Miejskość niech należy do obu płci. Bo obie w nim próbują żyć. Niech nie zapomina o kobietach z przeszłości. One też tworzyły to miasto. Nie można na ten obraz zakrywać oczu kapeluszem ani zamiatać ulic długą suknią.
Wychodzę rano z domu. Idę na Plac Wielkopolski. Mijam pomnik Karola Marcinkowskiego. Idę ulicą 23 lutego. Przecinam ulicę Nowowiejskiego. Dochodzę do Placu Cyryla Ratajskiego. Z niego przechodzę na ulicę Mielżyńskiego. Skręcam w prawo na ulicę Fredry.
Doszłam do Collegium Maius. Doszłam jednocześnie do wniosku, że przestrzeń tej porannej trasy jest mi obca. Że jakby nie tędy droga.
Po paru godzinach z Collegium Maius wychodzę. Chcę iść inaczej. Idę więc kawałek ulicą Fredry. Gdy ona się kończy, wchodzę na ulicę 27 Grudnia. Jest długa. Przechodzę przez ulicę Kantaka. Idę dalej. Przecinam ulicę Ratajczaka. Dochodzę do Placu Wolności. I zanim skręcę w Aleje Marcinkowskiego, stanę przy pomniku Hygiei. I zrobi mi się słabo. Będę potrzebowała więcej powietrza. Więcej powietrza kobiet.
Niepokoi mnie to, że jestem zmuszona czuć się obca w wypełnionej głównie mężczyznami przestrzeni. Nie utożsamiam się z mężczyzną, więc nie mogę poczuć się swojsko na terytorium wybitnie męskim.
Moje uczucia to jedno. Moja historia – to drugie.
Kobietą jestem niewątpliwie i kobiet szukam usilnie. Chciałabym wiedzieć, że nie jestem sama, taka opuszczona i obca, w mieście mężczyzn. Że obok mnie również żyły kiedyś kobiety. Że to miasto się reprodukowało: biologicznie, społecznie i kulturowo. Że kobiety w tym pruskim, szorstkim mieście szukały azylów, koleżanek, poprzedniczek. Szukały siebie.
A ja, która potrzebuję powietrza, bo bez niego – cóż za oczywistość, tu jednak potrzebna – żyć nie mogę, co mam zrobić? Nie widzę tu śladów kobiet. Nie czuję ich zapachu. Nie słyszę szczebiotu dam. Nie widzę pozostałości po damskich kapeluszach. Poniekąd.
Zmusza się mnie, żebym sobie wyobrażała damski niebyt tutaj. Ale ja tak nie mogę. Ja muszę mieć moją historię. Her-storię.
Bo tak mi się wydaje, że te kobiety, o których w przestrzeni publicznej nic nie ma, istniały. Zniknęły z chodników i ulic miejskich – zupełnie tak, jak znikały codziennie jeszcze sto lat temu, bo nie mogły chodzić same po mieście. Nosiły suknie, które – posiadające rusztowanie gorsetowe – utrudniały poruszanie się. Te suknie były – przecież z przyzwoitości – długie, aż do ziemi. Wystarczyło przejść się w takim ubraniu do kostek, żeby od razu zamazać swoje ślady. Efemeryczny dowód na swoje istnienie.
Pójście za nieistniejącym śladem na ziemi jest nonsensem. Sensów nabierają ślady mniej ulotne, choćby pośrednie. Trwałe. Bo zapisane na papierze. Papier to mocny – słyszałam, że niepodważalny – argument na czyjąś obecność.
Zapisany papier podoba mi się. Ma na sobie tekst. Istnieje jednak poważna możliwość, że te czcionki, które widzi się gołym okiem, nie były tu pierwsze. Co było więc pod nimi? I dlaczego zostały zmazane, usunięte? Tego nie wywiewa wiatr. To robi ludzka ręka.
Palimpsestowość to ciekawy trop.
Jednak w tekstach autobiograficznych, np. listach, dziennikach, które należą do sfery osobistej, palimpsestowość mogłaby być podejrzana. Chcę zawierzyć osobie, która pisze o sobie: że przekazuje jakąś prawdę. Zwłaszcza tę w wydaniu publicznym jakby niemożliwą do zaistnienia: bo jest z marginesu, niepoprawna, obca, niepotrzebna. Autobiografii znacznie bliżej do szczerości i dalej od cenzury. Jej mogę uwierzyć. Ona najsilniej broni się przed wpływami z zewnątrz, przed ocenzurowaniem.
