Klasyk na luzie – zredagowany przez Jarosława Borowca i wydany właśnie przez Biuro Literackie zbiór rozmów z Bohdanem Zadurą – z pewnością mówi o poecie jedno: jest to wdzięczny (choć nie wdzięczący się) rozmówca.
W książce każdy z wywiadów poprzedzony został wspomnieniem jego autora na temat okoliczności rozmowy. W jednej z tych przedmów wprost o wyrozumiałości Zadury pisze prof. Stanisław Bereś, przyznając, że w trakcie ich spotkania niejednokrotnie iskrzyło, i cokolwiek złośliwie dodając: „niewielu znam pisarzy, którzy by z taką cierpliwością i zrozumieniem znieśli ten typ wywiadu. Polski pisarz to ktoś niewiarygodnie przeczulony na swym punkcie, obraźliwy, a do tego naznaczony syndromem wieszczym, czyli organicznie niezdolny do podważania jego wiedzy na jakikolwiek temat, a już na pewno własnej twórczości”. Odsuwając na bok drażliwą kwestię „wrażliwości autorskiej”, trudno nie zgodzić się z opinią o autorze Nocnego życia: niemal familiarna atmosfera niektórych wywiadów, wspomnienia ich autorów na temat gościnności poety, otwartość, z jaką reaguje na najróżniejsze pytania – wszystko to potwierdza sąd Beresia. (Bez przesady zresztą nawet z tym iskrzeniem. Odnoszę wrażenie, że dużo bardziej, i dużo ciekawiej, choć na zupełnie innych rejestrach, iskrzy w rozmowie, którą przeprowadził Andrzej Sosnowski, a w której poeci wymieniają pasjonujące uwagi o arkanach rzemiosła poetyckiego.)
Chciałbym zatrzymać się na chwilę przy owym wdzięku Zadury, związanym nie tylko z byciem rozmówcą. Wydaje mi się, że jest to zagadnienie ciekawe z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, dobroduszność pisarza – być może niewłaściwe to określenie, sugerujące jakąś naiwność; choć i może nic w tym złego: „ktoś nienaiwny z pewnością by w takie dziedziny jak poezja nie wchodził” – okazuje się zupełnie niedeficytowa. Gdy mianowicie Bereś kończy swoje wspomnienie z wywiadu zapytaniem „Czy wiedziałem z góry, że mogę liczyć na taką wspaniałomyślną beztroskę?”, i odpowiada na nie: „Brzmi to paradoksalnie, ale wiedziałem, chociaż widzieliśmy się z Zadurą po raz pierwszy w życiu”, to jest tu niezwykle blisko owych „niedoświadczonych młodych poetów” (o nich z kolei wspomina Darek Foks), którzy na początku lat 90. „słali wiersze Zadurze, ponieważ czytali jego książki. […] W tych książkach było coś, co ich do tego wysyłania zachęcało. Wysyłali zatem wiersze swojemu poecie”. Wynikałoby z tego, że jest w Bohdanie Zadurze (w wierszach Bohdana Zadury) coś, co można by ogólnie nazwać „prawdomównością”, co skłania do zawierzenia mu, do niearoganckiego potraktowania go jako „swojego”, do apriorycznej wiary w jego dobre intencje (trudno jej nie poczuć, gdy redaktor naczelny „Twórczości” mówi o wyrzutach sumienia z powodu nieodpowiadania każdemu, kto nadsyła do czasopisma wiersze).
Po drugie (z drugiej strony), Zadura niejednokrotnie wyznaje swoim rozmówcom, że jeszcze niedawno w ogóle by z nim nie porozmawiali, ponieważ był raczej milczkiem, każda sytuacja publiczna zupełnie go paraliżowała i do trzydziestego piątego-czterdziestego roku życia szczerze wierzył, że jeśli nie ma się nic ważnego do powiedzenia, to w ogóle nie należy otwierać ust. Co znamienne, swojego pierwszego wywiadu (debiutujący w 1968 roku!) Zadura udzielił w roku… 1996 „Nowemu Nurtowi”. Jawnie deklarowana naiwna wiara w słowo paradoksalnie staje się kolejnym czynnikiem zjednującym pochodzącego z Puław poetę czytelnikowi.
