Wtorek, 7 września 2010 r.
 
   
 Numery archiwalne
Jeśli chcesz być na bieżąco - zapisz się!


  4-5 (102-103) 2010   numery archiwalne
Szkic
 2010-07-14 01:53:08
Miłobędzkiej poemat rozkwitający
Joanna Krenz



coś z tego co mój głos rozluźni w zawołanie
ty mnie
wywiązana z dwojga, bogata w co by to
w niejedno, to ręce to oczy to wszystko mnie trzyma na chwałę, na chwilę
i tak się obijam szamocę ponad krzątanie i sen, ponad niosę na chwilę na chwałę
tyle głuchoty na wysłuchanie ciemnego
 
 
To jeden z tych wierszy Miłobędzkiej, które od czasu, gdy podjęłam bardziej wnikliwy rekonesans jej twórczości, ciągle błąkają się po korytarzach mojej kory mózgowej. Nie może zupełnie znaleźć sobie miejsca, wpasować się w spójny w miarę obraz tej poezji. Niepokoi. Na początku dziwnie urzeka, fascynuje, wciąga w refleksję, by ostatnim wersem zniweczyć wysiłek, zostawić z zaledwie maleńkim, uwierającym ziarenkiem sensu. Jest jak tkliwe hodowanie miesiącami kwiatka tylko po to, by na koniec brutalnie móc oberwać mu główkę. Wyobrażenie, które we mnie wzbudza (słusznie lub nie), to wielkie, palimpsestowe wszechstworzenie – nakładające się różne makro- i mikroperspektywy kreacji świata, człowieka, myśli, a potem równie wielkie i równie palimpsestowe unicestwienie wszystkiego.
 
Na początku było coś – obłędna nieokreśloność, bezkształtna, bo za mała na kształt; istnienie skondensowane, sprowadzone do wielkości Plancka, ziarenko piasku, drażniące dziką, dziewiczą prapróżnię. Ziarenko dryfujące w absolutnej „bezportności”, bezciążeniu, bezzaczepieniu. Tak najprawdopodobniej wyglądała przedakcja wiersza Krystyny Miłobędzkiej. Zanim zabrzmiał głos, jeszcze zupełnie nieuformowany, niezsemantyzowany, niekontrolowany – prapełnia, początek wszystkich słów, fantastyczna, fanatyczna kompletność, która nigdy więcej nie miała zostać osiągnięta, mimo pokoleń leśmianizujących ekspedytorów i ekstrapolatorów sensu. Sama na sobie skoncentrowana, „wsobnie” (po białoszewsku) doskonała. Kiedy stężała energia nieskończoności, rozlała się w dźwięk, w pierwszy, wszechogarniający krzyk stworzenia, kiedy wszystkość przereagowała z antycząstkami próżni, z dialektyki światów, z potknięcia się czegoś o nic – powstało słowo. Właściwie dwa słowa, znak różności, który na zawsze pokreślił świat: ty i mnie. I z lawiny zdarzeń wywiązane nieskończone pytanie: co istnieje, a co w tym chaosie bytu i niebytu jest tylko reliktem rozproszonej próżni, zbyt poważnej, by można ją skwitować drwiną (patrz: Leśmian)?
 
Raczej o mikro- niż makrokosmosie chciała mówić sama poetka. Świadczyłyby o tym dwie główne przesłanki. Po pierwsze: wiersz ten otwiera najbardziej rodzinny i chyba też najbardziej intymny tomik Miłobędzkiej – wydany w 1975 roku Dom, pokarmy, którego tematyka krąży wokół domowego życia, narodzin i wychowania dziecka. Po drugie (również wiążące się z „domowością”): bardzo spójna jest ta kosmogonia z kosmogonią dzieciństwa, teoretycznie sformułowaną przez autorkę w książce W widnokręgu odmieńca. Teatr, dziecko, kosmogonia. Epistemologiczne tezy tego zbioru wywodzą się z podstawowej obserwacji dziecięcego świata – że poznawanie to odchodzenie od pierwotnej jedności, dekonstrukcja owego pierwszego krzyku, narzucona przez świat; to próby klasyfikacji, uporządkowania tego, co tak nagle rozłamane. W tym wszystkim – cytuje autorka Piageta – ,,myśl, póki nie dojdzie do uświadomienia sobie własnego ja, skazana jest na ustawiczne mieszanie momentów obiektywnych z subiektywnymi, prawdy i bezpośrednich danych: układa wówczas całą świadomość na jednym poziomie, na którym zlewają się nieuchronnie stosunki realne i nieświadome emanacje jaźni”.
 
