Weronika Małaczek: Innego końca nie będzie

Najnowszego filmu Alejandra Gonzáleza Iñárritu serdecznie nie polecam. Zbyt to może drastyczne jak na sam początek, więc spróbuję inaczej: uprzedzam lojalnie, że obraz Biutiful należy to tych szalenie wprost depresyjnych. Smutno się zaczyna, a potem jest tylko gorzej. I proszę nie dać się zwieść wdzięcznie brzmiącemu tytułowi. Piękno tu jest trudne, a przede wszystkim boleśnie kruche. Reżyser portretuje człowieka oraz nakreśla obraz miasta w wyjątkowo zmyślny sposób – może to szantaż emocjonalny, a może nie – lecz trudno w tej przestrzeni nawet o skrawki filmowej tkanki naznaczone obojętnością.

Biutiful to przede wszystkim Uxbal (Javier Bardem). Mężczyzna wypalony, głęboko uwikłany w szereg problemów, które potrafią się tylko namnażać, ewentualnie jeszcze bardziej komplikować. Bohater prowadzi dziwne interesy z imigrantami z Chin oraz Afryki – trochę chce na tym zyskać, a trochę pomóc ludziom biednym, zagubionym w nowym świecie. Jednak nawet, gdy robi coś całkiem bezinteresownie, ktoś inny wykorzystuje to, a tym samym dyskredytuje jego zamiary pierwotne. Do tego dodać należy nietypowe kontakty ze światem zmarłych. Te z ludźmi żyjącymi również, zwyczajne z pewnością one nie są. Własny brat (Eduard Fernández) sypia z jego żoną Marambrą (Maricel Álvarez), z którą Uxbal żyje w separacji. Kobieta ma depresję, zmienne nastroje i brak poczucia jakiejkolwiek odpowiedzialności - nie dba nawet o dobro własnych dzieci. Te zaś, są dla bohatera bardzo ważne, w końcu wychowuje je samotnie. Czy może być jeszcze gorzej? Reżyser uważa, że tak. Bohater dowiaduje się o swojej śmiertelnej chorobie i kilku miesiącach życia, które mu pozostały. Przychodzi czas na uporządkowanie wszystkich swoich spraw, odbudowę relacji z najbliższymi, zapewnienie godnej przyszłości dla Mateo (Guillermo Estrella) oraz Any (Hanaa Bouchaib). Oto bohater konfrontuje się z wszystkim tym, co ekstremalne. W świecie Iñárritu zwykle wszak bywa duszno i nieprzyjemnie.
Javier Bardem tworzy poruszającą kreację aktorską (jako pierwszy w historii hiszpański aktor otrzymał nominację do Oscara za główną rolę męską). Gra intensywnie, bez zbędnych melodramatów, ale przede wszystkim prawdziwie. To ten brak fałszu ujmuje najbardziej. Wierzyliśmy, gdy Bardem był mordercą, kochankiem czy sparaliżowanym. Tym razem uwierzymy, że to cierpiący ojciec dwójki dzieci. Masywna postura mężczyzny kontrastująca z wyniszczeniem ciała przez chorobę, czułość względem pociech, ból związanym z niemożnością odwrócenia losu, umieranie, czy raczej dogorywanie wśród szemranych uliczek – wszystko to jest wiarygodne. Bardem praktycznie nie schodzi z ekranu, perfekcyjnie oddając kolejne stadia destrukcji człowieka.
 Biutiful to także Barcelona. Wcale nie magiczna i malownicza, tak dobrze znana z innych filmowych portretów (Smak życia, Vicky Cristina Barcelona). Tutaj mamy miasto brudne, surowe, odstraszające od jakichkolwiek turystycznych wycieczek. Barcelona pozuje wybitnie (dzięki niezwykłym zdjęciom Rodrigo Prieto) – nieestetyczna jest architektura i nieciekawi są mieszkający w niej ludzie. Matki stłoczone w brudnych i ciasnych kątach z płaczącymi maleństwami na rękach, mężczyźni w niechlujnych ubraniach, sprzedający podróbki toreb na rogach ulic. Umiera Uxbal, miasto niszczeje także: przez bezwzględne zagrywki policji czy masową śmierć drastycznie ukazaną jako mnogość trupów na piaszczystym wybrzeżu. Przerażająca jest wiadomość, że wprawdzie to świat wykreowany ale jednak utkany z najprawdziwszych doświadczeń. Wiele scen kręcono w naturalnych miejscach pracy i domach z udziałem naturszczyków, których w tych sceneriach właśnie odnaleziono.
I gdzie w tym wszystkim biutiful? W jednej ze scen Ana pyta tatę jak zapisać to angielskie słowo, na co ten odpowiada: Tak jak słyszysz. Stąd błąd w zapisie tytułu dzieła. Może chodzi więc o to, co niewyrażalne słowami. Tak jak słyszysz, a więc tak jak czujesz, tak jak postrzegają to zmysły, tak jak emocje, które tobą targają. Bohater jest brzydki i miasto jest brzydkie. Piękno, całkowite lub w cząsteczkach jedynie, jest w ludziach i w ich relacjach z tymi, których się kocha. Uxbal wciąż walczy, by swoje człowieczeństwo uratować, mimo całej nędzy, która go otacza. Chce, by dzieci go zapamiętały. I ta ojcowska miłość jest szczerze piękna choć ulotna, ukryta w pierścionku z diamentem oraz kłębku pierza sowy (o, jak zniewalające są te dwie tajemnicze sceny o lirycznym nastroju!).
Iñárritu i Bardem zgodnie twierdzą, że praca przy filmie była nie tyle rolą reżysera oraz aktora, co przeżyciem głębokim i przykrym. Swoim doświadczeniem panowie podzielili się z resztą świata. Nadziei w Biutiful jest niewiele, z pewnością nie tyle, ile byśmy oczekiwali. Wydźwięk tego dzieła jest zdecydowanie pesymistyczny. Najnowszego filmu Alejandra Gonzáleza Iñárritu serdecznie nie polecam.