2010-07-14 02:00:13
Piłka kopnięta z nieco innej strony
Jakub Wypychowski
Jest ich wielu. Czają się wszędzie. Na co dzień pracują w mediach, są biznesmenami, mechanikami, studentami etc. Można by wymieniać bez końca, bo profesja, wykształcenie, zarobki i pozycja społeczna nie mają nic wspólnego z zainteresowaniami. Co może łączyć Ryszarda Grobelnego, Marka Grechutę, Kubę Wojewódzkiego i tysiące anonimowych ludzi? Są lub byli kibicami piłkarskimi.
Zostałem sprowokowany do napisania tego tekstu, który początkowo miał wyglądać nieco inaczej, lecz zaściankowość myślenia polskiego społeczeństwa znów dała mi się we znaki. Cofnąć się muszę nieco w czasie, gdy dzień po zdobyciu przez Lecha Poznań mistrzostwa Polski pojawiłem się na uczelni, nieco zachrypnięty i nieco przeziębiony po sobotniej fecie. I od razu usłyszałem atak: Pijane bydło wariowało na „Starym”, kibice znów dali popis. Wizerunek kibola-chuligana pokutuje w naszym kraju po dziś dzień, choć czasy zawieruchy minęły już dawno. Zapytałem więc laika, a dokładniej laiczkę, czy któryś z kibiców zrobił jej krzywdę? Nie, ale podobno 50 osób zostało rannych. Tak, czyli jakieś 0,05% świętujących, gdyż mówi się, że 15 maja w Poznaniu, a dokładniej na Starym Rynku i w okolicach ratusza, bawiło się nawet 100 tys. fanów. Nie zawyżam tych danych, o tak licznej rzeszy mówił m.in. komentator jednej z komercyjnych telewizji – Tomasz Smokowski, nawiasem mówiąc, rodowity warszawiak i kibic stołecznej Legii. Więcej osób mdleje na pielgrzymkach, przypadki stratowania przez tłum zdarzają się podczas różnego rodzaju imprez masowych – poczynając od meczów piłkarskich, a kończąc na wyżej wymienionych peregrynacjach religijnych. Różnica jest taka, że fanom futbolu dość często przykleja się etykietkę z hasłem „bandyta”. Analogicznie (doprowadzając oczywiście tę sytuację do absurdu), to samo można by zrobić z uczestnikami wędrówek do miejsc świętych. Czasem wystarczy jeden impuls, by tłum zareagował zbyt nerwowo i bez znaczenia jest fakt, czy mówimy o koncercie muzycznym, wiecu politycznym, czy manifestacji.
Apeluję o odrobinę rozsądku. Kibice są tak społecznie heterogeniczną grupą, że stworzenie modelu fana piłkarskiego mija się z celem. Tych ludzi łączy jedynie zamiłowanie do futbolu, natomiast dzieli cała reszta. Ryszard Grobelny – prezydent Poznania, machający racą z ratuszowego balkonu, Andrzej Kadziński – prezes Lecha, który zerwał umowę patronacką z gazetą z czerwonym kolorem w tle po serii artykułów szkalujących kibiców „Kolejorza” – oni też są zbirami? A może doktor wykładający na co dzień literaturę romantyczną na poznańskim uniwersytecie i niekryjący wcale swej sympatii do Lecha, również do nich należy? Oczywiście, ktoś powie, że to zbyt jaskrawe przykłady, bo przecież ludzie znani oraz mający wyższe wykształcenie to nie ci sami, którzy urwali rękę Bogu ducha winnej Prozerpinie. Zgadza się, tyle że wśród 100 tys. osób siłą rzeczy musi znaleźć się kilku wandali, tego nie da się uniknąć. Przywołując na pomoc choćby rachunek prawdopodobieństwa, zawsze w tłumie pojawi się ktoś, kto zachowuje się agresywnie. Bo przeciętny student, taki jak ja, chodzący od dziesięciu lat na mecze, i pijany jegomość wyłudzający drobne, krzyczący w dzień zwycięstwa przepitym głosem: Lech mistrz! – mamy ze sobą coś wspólnego. Obaj uważamy się za kibiców dumy Wielkopolski, choć prawdopodobnie pan, który zawsze ma pewne niedobory finansowe, nigdy nie był na stadionie. Także ci, którzy pamiętnej dla Poznania nocy wyrażali swą radość może trochę nazbyt ekspresywnie, we własnym mniemaniu należą do grona sympatyków niebiesko-białych.
