zarówno wartość chwili, słynne faustyczne „Chwilo trwaj, jesteś tak piękna”, jak i przemijanie, które chciał zanegować Faust. Dante pisał: „Jest tylko Beatrycze i właśnie jej nie ma”. Zastanawiając się nad przemijaniem, pomyślałam, trawestując Dantego: „jest tylko teraźniejszość i właśnie jej nie ma”. Sekunda bowiem, w jakiej się znaleźliśmy, pokazuje nam plecy jak kochanek, który nas opuszcza, właśnie odchodzi do przeszłości. To metafora dotykająca losów człowieka, jego szybkiego przemijania, choć jeszcze trwa. Uważam czas za fascynujące zjawisko. Przerażające i wspaniałe jednocześnie. Moja stara Fausta z pierwszej powieści (Wizjer) ewoluowała w czasie, w powieści Fausta ma większe możliwości techniczne. Daje jej to medycyna, botoks, lasery, silikon, siatka złotych nitek umieszczanych pod skórą. Choć jest jeszcze młoda, Fausta walczy o to, by zachować młodość na wieczność. Nie wiemy, jak rozumie wieczność. Czy sądzi, że będzie nieśmiertelna, czy chodzi jej jedynie o zachowanie urody i młodości aż do śmierci. Nie daję w powieści odpowiedzi, bo jej nie znam. Żadne zakończenie, w żadnej, nawet najlepszej powieści nie jest dobre! Chyba tylko w Ulissesie. Słowo "tak" kończące monolog Molly. A i tak to zakończenie wprowadził Joyce na prośbę wydawcy.
Co zaś do styku nieśmiertelnego ciała i nieśmiertelnej duszy, to dla mnie nieśmiertelność mojego ciała byłaby przekleństwem, gdy wokół wszystko umiera. Nieśmiertelna dusza? Dla mnie to moja świadomość, a raczej nadświadomość, która mi towarzyszy jako człowiekowi, kobiecie i pisarce.
Nie łudźmy się, medycyna od zawsze poszukuje lekarstwa na nieśmiertelność i nigdy jej nie znalazła. Wiarę w bóstwa i bogów wymyślono właśnie po to, żeby stworzyć iluzję nieśmiertelności. Ten niematerialny byt, jakim jest wiara, jest jedynym możliwym wyjściem z życia z honorem. Lęk przed śmiercią, spychany do piwnic nieświadomości, powoduje rozpaczliwe poszukiwanie ucieczki. Modny sposób to ucieczka w młodość, poprzez odmładzanie. Wiele kobiet a także mężczyzn poddających się ciągłym operacjom plastycznym, to córki i synowie Frankensteina. Oczywiście są lepsi i gorsi chirurdzy, można osiągnąć całkiem niezłe efekty, niestety nie na zawsze. Bywa, że nie można się uśmiechnąć, bo po kilku liftingach twarz tężeje. Przypomina maskę pośmiertną, bo od śmierci nie ma ucieczki. Widzimy już coraz częściej takie twarze. Aktorki, piosenkarze, politycy… Oni wierzą, że przedłużona laserem młodość, pozwoli im grać Julię i Romea po sześćdziesiątce, skupiają się na swoim wyglądzie, zaniedbując dusze. W tym miejscu krąg się zamyka, nie ma już ucieczki. Moja bohaterka Fausta jest zbyt mądra, żeby tego nie wiedzieć.
 
L.M.: Filozofki i filozofowie przyglądają się rozwojowi technologicznemu z zaciekawieniem i niepokojem, podobnie jak główna bohaterka, Bogna, obserwuje starania Fausty. Bogna zgadza się na materialność, przemijalność swojego istnienia. Walczy o życie, gdy choruje, ale nie rości sobie pretensji do wieczności. Fausta powierza się medycynie „przyszłości”, zarazem będąc bardzo religijną osobą – i zdrową. Czyżby wiara w życie wieczne była tylko przedłużeniem marzenia o wieczności ciała? Albo marzenia te były wymienne?
K.K.: Nie bez powodu kontrapunktem Fausty jest Bogna. Przyjaźnią się i rozumieją, choć mają całkowicie różne podejście do własnego życia, młodości i starości. Są to dwie filozofie. Jedna racjonalna, to filozofia Bogny, druga metafizyczna, filozofia Fausty. Dla Bogny istnieje dusza, czy bardziej: duchowość zamknięta w ciele. Tajemnica duchowości nie potrzebuje podpórki w postaci wiary w boga. Fausta wierzy głęboko w boga, choć nie zgadza się na koleje losu, jakie bóg miałby jej serwować. Nie wierzy w boskie okrucieństwo. Jeśli jest naprawdę miłosierny, nie będzie miał do niej pretensji o poprawienie tego, co się mu nie udało. Takiemu rodzajowi wiary blisko do pogaństwa. Albo przynajmniej słuchania podszeptów diabła. Wielu jest ludzi, którzy za młodość ciała oddaliby duszę diabłu. Nigdy nie staram się tłumaczyć swoich bohaterów, wyjaśniać, co miałam na myśli, kreując postać. Kreacja polega na stworzeniu, nie na tłumaczeniu, dlatego też nie wiem, czego Fausta spodziewa się po odzyskaniu młodości. Nawet nie wiem, czy żyje, czy umarła leżąc u Mefisty. Bogna chciałaby ją widzieć; jest pisarką, miewa różne wizje, któż może zaręczyć, że dziewczęca Fausta nie jest tylko jej wizją? Z pewnością nie zaręczy autorka.