Podobnych czynników można by wyliczyć wiele, a do naczelnych należy ujawniający się raz po raz żartobliwy dystans do spraw zasadniczych.Łatwo poczuć sympatię, gdy urodzony w 1945 roku Zadura tak rozpoczyna opowiadaną anegdotę: „Pewna znajoma pani, starsza ode mnie – trochę to dziwne, ale jednak to prawda […]” lub gdy na (zadane w 2006 roku) pytanie Artura Burszty o Euro 2012 odpowiada: „W 2012 będę – o ile będę – miał sześćdziesiąt siedem lat i mogę w ogóle nie pamiętać, że istnieje coś takiego, jak piłka nożna”. Ten dystans wiąże się też z twórczością poetycką, choć tutaj obok tonów wesołych wyraźniejsze bywają nuty poważne. O ile bowiem motywowanie braku solidnej znajomości dwóch języków przekonaniem, że wybrańcy bogów i tak umierają młodo, jest po prostu zabawne, o tyle inne konfesje – już nie tak bardzo. Nie mam tu nawet na myśli zarzuconej dawno przez Bohdana Zadurę wiary w moc społecznego oddziaływania wiersza; bardziej chodzi mi na przykład o stosunek do wydania dzieł zebranych, wedle którego „dzieła zebrane, i to w twardej okładce, to trudne przeżycie dla autora”. Po tego typu wyznaniach na twarzy czytelnika może zagościć (na mojej zagościł) półuśmiech, ale towarzysząca mu refleksja niekoniecznie musi być wesoła.
Wiadomo zresztą, że (auto)ironiczność czy humor – towarzyszące Zadurze na co dzień, jak można się przekonać z wywiadów zamieszczonych w Klasyku na luzie – mogą stać się całkiem poważnym projektem twórczym. „Przy pomocy stylizacji nie da się intelektualnie zapanować nad rzeczywistością; przy pomocy ironii i poczucia humoru – tak”. Dlatego też „żart ma pełne prawo do istnienia w poezji”. Zdawałoby się, że wedle Zadury przysługuje ono niemal wszystkiemu: wulgaryzmom, językowi reklamy, traktowanej z dystansem publicystyce, metafizyce, historiom sennym, raz na jakiś czas nawet banałom. (Choć jeszcze w początkowym etapie swojej twórczości poeta nie mógł wyobrazić sobie w wierszu na przykład słowa „samochód”). Sprawa nie jest jednak taka prosta, wszystko zależy bowiem od usytuowania: „nie ma brzydkich wyrazów, są tylko niewłaściwie użyte”.
Tu dochodzę do zasadniczego tematu niemal wszystkich rozmów z Klasyka na luzie. Zadura, owszem, sypie świetnymi anegdotami, lecz przede wszystkim mówi o poezji, o ciekawych (i nieciekawych) rozwiązaniach warsztatowych, o swoim wyobrażeniu idealnego wiersza (i, choć mniej chętnie, idealnego czytelnika), o perypetiach kilkudziesięcioletniego uczestnictwa w życiu literackim… Historie dramatycznego dylematu, przed jakim poeta stanął jako dziecko: zostać świętym czy zostać artystą, ledwie zaliczonego na skutek pytania o ilość rzeczywistości u Leona Chwistka egzaminu z estetyki czy wydarzeń marcowych w 1968 roku, które stały się dobrym pretekstem do „nieukończenia studiów z honorem”, choć powtarzane po wielokroć, są tylko okrasą rozważań na temat poezji sensu stricto.
Rzecz jasna, Bohdan Zadura również ma tu do powiedzenia sporo ciekawego. Nie istnieje chyba drugi twórca, który przeszedłby drogę od piszącego „ortodoksyjne” oktostychy neoklasyka do „żerującego” na języku potocznym twórcy wierszy wolnych. Dodać należy, że w ewolucji (co ciekawe, wedle poety wcale nie tak radykalnej, jak to przedstawia krytyka i jak to, w przerysowaniu, przedstawiłem ja) niepoślednią rolę odgrywały jego tłumaczenia z języka węgierskiego, angielskiego i ukraińskiego (którego – to dopiero ciekawe – zupełnie nie znał, tłumacząc swych pierwszych poetów ukraińskich!). Całe to doświadczenie zaowocowało spójnym systemem przekonań poetyckich Zadury, lubiącego powtarzać, że jeśli po przeczytaniu pierwszego wersu wie, jak będzie wyglądał wers ostatni, to znaczy, że czytany wiersz nie jest dobry.
Choć autor Nocnego życia raczej nie wierzy w dajmoniona, to uważa, że niektóre wiersze się pisze, a inne – się piszą. Podobno tak napisała mu się legendarna – nie jest chyba nadużyciem to określenie – Cisza. Za Piotrem Sommerem uznaje, że wiersz robią detale, ale też twierdzi, że dużo (wszystko?) rozgrywa się nie tyle w słowach, ile pomiędzy słowami. Innym miernikiem dobrego wiersza czyni jego „sprawdzalność na wszystkich poziomach znaczenia”, a także – swoiście pojmowaną – prawdę. Poza wszystkim jednak myśli, że pisać wiersze może tylko ktoś naiwny. Zatem: w przekonaniach Zadury (nazwijmy to – „warsztatowych”), wskazówki, jakie można by znaleźć w podręczniku poetyki, stapiają się z przeświadczeniami dość (nazwijmy to –) „metafizycznymi”. I stop ten jest bardzo przekonywający.