Społeczeństwo i media nakręcają się wzajemnie. O poziomie polskiego dziennikarstwa nie ma się co rozpisywać, tabloidyzacja mediów nie należy już do nośnych haseł, mówi się o niej raczej jako o procesie zakończonym. Wszędzie można było przeczytać, jak to wandale zdewastowali miasto, uszkodzone zostały rzeźby, zniszczono instalację zaprezentowaną przy okazji Nocy Muzeów. Szacowane straty to około 50 tys. złotych. I znów kłania nam się w pas arytmetyka: każdy z przybyłych kibiców „zdemolował” Stary Rynek średnio za... 50 groszy. Mogła to być nieopatrznie wyrzucona butelka (tak, po piwie! – nie jestem pewien, ale chyba nie tylko kibice, świętując, lubią się napić) lub kilka niedopałków upuszczonych na ziemię.
Gazety piszą to, co ludzie chcą przeczytać (znów ukłon w stronę wydawnictwa, które zbiera cięgi po antykampanii wymierzonej w nie przez kibiców Lecha), a społeczeństwo odczuwa potrzebę posiadania wspólnego wroga. Taka filozofia to światopoglądowe pójście na łatwiznę. Najłatwiej stwierdzić, że kibice są źli i nie zagłębiać się w szczegóły. Opieranie się tylko na krytyce do niczego nie prowadzi, „Balcerowicz musi odejść” – krzyczał nie tak dawno pewien warchoł… Tylko co potem, jak już odejdzie? Krytyka przeradzająca się w krytykanctwo – to wspólny mianownik obu sytuacji. Wracając do szkód wyrządzonych przez kibiców, stowarzyszenie Wiara Lecha zorganizowało zbiórkę pieniędzy, by pokryć wszystkie straty. Gdy powiedziałem o tym wspomnianej laiczce, zripostowała: To chyba oczywiste, jeśli czują się odpowiedzialni, powinni zapłacić, poza tym to jest posunięcie medialne. Zaraz, zaraz. Na Starym Rynku byli nie tylko członkowie organizacji. Szczerze mówiąc, stanowili niewielki odsetek, a jednak zrzeszenie chce pokryć całość strat, choć przecież ugrupowanie kibicowskie mogłoby brać odpowiedzialność tylko za swoich członków. Co do medialności powyższej zbiórki, uważam, że nie ma nic złego w poprawianiu nadszarpniętego wizerunku kibiców piłkarskich. Takie kontrargumenty moja rozmówczyni uznała za bezsensowne. Pozostawiam to czytelnikom (i czytelniczkom) do przemyślenia...
Pytanie, które ciśnie się na usta, brzmi: skąd wzięło się w centrum miasta aż tyle osób? Na pewno frekwencję zawyżyli w sposób zdecydowany tzw. kibice sukcesu, którzy dopingują tylko zwycięzców. Ilu w takim razie jest prawdziwych fanów? Złośliwi zajrzeliby pewnie do statystyk i sprawdzili, jak wielu sympatyków przychodziło na mecze, gdy Lech „cudem” uratował się przed spadkiem z drugiej ligi. Te liczby są trudne do ustalenia, zresztą w tym momencie ma to drugorzędne znaczenie. Pomijając fakt, czy ktoś jest kibicem okazjonalnym, czy też nie, jedno można stwierdzić z całą stanowczością: piłka nożna jest tak pięknym i emocjonującym zjawiskiem, że przyciąga tłumy niemalże pod każdą szerokością geograficzną. I znów krytycy (albo raczej krytykanci), obwołujący się propagatorami kultury, krzykną jednym chórem: jak to?! Dwudziestu dwóch spoconych facetów uganiających się za balonem ze skóry – to ma być piękne? Primo: piłka nożna również jest elementem kultury, którą stawiamy w opozycji do natury. Coś nie jest naturalne, ergo należy do kultury. Definicji obu tych pojęć jest co najmniej kilkanaście. Secundo: nawet reprezentanci kultury wysokiej – pisarze – dostrzegają urok piłki kopanej; wystarczy przeczytać wiersz Tadeusza Peipera pod tytułem Football, poznać twórczość Kazimierza Wierzyńskiego lub zagłębić się nieco w prozę Jerzego Pilcha. Ten ostatni w swym Marszu Polonia przestrzegał, by nie mylić Manchesteru City z Manchesterem United i Wisły z Cracovią. To kolejna rzecz, która ujmuje swą staroświeckością – etos przywiązania do barw klubowych. Pilch jako zagorzały kibic „Pasów” nigdy nie będzie dopingował ekipy z Reymonta, tak jak robotnik z Manchesteru chodzi na mecze tylko jednej z tamtejszych drużyn. Dlatego utarte sformułowania komentatorów telewizyjnych na temat tego, że cała Polska trzyma kciuki za Legię lub Wisłę, by jak najdalej zaszły w europejskich pucharach, można włożyć między bajki. Mamy tu do czynienia z toposem małej ojczyzny: Lech jest wrośnięty w tkanki miasta Poznania, obydwa twory byłyby bez siebie czymś odmiennym. Podobnie rzecz ma się w przypadku każdego innego klubu.