 
L.M.: W Fauście najbardziej przerażającym bohaterem jest Filip – drugiej tak diabolicznej postaci męskiej nie znajdziemy w Pani twórczości. Bogna nie cierpi Filipa, chociaż darzy wielkim uczuciem Faustę. Ale istnieje coś, co łączy „złego” męża i „dobrą” żonę: przełamywanie barier (moralnych, medycznych), by zyskać młodość. Filip w związku z dziewczynką symbolicznie odmładza się, a zarazem, jako że relacja jest kazirodcza, zachowuje najściślejszą ciągłość biologiczną ze swoimi dziećmi, absolutnie kontroluje rozwój swojego „rodu”, tak jak kontroluje się rozwój szczepów roślin czy rodowodowych psów. Kazirodztwo jest w naszej kulturze nie tylko występkiem przeciw społeczności, ciężkim grzechem, ale i tematem tabu, funkcjonującym najczęściej jako rodzinny sekret. W Fauście zostaje odkryty przez Bognę. Dlaczego tak bardzo zależy jej, by poznać tajemnicę Fołtynowiczów, a gdy już to czyni – zostawia wiedzę dla samej siebie? Czy lepiej nie rozbudzać demonów, lepiej pozwolić im umrzeć?
K.K: Filip Fołtynowicz, stary mąż Fausty-dziewczynki, jest człowiekiem z krwi i kości, choć to ucieleśnione zło. Istnieje znacznie więcej takich kazirodczych tatusiów, niż nam się wydaje. Miłośników córeczek, kobieciątek. Nie sądzę, żeby Filip był wyssany z mojego palca. Powstał jako postać wcześniej, niż usłyszałam o Fritzlu, bo Fausta leżakowała długo, pisałam ją przez wiele lat. Znam kilka takich rodzinnych tajemnic. Nie ze swojej rodziny, ale wokół kręciło się trochę odrażających typów. Zbierałam i zapamiętywałam te historie jeszcze zanim zaczęłam pisać. Notatki robiłam później. Żyłam zawsze z pamięci. Swojej i cudzej. Co do świadomości Filipa, byłabym ostrożna. Tacy ludzie często „wypierają” swoje zboczenie czy swoją niegodziwość. Stąd wzięła się diaboliczność Filipa, do której trzeba było aż egzorcysty. Bardziej skomplikowana jest matka Fausty, niektórzy krytycy uznali ją za najbardziej tajemniczą postać. Ona wie więcej, niż nam się zdaje. Rzeczywiście przy jej tworzeniu zastosowałam metodę innej konstrukcji niż przy reszcie bohaterów. Ona jest zlepkiem dwóch wizji. Jedna to piękna Helena, do szpiku przeżarta złem, zdemoralizowana  kobieta, która wyłania się z opowieści Fausty, druga – stateczna Helena Lejmanowa odszukana przez Bognę przy pomocy pani detektyw. Ten wątek kryminalny wprowadziłam nie bez powodu. Właśnie on pokazuje trudność psychologiczną w ocenie, trudność, a nawet niemożność znalezienia prawdy. Bogna jest trochę podobna do mnie w poszukiwaniu wiedzy o ludziach. Także w tym, że zachowuje tę wiedzę dla siebie. Nie widziałabym powodu, żeby Bogna przyszła do Fausty i powiedziała tak, jak w latynoskiej telenoweli: siądźmy i porozmawiajmy, a potem wypaliłaby całą prawdę na temat jej męża i ojca. Ponieważ Bogna ma wiele ze mnie, nie może się tak zachować. Gadanie takich prawd niewiele dobrego wnosi, wyrządza krzywdę. Uważam, że tacy „prawdomówni” robią wiele zła. Po prostu tu, gdy Filip tak koszmarnie kończy życie, nie ma już nic do zrobienia. Gdyby rzecz wyszła wcześniej i można by zapobiec dramatowi kazirodztwa, wtedy miałoby to sens, natomiast wpędzanie Fausty w traumę po śmierci męża jest nieracjonalne.

