Sam reżyser trzy miesiące spędził z lupą nad reprodukcją dzieła. Gdy zaczął studia nad obrazem przeprowadził doświadczenie polegające na zapraszaniu swoich przyjaciół, by odszukali na obrazie Chrystusa. Choć wielu nie mogło go odnaleźć, zasada okazała się bardzo prosta. Chrystus powinien być w środku, dokładnie na przecięciu linii diagonalnych. Bruegel umieszcza go zgodnie z zasadami techniki malarskiej, ale ubiera w tunikę koloru brązowo-szarego, najmniej rzucającego się w oczy. Obok Chrystusa sytuuje żołnierza na białym wierzchowcu. Postać ta odwraca głowę i patrzy w drugą stronę.
Co robi oko ludzkie? Pada na białą plamę i widząc, że jeździec odwraca głowę, podąża za jego wzrokiem. A na co on patrzy? Na scenę, w której Estera i Szymon idą na targ sprzedać owieczkę i mleko. Widz staje się świadkiem sytuacji, gdy żołnierze podchodzą, by zabrać Szymona, aby pomógł Jezusowi nieść krzyż. To burzy plany tej grupy: Estera nie chce puścić mężczyzny, żołnierze go odciągają, upada owieczka, rozlewa się mleko, postaci wokół uciekają. Tam właśnie przyciągany jest wzrok. Oko błądzi po obrazie, a na samym końcu dostrzega Chrystusa pod ciężarem krzyża.
Dlaczego tak się dzieje? Majewski wyjaśnia to kwestią, która pada w filmie: najbardziej znaczące wydarzenia dzieją się niejako obok nas, my tego nie zauważamy. Czy ktoś wówczas wiedział, jaką wagę ma wejście Chrystusa na Golgotę? Nie, był on jednym ze skazańców. Kiedy Majewski chciał wyreżyserować historię Edypa, również uciekł się do Bruegla i inscenizacji, w której na pierwszym planie statyści obierają i jedzą jajko. Zwykła prozaiczna czynność, codzienna, powtarzalna, przysłania nam to, co najważniejsze. W taki sam sposób skomponował Bruegel słynny Upadek Ikara. Trzeba się przyjrzeć, by dostrzec tytułową postać. Na pierwszym planie oracz orze, rybak łowi ryby, pasterz przechodzi ze swoją trzodą. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.
***
Najnowszy film Lecha Majewskiego Młyn i krzyż, pokazywany na festiwalach w Sundance, Rotterdamie, Goeteborgu, mający specjalną premierę w paryskim Luwrze, otworzył się także na szersze grono miłośników kina. Filmowa „adaptacja” XVI-wiecznego obrazu Petera Bruegla Droga na Kalwarię wśród jednych wzbudziła zachwyt, w innych wywołała niesmak i rozczarowanie nieudaną kopią flamandzkiego mistrza.
Oponenci formułują zarzuty o banalność pomysłu, a zarazem kierowanie filmu do tzw. wyrobionej publiczności, która z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością zachwyci się aspektami wizualnymi. Inni pytają o sens kręcenia tego typu filmów i widzą w obrazie Majewskiego jedynie semantyczny nadmiar względem pierwowzoru. Krytyka wyrzuca także bazowanie na eksperymentowaniu formą i znaczeniowej pustce dzieła. Doskonałemu odwzorowaniu świata przedstawionego nie towarzyszy zagłębianie się w świat znaczeń. Jednocześnie widoczna jest tendencja do ogólnikowości, braku dociekliwości oraz braku poszerzenia o tło historyczne, czy metakontekst dotyczący twórczości[1].
Dla odmiany zwolennicy dostrzegają w filmie alegoryczność, przekazanie filozofii zaczerpniętej wprost z obrazu Bruegla. Młyn i krzyż uznawany jest za dzieło przedstawiające rzeczywistość, w której światem, religią i mechanizmami posuwającymi życie do przodu rządzą pycha, głupota i przemoc. Historia przemija, a na tle codziennej krzątaniny toczą się najważniejsze wydarzenia. I mogą one pozostać niezauważone, nie wywierając realnego wpływu na ludzkie życia. Mimo wojen, katastrof, tragedii życie odradza się w swej niezmiennej cyklicznej formie. Prawidłowość tę oddaje niderlandzkie przysłowie: Żaden pług się nie zatrzyma, ponieważ człowiek umiera. Sympatycy fascynują się opowieścią o powstawaniu dzieła sztuki w nieludzkim i niegodziwym wieku XVI, a także o losie prostych ludzi, którym przyszło w nim żyć. Kontemplują zagadnienia istnienia dzieła sztuki, osoby artysty, wraz z reżyserem odkrywają uniwersalność Brueglowskiego obrazu. Niektórzy idą jeszcze dalej i dostrzegają w filmie wyraz niemożności pogodzenia wizji artysty jako kreatora i jako odtwórcy. Sądzą, że choć reżyser rozporządza wydarzeniami i czasem na planie, nie w jego mocy jest ustrzeżenie się przed losem. Gdy straci je z oczu, może nie zauważyć istotnych elementów całości. Podziw stronników wzbudza także bogactwo symbolicznych odczytań oraz zderzenie w filmie codzienności i prostoty zamierzchłych czasów z ponadczasowymi racjami[2].