Piłka nożna ma potencjał, by mówić o niej językiem lirycznym; często powtarza się na przykład, że Barcelona prezentuje poezję futbolu. Nie wyrachowani Włosi ani perfekcyjnie zorganizowani Niemcy, grający w tegorocznym finale Ligi Mistrzów, ale właśnie zawodnicy z Półwyspu Iberyjskiego grają piłkę wymuskaną, kulturalną, totalną i muszą to przyznać nawet ich antagoniści. A co z naszym krajowym podwórkiem? Tu zazwyczaj pozostają tylko emocje, które pod koniec tego sezonu mogły przyprawić o zawał. 60 sekund – tyle wystarczyło, by „Kolejorz” wzbił się na piedestał, a Wisła znalazła się na dnie. W tym czasie padły dwa gole, które przejdą do historii. I w tym tkwi piękno futbolu: niemożliwe staje się możliwe, pobożne życzenia za chwilę okazują się performatywem. Gdy fani w Poznaniu powoli tracą wiarę w mistrzostwo, nagle Sergey Krivets strzela bramkę dla Lecha, a w tym samym czasie Mariusz Jop wbija „swojaka” Wiśle, i wszystko to dzieje się w doliczonym czasie gry! Niedowierzanie, radość, szał i niepokój, co się wydarzy w ostatniej kolejce – te wszystkie emocje targały kibicami. Czy rzeczywiście piłka nożna to dwudziestu dwóch facetów biegających bez sensu po boisku? Bliższe memu sercu jest powiedzenie Anglików, że futbol to nie sprawa życia i śmierci, to coś o wiele poważniejszego.
Co w takim razie wydarzyło się 15 maja w Poznaniu? Jest teoria, która głosi, że mecz piłki nożnej to uwspółcześniona wersja przedstawienia teatralnego. Mamy aktorów, trybuny, rekwizyty etc. W tym modelu publiczność ma odgrywać rolę... publiczności. Ja poszedłbym o krok dalej i powiedział, że kibice są odpowiednikiem antycznego chóru – niby nie uczestniczą w przedstawieniu na takich samych prawach jak aktorzy, ale jednak mają pewien wpływ na przebieg spektaklu. Wystarczy zerknąć w tabelę, by zobaczyć, że zdecydowana większość drużyn lepiej radzi sobie na własnym stadionie niż na wyjeździe. Kibice przypominają piłkarzom o ich powinnościach, reprezentują zasady etyczne, stoją na straży moralności. Uświadamiają zawodnikom, że zakładając koszulkę z danym herbem, reprezentują klub, podtrzymują tradycję i historię. Podkreślają, iż nie jest to zwykła praca. Wymagają pełnego zaangażowania, nie oczekują wyłącznie zwycięstw, ale zawsze pozostawionego na boisku serca, ponieważ nie przegrywa ten, kto walczy. Łatwiej wtedy pogodzić się z niekorzystnym wynikiem. W czasie meczu, szczególnie mistrzowskiego, następuje katharsis – to kolejna analogia z antyczną tragedią. A po spotkaniu? Odbywa się pochód podobny do tego, który przedsiębrały bachantki, również pełen śpiewów, ekstazy i uniesień. Przemarsz podziwiali ludzie i dołączali do orszaku, bo to, co widzieli, wydawało im się piękne. A potem, na centralnym placu miasta, był taniec i zabawa do białego rana...
Oczywiście to tylko moja prywatna wizja, bo, jak pokazują nam gazety, żyjemy w czasach narracji, w których nie ma faktów, są tylko interpretacje, i każdy widzi coś innego...
|