Weronika Małaczek: Bez banałów, bez szaleństw

Blue Valentine nie jest modelową miłosną historią, lecz opowieścią o szczerym uczuciu, które wypaliło się wraz z upływem czasu. Emocje czuły się trochę zaniedbane, trochę niezrozumiałe, trochę przytłoczone codziennością – prostą, nużącą, zwyczajną aż tak bardzo. Niby nic nowego - reżyser wziął kamerę i przedstawił kawałek życia, tworząc intymny portret związku dwojga ludzi. Obraz bardzo smutny, w którym widać to, co dzieje się z nimi teraz, i to, co przytrafiło się im kilkanaście lat wcześniej.


 
and I see you every time I turn me back
 
Kino niezależne w państwie zza oceanu ma się znakomicie -  powstają wciąż nowe filmy offowe – amatorskie – niskobudżetowe. Udane lub całkowicie marne, co prawda, aczkolwiek w Polsce trudno o zobaczenie w wygodnym fotelu i na wielkim ekranie któregokolwiek z nich. Dzieło pana Dereka Cianfranceado tej kategorii kwalifikuje się także. Światowa premiera na festiwalu Sundance, nominacja do Oscara w roku 2011 dla odtwórczyni głównej roli kobiecej – cóż, to niestety zbyt słabe argumenty, by wyświetlić film w kinach na terenie naszego kraju.
Blue Valentine nie jest modelową miłosną historią, lecz opowieścią o szczerym uczuciu, które wypaliło się wraz z upływem czasu. Emocje czuły się trochę zaniedbane, trochę niezrozumiałe, trochę przytłoczone codziennością – prostą, nużącą, zwyczajną aż tak bardzo. Niby nic nowego - reżyser wziął kamerę i przedstawił kawałek życia, tworząc intymny portret związku dwojga ludzi. Obraz bardzo smutny, w którym widać to, co dzieje się z nimi teraz, i to, co przytrafiło się im kilkanaście lat wcześniej.
 
She sends me blue valentines (…) / to mark the anniversary / of someone that I used to be .
 
Tu i teraz wszystko się już kończy. Ona ma dość, nie jest w stanie dłużej dusić się w ścianach własnego domu, męczy się z powodu niemożności podjęcia nowej pracy. Jej mąż chyba trochę za dużo pije
 
(and it takes a lot of whiskey)
 
 i prawdopodobnie ma zły wpływ na ich małą córeczkę, skoro sam wciąż zachowuje się jak duże dziecko. Cindy (Michelle Williams) jest bardzo źle - czuje, że utknęła w miejscu, w którym z pewnością nigdy być nie zamierzała. Z drugiej strony mąż, który bardzo się stara i uważa się za człowieka spełnionego. Dean (Ryan Gosling) ma rodzinę oraz pracę, zapewniającą mu środki potrzebne do życia. Szczęście to dla niego bliskie mu osoby, i tyle. Aż tyle.
 
She sends me blue valentines / to remind me of my cardinal sin.
 
 Nie wie, czym zawinił i dlaczego jego żona jest ostatnio taka naburmuszona, więc na wszelki wypadek organizuje wycieczkę za miasto – tylko ona i on. Kolacja, szampan, ich piosenka, a potem … Filmowa historia wciąż wraca do tego, co było: wspólnego zauroczenia, młodzieńczej naiwności, wiary w to, co szlachetne i piękne. Ona jest wtedy śliczna i rezolutna, a on to buntownik – idealista ale przede wszystkim romantyk. Szczerze zakochuje się od pierwszego wejrzenia i wie, że tylko Cindy i nikt nigdy więcej. Nocne spacery, wizyta w domu teściów,  bójki z byłym chłopcem dziewczyny, akceptacja dziecka z poprzedniego związku – mężczyznę stać na bardzo wiele. Wyrazem jego bezpośrednich i autentycznych uczuć staje się urocza piosenka. Młodzi nucą ją razem. W motelu za miastem śpiewa już tylko sam Dean.     
 
(…) and I feels just like theres / a warrant out for my arrest.
 
Blue Valentineto przede wszystkim zwyczajna, prosta historia. Nie wymyślny scenariusz, ale przeżycia, w które każdy uwierzy i każdy zrozumie, choć na swój indywidualny sposób. Naturalizm odbija się w scenach miłosnej opowiastki, a także złowieszczego dramatu. Czar tego zabiegu jest ogromny: oto fikcyjna opowieść staje się pretekstem do penetracji własnych odczuć i emocji, ostrzeżeniem stąpającym po niepewnym gruncie ludzkich namiętności.
 
(…) baby I know I'd be luckier to walk around everywhere I go.
 
 Intrygują niedopowiedzenia w konstrukcji samych postaci. Czy to jej wina, czy jego, a może zarzuty powinny zostać wypośrodkowane? Jedni zrozumieją ambicje Cindy, inni staną po stronie roztrzepanego, ale poczciwego Deana. Reżyser przedstawia pewien początek i koniec, bez faz pośrednich. I to właśnie tak wyraźnie podkreśla, że nieważne tak naprawdę kiedy, ale dlaczego nie udało się ludziom, którzy odnaleźli się, wydawać by się mogło, na długo i szczęśliwie.
I can never wash the guilt / or get these bloodstains off my hands.
Bez banałów, bez szaleństw. Oto film Cianfrancea.
To, co w dziele uderza, to niezaprzeczalnie zarysowany kontrast między umiłowaniem na zabój, a wrzaskami: nienawidzę cię, nie kocham cię, nie nie nie. Na emocjach widzów igrają sobie zwłaszcza ostatnie sceny filmu –
 
as I walk these streets / and the ghost of your memory / is the thistle in the kiss.
 
 Fajerwerki miłości, ładne i szczęśliwe obrazki, pogodna muzyka (serdecznie polecam zespół Grizzly Bear), choć my wiemy, że to już koniec, nie udało im się, nic z tego nie będzie. Cianfrance różnych chwytów mających film ubogacić stosuje wiele, choć żaden z nich szczególnie oryginalny nie jest (lecz w tym przypadku – żadna to hańba). Eksperymentowanie z czasem czy pikantne kontrowersje (między innymi motyw aborcji), operowanie światłem i barwą (błękit delikatny niczym z sennych marzeń i fantazji, a niebieskość złowieszcza, całkowicie nieprzystępna) jako odzwierciedlanie psychiki bohaterów – wszystko to już w kinie było. Doskonałą grę aktorską również można podziwiać, oglądając przeróżne produkcje. Kameralne, subtelne, przesycone wrażliwością. W Blue Valentine zabłysnęli przedstawiciele młodego pokolenia amerykańskich artystów: zgrani oraz dopasowani z pewnością bardzo dobrze. I tak boleśnie prawdziwi.
 
Dobry, mimo że niewyszukany warsztat, nieskomplikowana, ale nie prostacka opowieść tworzy z dzieła Cianfrancea obrazek słodko-gorzki.  Film może się podobać, więc szkoda, że nie było go dane zobaczyć widzom polskich kin. Na pewno jeszcze nie dziś.
 
these blue valentines / blue valentines / blue valentines.  

 
 [Blue Valentnine, reż. Derek Cianfrance, USA, 2010]

 
[W recenzji wykorzystano słowa piosenki Blue Valentines Toma Waitsa – ze względu na zbieżność tytułów obu dzieł i podejmowanych przez nie tematów.]