L.M.: We współczesnej debacie wokół związków kobiety i nowych technologii można wyróżnić dwa podstawowe ujęcia. Jedno wiąże z nowymi technologiami nadzieje: kobieta-cyborg ma szanse na postępującą emancypację, ponieważ cyborgiczność rozmywa podziały na cechy męskie i żeńskie, ludzkie i zwierzęce, naturalne i sztuczne. Drugie ujęcie pojmuje nowe technologie jako niebezpieczne narzędzie, związane z władzą i przemocą symboliczną, która zostanie wymierzona przeciw kobietom: wizja świata, gdzie do reprodukcji nie będzie potrzebna kobieta – bo zastąpią ją maszyny (inkubatory) – to wizja katastroficzna: kobiety nie będą wtedy już zupełnie mężczyznom potrzebne, stracą wszystkie prawa, które zyskały. Jak Pani sądzi, co przyniesie kobietom niezwykle intensywny rozwój biotechnologii?
K.K.: Na temat biotechnologii nie zamierzam w ogóle się wypowiadać. Rola kobiety jest nie do zastąpienia przez cyborgi. Tego jestem pewna. Gdybanie na temat cyborgiczności i rozmywania tożsamości, zacierania granic, zostawiam scenarzystom filmów fantasy. To, co usłyszałam na ten temat, jest niespójne, bo jeśli zatrą się cechy płci, zrównają się ludzie, zwierzęta i maszyny, to wszystkich spotka to samo, i cały ten świat będzie inny. Inkubatory do rodzenia? Proszę uprzejmie, odciążą kobiety. Mogę tylko żartować na ten temat. Kobiety muszą pilnować swoich praw tu i teraz, żeby ich nie straciły, bo nic nie jest dane na zawsze, zwłaszcza zaś demokracja. Dla mnie to wciąż problem teraźniejszości i przyszłości politycznej i społecznej, a nie biologii.                  

L.M.: Bogna akceptuje życiowe wybory Fausty, chociaż nie usprawiedliwia, nie rozumie wszystkich. Myśli o jej przyszłości, odwiedza ją w Słubicach, ale nie udaje jej się otworzyć Fauście-dziewczynce drzwi, gdy ta wraca z kliniki. Scenę tę można interpretować na wiele sposobów, dla mnie jest ona znakiem przerwania pewnej więzi międzypokoleniowej. W Pani twórczości kobiety dorosłe, ale niedojrzałe, jak np. Jutta (z Ciała niczyjego), wiążą się silnie z kobietami dojrzałymi, znacznie od nich starszymi, które pomagają im zrozumieć siebie, odkryć swoje pragnienia. Wtedy starsze mogą odejść – gdy spełniły swe zadanie. W przypadku Fausty jest zupełnie inaczej: młodsza kobieta zamiast dojrzeć, odmładza się. Czy Bogna nie chce zajmować się dzieckiem? Nie interesują jej relacje oparte na tak dużej dysproporcji wiedzy, doświadczenia? Pytam dlatego, że interesuje mnie to, co Pani myśli o kobiecej przyjaźni.
K.K.: Kobiecą przyjaźń bardzo sobie cenię. Naprawdę zaczęłam kobiety doceniać i „widzieć” dopiero kilka, może kilkanaście lat temu. Wcześniej bywałam zaprzyjaźniona z matkami moich przyjaciół. A były to mądre kobiety, wykształcone albo proste, ale mające charakter, ostre. Nie miałam zbyt wielu przyjaciółek. Może na podwórku, w dzieciństwie, kolegowałam się z dziewczynkami. Jednak kto czytał Wióry, może zauważyć, że Szprycha – wówczas to określenie nie miało takiego znaczenia, po prostu była to chuda dziewczyna – a więc Szprycha przyjaźni się z Pająkiem i chłopakami. To efekt zakochania, zauroczenia, nie zawsze związany z „konsumpcją” cielesną. Taka jest prawda. Przyjaciółki przyszły z wiekiem. To efekt późnego dojrzewania. Przyjaciół mam wśród mężczyzn, bo miałam ich wcześniej, zanim znalazłam prawdziwą przyjaźń u kobiet. Lubię kobiety, uważam, że są ciekawsze niż mężczyźni, o ile przekroczą barierę opowieści o dzieciach i zupach. Sama kocham swojego syna „nad życie”, ale nie zamęczam nikogo opowieściami o tym, jaki jest genialny. Lubię gotować, robić nalewki, konfitury, ale piszę, czytam, interesuję się polityką. Znajduję wspólny język z kobietami i mężczyznami, a szerzej: po prostu z ludźmi.

L.M.: Bardzo dziękuję za rozmowę.