Zuzanna Kołupajło: Porysuję ci podłogę! (flaneryzm pod koniec 2011 roku – na rok 2012)
W Poznaniu ostatnio wszędzie się gdzieś spieszę. Za to w Krakowie – tam flaneryzm pełną stopą, 39 z przytupem.

Że na deszcz wyjdę w tych butach brązowych, co przemakają, a ja czasu nawet nie mam kupić sobie wkładki do butów. Że z parasolem zielonym biegać będę przez kałuże, by nie siać defetyzmu, ale – optymizm w czas (już coraz bardziej niechcianego) deszczu. Że biegać będę, bo spóźniona gdzieś, spóźniająca się z czymś, na czas dobiegająca może już tylko do siebie (chociażby w teorii). Że nie narcyzm to, ale silne poczucie podmiotowości. Zwłaszcza w mieście rozkopanym, w mieście od pluchy pełnym, od kultury instytucjonalnie popieranej – zubożałym.
W Poznaniu ostatnio wszędzie się gdzieś spieszę. Za to w Krakowie – tam flaneryzm pełną stopą, 39 z przytupem.
Kraków przyjmuje z chęcią podróżujących, być może zwłaszcza tych/te, wizytujących niespiesznie, w czas wolny (weekend), co to sobie w kafejkach posiedzą i pogawędzą. Mnie tam zawiało (w wietrze jest ta siła magiczna, niemierzalna w znacznej części racjonalnie) na warsztaty historii kobiet dla edukatorek, organizowane przez Fundację Przestrzeń Kobiet. Leciałam w te pędy, wyleciałam – uskrzydlona. Można było porozmawiać o różnych projektach i strategiach kobiecych/emancypacyjnych działań w przestrzeni miejskiej dawniej i dziś. Z kobietami z różnych miast, o rozmaitych światopoglądach, potrzebach, marzeniach i pomysłach. Co robiły krakowskie sufrażystki sto lat temu (m.in. Kazimiera Bujwidowa, Marcelina Kulikowska)? Gdzie jeździły wyzwolone z tak wielu ograniczeń krakowianki (Jadwiga Morozowska-Toeplitz)? Gdzie i jak uczyły się (pierwsze) studentki w kraju przed zaledwie stu laty? Jak musiały walczyć o swoje prawa (tu: wyborcze i, zawsze przecież, podmiotowe) amerykańskie sufrażystki z Alice Paul na czele (Niezłomne w reżyserii Katji von Garnier)?
No i jak – bo z tym pytaniem wyszłam i wychodzę nieustannie – dostrzec przestrzeń miejską naznaczoną działalnością kobiet? Jak jej doświadczyć? Pomników kobiet niewiele. Na tablicach pamiątkowych – prawie w ogóle kobiet nie ma. Żadnych znaków. Informacji żadnych. Tropów brak. Ale ta potrzeba, potrzeba odnalezienia/zaznaczenia obecności kobiet istnieje. I z niej biorą się pomysły różnorakie – na sposoby pamięci i obecności kobiet zaznaczenia. Tu nie ma jednej koncepcji, jednej metody. Tu też nie wszystko musi być interesujące lub odpowiednie. Choć ostatnio, pewnie przez tę szarugę, co na świecie jest, marzą mi się niezwykle jaskrawe instalacje. Tak jak różowa praca Gomulickiego przy Arsenale na Starym Rynku w Poznaniu, sprzed roku. Kolory żywe, soczyste, te od rzeczywistości przygnębiającej jakoś odstające, ale przecież jednocześnie z nią rozmawiające. Kolory piękne. Mocne.
 I gdzieś między marzeniami, jeszcze przed warsztatami był obchód (poranny spacerek po wyjściu z pociągu) Wawelu, tego symbolu – jak to było? – narodowego. Dreptałam radośnie przez staromiejskie uliczki krakowskie w sobotni poranek, który – nic dziwnego – uśpiony i cichy. I przy zejściu ze schodków przywawelskich spojrzałam w dół, na rozpoczynający się asfalt, z którego zrobiony jest deptak między Wawelem a Wisłą. Spojrzałam w dół. Nieczęsto w dół patrzę. Tak się spieszę, tak umiem równo, szybko biegać na moich młodych (jeszcze) nogach. Ten dół taki niby nieatrakcyjny. Ale wtedy patrzę. Prosto pod nogi patrzę. U stóp samego Wawelu. I widzę coś wspaniałego! Się już rozbudzam totalnie (mimo niewyspania po całonocnej jeździe pociągiem). I mimowolnie się uśmiecham. Trwam w zachwycie. Najzupełniej. I czuję Power. Empowerment. Bo oto pod nogami, na tym dole, jest takie hasło:

8 marca 2012. Kobiety kontratakują.

Cudowny zbieg okoliczności. Przypadek wymarzony.
Więc idę deptakiem wzdłuż Wisły, z zachwytu wcale nie wychodząc. I widzę takich napisów wiele. To robi wrażenie. To robi niesamowite wrażenie! Bo street art okazuje się jakąś odpowiedzią na pytanie: „jak zaznaczyć obecność kobiet w mieście?”.
A w gruncie rzeczy, myślę sobie, ja jednak w dół patrzę, tylko mimowolnie. A że widzę tam nudne płyty chodnikowe, to nie zwracam na nie uwagi. Tylko na wyrwy uwagę zwrócę: i realne, i symboliczne.
I znowu przyjadę (po raz kolejny) do Poznania/poznania, i znowu będę robić przebieżki przez miasto. I jak mała dziewczynka z kredą w ręku pochylę się nad miastem, spojrzę w końcu w dół: na chodnik. Last but not least.