W Klasyku na luzie irytująca bywa jedna tylko kwestia: powtarzalność. Gdy czyta się wywiady jednym ciągiem, a nie z przerwami czasowymi, czyli tak, jak ukazywały się w naturalnym porządku, nuży fakt, że poeta nierzadko musi odpowiadać na podobne pytania. Zadura parokrotnie przytacza anegdoty o swoim egzaminie z estetyki, o genezie Lat spokojnego słońca, o „pisaniu innym poetom”, czyli podrabianiu cudzego stylu jako ćwiczeniu warsztatowym, poza tym z podziwu godną cierpliwością po raz enty tłumaczy się ze swej nienowofalowości, czy(li) ze swojego wczesnego neoklasycyzmu. Wobec tego wytchnieniem bywają rozmowy, które odbiegają nieco od schematycznego (nie twierdzę, że nieciekawego) wzorca. Na tym polu szczególnie wyróżnia się wywiad Artura Burszty (Od kuchni), traktujący o sporcie, jedzeniu i alkoholu. Okazuje się, że poeta o każdej z tych dziedzin potrafi opowiadać w równie interesujący sposób, co o literaturze. Ciekawie, inaczej, potoczył rozmowę Jarosław Borowiec (Raz a dobrze i na zawsze), który w przekonaniu, że nie wszystko zostało dotąd dostatecznie wyjaśnione, całkiem świadomie dopytywał Bohdana Zadurę właśnie o kwestie znane już ze wcześniejszych wywiadów. Przyjemny w odbiorze, to znaczy: wzbogacający czytelnika wieloma nowymi informacjami, jest też wywiad Jacka Kopcińskiego (Ukraina dawna i młoda) o, tak ważnych przecież dla autora Nocy poetów (Warszawy pisarzy), tłumaczeniach poetyckich, w którym Zadura wypowiada piękne, urzekające zdanie: „Kiedy kilkanaście lat temu tłumaczyłem wiersze Pawłyczki, wydawało mi się, że robię coś dla literatury ukraińskiej, dzisiaj, kiedy tłumaczę tego samego Pawłyczkę czy innych, mam przeświadczenie, że robię coś dla literatury polskiej, a najchętniej bym powiedział, że dla siebie”.
Nie chciałbym przez to napisać, że pozostałe wywiady są nudne. Bynajmniej, pod pewnymi względami bywają dużo bardziej wartościowe niż na przykład rozmowa Artura Burszty, w ogóle niezahaczająca o literaturę, a jedynie przynosząca miłe wytchnienie (zdawałoby się, że zarówno czytelnikowi, jak i poecie). Dlatego nawet jeśli tegoroczny laureat Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius mówi czasem to samo i tak samo, to jednak każdy wywiad warto przeczytać dla tych anegdot czy aforyzmów, które nie pojawiają się nigdzie indziej, dla sposobu, w jaki Zadura zwraca uwagę na niuanse warsztatowe (jak różnica między poematem a wierszem krótkim lub między wierszem zdaniowym a wierszem słownym), dla analitycznego, a niepretensjonalnego spojrzenia na życie literackie ostatnich dziesięcioleci.
Klasyk na luzie jest oczywiście pozycją obowiązkową dla wszystkich, którzy cenią sobie Bohdana Zadurę jako poetę, prozaika i tłumacza, i którzy chcieliby więcej dowiedzieć się o jego pracy literacko-przekładowej, zarówno od strony technicznej, jak i anegdotycznej. Można tylko żałować, że autor Ciszy zaczął udzielać wywiadów tak późno, zawsze bowiem ma coś ciekawego do przekazania i trudno posądzić go o choćby najmniejszy przejaw złej woli wobec rozmówców, których nierzadko przyjmował we własnym domu, z którymi w trakcie rozmów przechodził na „ty”, których raczył swoimi nalewkami… Ze wszystkich tych wywiadów (i z każdego z osobna) wyłania się człowiek otwarty, ciepły i sympatyczny, jako poeta – bardzo samoświadomy, lecz przede wszystkim – zdaję sobie sprawę z mętności tego określenia – prawdziwy; ktoś, kto – jak napisał we wstępie do książki Jarosław Borowiec – „niczego nie musiał robić wbrew sobie i pod publikę”.