 
Na początku człowiek stworzył człowieka i siebie na jego obraz i przeciwieństwo
 
Pierwszy rozłam pola fenomenalnego – by posłużyć się terminologią Merleau-Ponty’ego – to rozłam personalny. Tu – inaczej niż w kulturowych mitologiach – inicjalnym etapem stwarzania jest stworzenie człowieka, osoby pieczołowicie odgradzanej od świata, dążącej – czy może raczej „dążonej” – do szczelnego zamknięcia w kryształowo przejrzystych, acz nieprzekraczalnych, granicach. Na razie jednak między osobą a światem zachodzi idealna symetria. Ja i nie-ja są równie pojemne – i równie puste. W planie logicznym występują jako najczystsza potencja, jako abstrakcja, która, zagęszczona nieskończenie, sublimując pod wpływem ciśnienia nawarstwiających się możliwości bytu, wprawiona zostaje w maleńkie drgania, przyspieszające, zwiększające swe wychylenie podczas wzajemnych zderzeń dwóch horyzontów. Nieokreślone, „niedoistniejące” co by to zmienia się stopniowo w materię, w konkret egzystencji: w krzątanie, noszenie, sen. W rozedrgane, niestałe milieu, pozbawione dawnej spójności i ładu, ale takie, którego istnieniu nikt nie zaprzeczy, bo udowodnione zostało ono przez ból i bunt (,,tak się obijam szamocę”). Przede wszystkim zaś – samoświadome.
 
Cały ten proces w warstwie językowej możemy obserwować w widocznym ujednostkowieniu zaimka osobowego, którego kluczowe znaczenie dla liryki „w ogóle” podkreślał choćby Łotman, uznając go za jeden z wyznaczników rodzaju. Rozwijając tę myśl, zapisał Venclova:
 
„Zaimki stanowią oś systemu kodowego, który przekształca sytuacje życiowe w sytuacje liryczne. W utworze lirycznym z reguły występuje pierwsza i druga osoba: są one jego centrami semantycznymi. Konkretne postacie utworu oczywiście komplikują ten model: ty może okazać się Bogiem lub diabłem, ojczyzną lub tyranem, ukochaną kobietą lub poległym poetą. Niemniej wszystkie teksty zbudowane na określonym wzorcu stosunków ja do ty posiadają jakby wspólny kręgosłup semantyczny. Trzeba także zauważyć, że zaimki przejmują część znaczeń ze swojego otoczenia leksykalnego.”
 
Ta niemal nieograniczona leksykalna „przyczepność” zaimków zostaje w poezji Miłobędzkiej wyzyskana maksymalnie. Zaimki ,,samowystarczalne” mogą być substancjalizowane (,,mnie ma swoje echo”), niepewne – stopniowane (,,coraz mniej ja”), bezbronne – wewnętrznie się zapętlają (,,takie beze mnie że go prócz mnie nie ma”). W omawianym wierszu ty i mnie to dwa nieogarnialne uniwersa, dwie połówki świata, wydzielone ze względu na równy ciężar znaczeń, a nie na przestrzenną rozciągłość. Przestrzeni wszak jeszcze nie ma. Ty to obcość, z całą potencją różnorodności i złożoności. Mnie – wewnętrzność, ale jakby upokorzona składnią, mechanicznie pozbawiona autonomii od razu we wszystkich aspektach kiełkującej dopiero rzeczywistości, na zawsze upodrzędniona. Upodrzędniona w swej funkcji, nie osobie – ta również dopiero się tworzy, więc funkcja jeszcze pozostaje nieprzyporządkowana. Stąd zawsze już każde ty, które wejdzie w sytuację ja, a więc kiedy posłuży się słowem, automatycznie przesuwa się w bezpodmiotowość i upodmiotawia przesunięte do funkcji ty dawne ja. Międzyludzki dialog jest systemem myślowych zapadni, które człowiek sam pod sobą otwiera, by za chwilę przez kogoś innego zostać bezpiecznie postawionym na ziemi. Dobry świat to struktura migotliwych światłocieni, eksponujących każde ty – w ostatecznym rozrachunku każdego mniej więcej po równo. Ten ruch akcentów jest błogosławieństwem: „Ruch temu domowi.
 
W czwartym wersie ja to już w pełni ukształtowana osoba, nie pusta forma. Ukształtowana w grach i przeskokach podmiotowości, ujęta na mgnienie oka pomiędzy poddaniem się zewnętrzności a chwilą chwały. Paronomazją i odwracaniem szyku tych dwóch słów jakby chciała autorka dobitniej podkreślić ich równoznaczność, nieuchwytność momentu przebywania w świetle, w centrum interpersonalnej sieci.
 
