Im mniej zbędnych detali wokół, tym wyraźniej da się zauważyć to, co nas otacza - coś o wiele ważniejszego od dobra materialnego. KATARZYNA ENERLICH znalazła swoje miejsce na ziemi – to Mazury. Ma już kilka książek na swoim koncie, a najnowsza Kiedyś przy Błękitnym Księżycu, która ukazała się w czerwcu, napisana została pięknym językiem, w dodatku z ogromną pasją. Bez miejskiego zgiełku, bogactwa, luksusu, a w otoczeniu natury i… o tym już w samym wywiadzie z autorką.
Katarzyna Smolińska: Co takiego jest w Mazurach, że Panią w sobie rozkochały? Innymi słowy: jaki jest największy skarb piękna prowincji?
Katarzyna Enerlich: Mój ród pochodzi z Prus Wschodnich, a ostatecznie dotarł do Chorzel – niewielkiej miejscowości na granicy Prus z Polską. Prowincja rzeczywiście bywa magiczna i łatwo się w niej zakochać, ale… nie zawsze jest sielankowa! Trzeba mieć naprawdę dobre zdrowie, by wytrzymać na tym zimnie. Nie rozpieszcza ani mieszkańców, ani turystów. Stawiali czoła życiowym problemom tak samo, jak ostrym, ciągnącym się od listopada do kwietnia zimom, deszczom i przymrozkom. Burze mają w sobie coś z wyroku. Boimy się ich. Szkwał nad naszymi jeziorami, z wichurą i błyskawicami, tylko nam przypomina o tym, jak żywioły lubią zawładnąć ziemią. Pokora wobec tego – to też jeden z aspektów miejsca, w którym mieszkam.
Swoją mazurską prowincję opisuję w książkach nie jak historyk. Chcę bowiem pisać o emocjach, które towarzyszyły ludziom uciekającym przed Armią Czerwoną, musieli oni zostawić swój świat, żeby szukać innego. Chcę pisać o tym, jak po latach wracają osoby, dla których przed wojną moja ziemia była ojczyzną. Jak wiele jest podobieństw w tych powrotach i trudnej miłości bez posiadania. Nie można o tym zapominać, tak jak nie można nie pozwalać na dbanie o ludzkie uczucia. Przychodzą mi na myśl słowa Wisławy Szymborskiej z wiersza Gawęda o miłości do ojczyzny: „bez tej miłości można żyć, mieć serce suche jak orzeszek, malutki los naparstkiem pić, z dala od zgryzot i pocieszeń...”. Wszystkie rozrzucone historie warto czasem pozbierać. Postanowiłam to zrobić, uczynić je „pestką” moich opowieści o mazurskiej prowincji, która jak widać, ani nazbyt sielska, ani anielska, a czasem anielską trzeba mieć cierpliwość, żeby na niej wytrzymać. Na przykład zimą… Chyba to jest właśnie tym skarbem – krajobraz i historia, która drzemie tu na każdym kroku.
K.S.: Nie bez znaczenia wydaje się też cisza, której pewnie nie brakuje na prowincji.
K.E.: Ciszy mamy na świecie coraz mniej. Myślę, że wkrótce cisza stanie się wartością przeliczalną na pieniądze. Żyjemy w gwarze od rana do wieczora. Włączone radio, telewizor. Harmider na ulicach. Ciągłe rozmowy przez telefon. A cisza? Jest niechciana, niedoceniana. Nawet na spacery wychodzimy we dwójkę i wciąż rozmawiamy. Nie jesteśmy sami. A to właśnie jest najważniejsze – obcowanie ze sobą, radość z chwili, która trwa. Bez ciszy nie da się żyć.
K.S.: Przechodząc jednak do samej książki, bezpośredniego powodu naszej rozmowy - bohaterka Kiedyś przy Błękitnym Księżycu uświadomiła zapewne niejednemu czytelnikowi (może bardziej czytelniczkom?), jak ważną rolę w życiu pełni matka. Czy celowo poświęciła Pani tyle uwagi w książce tej kwestii?