Niewątpliwie jest tak, że film zaowocował dyskusjami zarówno wśród znawców sztuki, jak
i przeciętnych odbiorców. Jego zaletą jest popularyzacja obrazu, rozmów o sztuce, wypowiedzi ekspertów, otwarcie się na kulturę jako coś żywego, zmiennego, inspirującego. Klasyczna sztuka wyszła więc w kierunku ludzi, stała się przestrzenią dialogu społecznego, a muzeum jako instytucja przestało być niedostępne. Majewski uczynił kolejny krok w kierunku wyprowadzenia sztuki ze sztywnych ram. Obraz Bruegla nie jest bardziej trwały, jeśli wisi w muzealnych salach, dzięki przedsięwzięciu reżysera dotyka ludzi w ich codzienności. Film przysłużyć się może dodawaniu i mnożeniu interpretacji.
Warto zauważyć, że sam Bruegel swą twórczością wychodził poza towarzystwo wybranych. Utrwalał życie niższych warstw. Gdy wyswobodził się spod kaprysów zleceniodawców, tworzył dzieła wzbudzające kontrowersje. O innowacyjnym wpływie holenderskich malarzy tak pisał Max Dvořák: ”wraz z Brueglem geniusz Północy zwycięża geniusz Południa; Jan van Eyck triumfuje nad Michałem Aniołem; obrazy rodzajowe, uważane za drugorzędne, zyskują przewagę nad pierwszoplanową dotąd domeną mitologii i historii. A zwycięstwo to nie jest fenomenem przejściowym (…)”. Zdawać by się mogło, że dziś w dalszym ciągu tego typu działania spotykają się z niechęcią. Nowatorstwo być może zawsze początkowo pozostaje niedostrzegalne.
Sztuka to także przestrzeń twórczości interdyscyplinarnej. Malarstwo nie kończy się na malarstwie, poezja to już nie tylko słowo. Wzajemnie przenikają się dziedziny nie tylko ściśle związane ze sztuką, a powiązania twórczości artystycznej z nauką, technologią prowadzą do zaskakujących rezultatów. Pokazują nowy punkt widzenia na stare motywy, powtarzane przez setki lat przez kolejnych twórców. Podobnie można rozpatrywać utwór Majewskiego, jako działanie już nie tylko na płaszczyźnie wyłącznie filmowej, a jako cały spektakl, z bogatą scenografią, malarską, rzeźbiarską, dzieło z pogranicza wielu dziedzin, wielowymiarowe.
I tu znów, odwołując się do pierwowzoru, zauważyć można pokrewieństwo. Obrazy flamandzkiego malarza często cechuje wielodziedzinowość, odwołania do mitologii, literatury, filozofii, tańca.
***
W filmie technologia wyraźnie sprzęga się ze sztuką. Reżyser nie chciał tylko ożywić obrazu, chciał niejako wejść w obraz, rozdzielić go, niczym malarz nakładać kolejne warstwy. Poszczególne ujęcia tworzone są z wielu osobno nakręconych fragmentów, są jak pokłady, które trzeba ze sobą stopić. Reżyser wspomina, że wykonując tę koncepcyjno-artystyczną pracę, niczym przeor w klasztorze przechadzał się między montażowniami, gdzie współcześni mnisi malowali, kolorowali, szukali punktów ciężkości. Żmudna, benedyktyńska praca realizowana przy stole montażowym zaowocowała efektem, którego Majewskiemu pozazdrościli podobno animatorzy Władcy pierścieni. Możliwość wykonania tego, co niepowtarzalne, pozwoliła wniknąć w świat Bruegla. Paradoksalnie bowiem te sztuki magiczne, przenoszenie scen w inne przestrzenie, generowanie sztucznie poszczególnych jego elementów zbliżyło obraz do oryginału. Sam Bruegel nie chciał przecież malować realistycznie. Wprowadzał do krajobrazu elementy górskich skał, których we Flandrii nie ma. Były one zatem wytworem jego wyobraźni efektem zachwytu, jaki w czasie wędrówki do Włoch wzbudziły w nim alpejskie pejzaże. Tak, jak u Majewskiego, istniał punkt odniesienia, który później został przetworzony.
Sztuka wciąż poszukuje. Widza, przestrzeni, która byłaby miejscem ich spotkania, nowego języka, formy wyrazu, sposobu na pokazanie indywidualności twórcy. W dobie multimediów balansowanie na granicy wielu dziedzin sztuki, przekładanie analiz historycznych na tworzywo filmu jest owocem swojej epoki. Młyn i krzyż angażuje aktorów, rzeczywistość wirtualną. Jest przejawem nowej tendencji w sztuce współczesnej, mającej płynne granice: sztuki transdyscyplinarnej.
Michael Gibson, jako jeden z niewielu krytyków sztuki, kończy swój szkic o obrazie Pietera Bruegla następującymi słowami: „A może ja się mylę? Może skała wcale nie oznacza kościoła, może ci ludzie są zwykłymi ludźmi, którzy się spieszą, a Chrystus nie jest celowo ukryty? Może dopatruję się symboli, których nie ma?”[3]. Imponujące jest to, że w tak fantastycznym eseju pozostawia on miejsce dla indywidualnych odczytań innych odbiorców i krytyków. Dzieła sztuki mają przecież to do siebie, że każdy może je interpretować zgodnie z własnym upodobaniem, bo to nasza wyobraźnia, wiedza, uczucia pozwalają zbliżyć się do dzieła i przeżyć je na swój sposób. I to jest w sztuce najistotniejsze.