Połączę więc te dwa tropy. Mam marzenie, żeby z ich korelacji udało mi się stworzyć to, czego chcę: historię kobiet. A więc tych pomijanych, zapominanych, przeklinanych. Którymi interesować się nie było warto.
Z osobistych zapisków czerpać będę wiedzę o tym, gdzie i jakie kobiety dawniej w Poznaniu przebywały. Palimpsestowość pomoże mi w oczyszczaniu przestrzeni: pod dominującą warstwą męską będę szukać śladów kobiet.
To jest pewien projekt oswajania miasta. Miejsca, w którym jestem codziennie, próbuję żyć i dla którego pracuję. Wchodzimy ze sobą w różnorakie związki. Wymagam od miasta, żeby dało mi też moją przestrzeń. Bez niej nie złapię kolejnego oddechu. Bez niej nie będę chciała wychodzić z domu. Z siebie.
Miejskość niech należy do obu płci. Bo obie w nim próbują żyć. Niech nie zapomina o kobietach z przeszłości. One tworzyły też to miasto. Nie można na ten obraz zakrywać oczu kapeluszem ani zamiatać ulic długą suknią.
Odkrywanie kobiecej warstwy miasta zaczynam od jednego z punktów na tej mojej porannej, dotychczas męskiej, trasie. Punkt jednoznaczny, ale niedoprecyzowany. Punkt bardzo ważny. Dla miasta z teraz i dla miasta z kiedyś. Punkt, od którego wszystko się zacznie.
Deptak na ulicy 27 Grudnia.
Wyjątkowo szeroki chodnik. Znaczna przestrzeń. Po lewej stronie ulica z samochodami i tramwajami. Po prawej – Teatr Polski. Ale deptak. Dlaczego jest tu deptak, skoro równolegle do niego, przy ulicy, stoi rząd kamienic? Okazuje się, że kilkadziesiąt lat temu na tym miejscu [ulica Berlińska] stały obok siebie kamienice. Kamienice zniszczyła historia wraz z upływem czasu; nie ocalały po wojennych bombardowaniach. Ale jeszcze w XIX wieku, za kamienicami, wybudowano teatr. On stoi do dziś. I ma w sobie pamięć zwłaszcza po jednej z kamienic. Takiej z adresem Berlińska 32. Liczba nie jest znacząca, znaczący byli mieszkańcy spod tego numeru.
Otóż mieszkanie przy Berlińskiej 32 zajmowało rodzeństwo. Nazywali się Moraczewscy. Brat Jędrzej, starszy, jest zapamiętany przez miasto: był znanym historykiem i ciekawym człowiekiem. Siostra Bibianna nie istnieje jakoś specjalnie w świadomości tego miasta: pisała, również historyczne książki – lecz dla ludu i również była ciekawą osobą. Ale ta dama z połowy XIX wieku zasłynęła – oprócz szeregu innych wyjątkowych spraw i działań – tym, że utworzyła najbardziej znaczący salon kulturalno-literacki. Salon wówczas pełnił niesłychanie ważną rolę kulturowo-społeczną.
Aleje Bibianny to dział, niczym salon literacki, któremu matronuje Bibianna Moraczewska.
To projekt urbanistyczno-myślowy. Ma za zadanie wypełniać przestrzeń miejską tymi podmiotami, których niesłusznie w Poznaniu brakuje. Niektóre z nich są obecne w świadomości, trudne jednak do zakotwiczenia w tym mieście. Innych zupełnie w świadomości nie ma, mimo że kiedyś w niej istniały. Jeszcze innym mogło zdarzyć się wykluczenie już za życia, żywcem pogrzebanie.
Projekt ten jest otwarty. Oczekujący na nowe propozycje. Potrzebujący wsparcia personalnego. Nie zamykający się na pomysły. Pozostawiający chętniej dwukropki i wielokropki niż jasną, ładną kropkę na końcu zdania. Zdający sobie również sprawę z piętrzących się trudności. Mający jednak nadzieję, na urozmaicenie i poszukiwanie kolejnych interpretacji miasta.
Jest też na pewno przechadzką. Ze swobodnym oddechem. Takie przyjemne przejście. Przyglądanie się baczniej. Pewne dostrzeganie.
Tak dla zabicia czasu. Czy raczej – dla jakiegoś czasu odkrycia.
Zuzanna Kołupajło
aleje.bibianny@gmail.com