K.E.: Na pierwszym planie starałam się ukazać mimo wszystko relacje Basi z tatą. Nigdy nie nazwała go „ojcem”… Mimo dojrzałego już wieku oswoiła swoje demony z dzieciństwa dopiero przy łóżku umierającego. To był rachunek sumienia, którego nigdy nie miała czasu zrobić… Alkoholik musi osiągnąć dno, żeby zmienić swoje życie. Tata Basi właśnie je osiągnął. Dla niego będzie już za późno, by się odbić. Nigdy tak naprawdę nie dowie się, że skazał swoją córkę na życie ze skazą w sercu. Trudne dzieciństwo nie usprawiedliwia, ono zobowiązuje. Mama Basi w tym wszystkim jest ciągłym BRAKIEM. Nigdy nie kojarzyła się córce z ciepłem i miłością. Być może życie Barbary potoczyłoby się inaczej, gdyby jednak matka nie odeszła. Czytelnik jednak dowie się całej prawdy o życiu głównej bohaterki. Niespodzianki, jakie zgotował jej los sprawią, że w końcu poradzi sobie ze swoimi relacjami z matką.
K.S.: Czy z traumatycznymi przeżyciami i złymi wspomnieniami trzeba się według Pani oswoić i być może „przegadać je” z wieloma osobami, zanim pojawią się w literaturze, na papierze, by mogli poznać je inni? Dedykowała Pani swoją książkę osobom, które się otworzyły i opowiedziały o swym życiu. Najpierw lepiej wyrzucić z siebie coś „słownie”, by potem móc to spisać?
K.E.: Nie wiem, czy przegadać. Nie zawsze. Basia tak naprawdę swojej traumy nie przegaduje – nie decyduje się na żadną terapię w ramach AA. Na mityngi chodzą przecież również dorosłe dzieci alkoholików, czyli DDA. Basia nie potrafi usiąść w kręgu i z obcymi ludźmi mówić o swoich problemach. Zaszywa się na Mazurach i wybiera samotność. Rozwodzi się z mężem i zaczyna decydować sama o sobie – czego nigdy do tej pory nie robiła.
Basia wygrywa swoje życie. Poznaje ważną miłość – Andrzeja. Nie chce jednak być z nim na stałe, na co dzień. Swoją codzienność wciąż z kimś dzieliła – teraz chce być dla siebie najważniejsza. Chcę dać wiarę i nadzieję, tym, którzy należą do kręgu DDA. Jest ich bardzo wielu. Kto dziś jednak zajmuje się ich problemami? – poza mityngami i spotkaniami z psychologami, na które to muszą zgłosić się sami zainteresowani… Nie każdy jednak umie albo chce. A jednak musi być jakaś przyczyna ich nieudanych związków czy trudnych relacji z dziećmi. Poprzez swoją książkę chciałam pokazać, że nie są sami i że mają szansę pokonać traumę z dzieciństwa – niekoniecznie na leżance u psychologa.
Osoby, które opowiedziały mi swoje historie, niosą przez całe życie ogromny ciężar. Nigdy się go nie pozbędą. Być może te nasze rozmowy były pewną formą oczyszczenia. Na pewno jednak moi rozmówcy zrobili coś ważnego – ośmielili innych DDA do przyznania się, że mają prawo do szczęścia i niczemu nie są winni.
K.S.: Barbara z Pani najnowszej książki porzuciła dostatnie życie w mieście, rozwiodła się i zamieszkała w o wiele gorszych warunkach w ponad stuletnim domu na wsi. Oczywiście daleko od miasta. Tam znalazła szczęście. Jak przekonać innych, że odsuwając od siebie dostatek materialny, otrzymuje się o wiele więcej. Jak to nazwać?...
K.E.: Myślę, że można to nazwać zwyczajnie PROSTOTĄ. Dziś musimy mieć wszystko najlepsze, wyjątkowe. Są kosiarki na pilota i drapaczki do pleców. Są auta – firmy i telefony – komputery. Gdy na to wszystko patrzę, jestem przerażona. Widzę bezsens tego wszystkiego. Bo to zwykły erzac, namiastka prawdziwego życia. Rozmiar plazmy na ścianie nie może mówić niczego o mojej duszy! Nie chcę być na tej podstawie oceniana – czy w ogóle mam tę całą plazmę albo auto za niebotyczne pieniądze.
Chcę mieć tyle pieniędzy, by zwyczajnie żyć. By udać się w podróż (samotną, więc w ciszy!), gdy będę tego chciała, i na pewno nie po to, by leżeć z drinkiem pod palmą. Chcę móc kupić książki, które są dla mnie ważne. To chyba taki etap w życiu – docenianie prostych rzeczy. Nachalne i wydumane wynalazki zupełnie mnie nie interesują. Chcę żyć prosto, uprawiać ogród, podróżować i wieść życie bez telewizji. Bez zgiełku informacji. Mnie to naprawdę nie obchodzi. Mój świat jest we mnie. Im więcej mogę mieć, tym mniej mi potrzeba….