A ziemia nie była już zupełnym bezmiarem…
 
Dopiero w tym momencie kształtują się w świadomości ludzkiej przestrzeń i czas, jako miary odległości między ty i ja. Bodźcem do pierwszego odczucia czasu jest zdanie sobie sprawy z własnego uwikłania w dynamiczny rytm słownego i pozasłownego dialogu osobowości. Przestrzenne współrzędne intuicyjnie określa się na podstawie odczuwanej siły oddziaływania elementów zewnętrzności na wewnętrzny świat. Pisząc o ,,metaforach otwartych” w poezji Miłobędzkiej, cytował Tymoteusz Karpowicz Lakoffa i Johnsona:
 
„Mówimy w porządku linearnym. Pewne słowa wymawiamy wcześniej, inne później. Zatem mówienie jest powiązane z czasem, a czas w sensie przestrzeni jest metaforycznie wykoncypowanym językiem. Jest dla nas rzeczą naturalną przedstawiać język metaforycznie jako przestrzeń. Nasz system zapisu wzmacnia to wykoncypowanie. Zapisane zdanie pozwala nam na jeszcze wyraźniejszą konceptualizację tego jako przestrzennego obiektu ułożonego linearnie. To przestrzenne rozumienie w sposób jak najbardziej naturalny można odnieść do językowych fraz. Wiemy tu, które słowo zajmuje pierwsza pozycję w zdaniu i czy dwa słowa stojące obok siebie są sobie bliskie, czy więcej niż dalekie.”
 
Przestrzeń wynika więc z niejednorodności wewnątrzjęzykowej stwórczego głosu, rozpiętego jak struna między obszarami ja i ty, z niejednorodności słowa przekazywanego sobie niczym ożywczy impuls pomiędzy osobami.
 
Ale i przestrzeń, i czas mogą się uniezależnić. Poobserwujmy przez chwilę chwilę. W czwartej części wiersza jest jeszcze bardzo mocno składniowo, semantycznie i logicznie przywiązana do bytu. Określa istnienie, reguluje ruch świateł na scenie theatrum mundi, funkcjonuje niemal jak stały, tautologiczny epitet dla chwały. W strofie piątej stosunek podrzędności kształtuje się już odwrotnie – zgodnie z tym, co zapisał Karpowicz – pierwsze linearnie jest pierwsze również myślowo i aksjologicznie. Chwila syntaktycznie skojarzona zostaje więc raczej z ponad, przejmującym czasownikową funkcję denotowania dynamiki zdarzeń. Jest podwójnie – by raz jeszcze nawiązać do Karpowicza – przefiltrowana przez ,,przyimkową deklinację”. Napisze później Miłobędzka, że tak właśnie ,,opowiada się” czas, że nie tylko chwilę, ale całą wieczność, tak „przyimkowo” się streszcza:
 
z od, z do, z ode, z ku, z w, z z, z za, z zza, z spoza, z po, z przed,
z poprzed, z między, z potąd, z potem. Cała wieczność
 
Cała wieczność
 
 
Historia czasu jest historią przestrzeni, za którą on podąża biernie wszędzie, gdzie uda jej się przebić gałęziami i przerosnąć granice osobowego milieu. Przestrzeń nieosobowa i asymboliczna jest wtórna wobec spersonalizowanej i znaczącej, jest nieprzewidzianą mutacją, nieskontrolowanym przez umysł nowotworem, rozrastającym się bez wiedzy i zgody podmiotu. I dzieje się tak – podkreśla poetka – niezależnie od szerokości przyjętej perspektywy, od tego, czy mówimy o początkach ludzkości, czy o intelektualnym raczkowaniu człowieka:
 
„Otóż funkcję tę [porządkowania chaosu – przyp. JK] i dziecko, i człowiek pierwotny spełniają – przy wszystkich niewątpliwych różnicach – w podobny sposób. […] Wszystkie rzeczy istniejąc obok siebie – przez sam fakt sąsiedniego istnienia – w umyśle dziecka łączą się ze sobą, a znajdowane przez dziecko zawsze i za wszelką cenę uzasadnienia, że się łączą i dlaczego się łączą, świadczą o jego samorzutnej skłonności do łączenia i o potrzebie wiązania rzeczy najbardziej różnorodnych. Wszystko wiąże się ze wszystkim, wszystko ze wszystkim można połączyć na zasadzie znajdowania bezpośrednich, niepoprzedzonych jakąkolwiek analizą – dlatego niezwykłych – podobieństw i wynikań. Każde dziecko z osobna od przypadku do przypadku (a człowiek pierwotny – dzięki tworzeniu spójnych systemów opozycji) odnajduje podobieństwa, czyli porządkuje na swój sposób otaczającą go rzeczywistość. Poznaje, zanim wie, że poznaje. Myśli analogiami, zanim w ogóle myśli.”
 
Później ta przestrzeń obca, oddziałując z oswojoną, może zadziałać – jak pisywała Simone Weil – niczym ,,dźwignia Transcendencji” i wywindować człowieka ponad to, co codzienne i znane, ,,ponad krzątanie i sen”, ku coraz dalszemu poznaniu i głębszemu odczuwaniu, ku poezji na przykład.
 
A jeśli o innym stwarzaniu, o mikrokosmosie innego momentu mówi ten wiersz? Przecież można by – z pewnością można by – przeczytać go na przykład jak erotyk, zwłaszcza przez wzgląd na tę rozesłaną wokół ciemność, opisaną w końcówce wiersza, ale także i przez ścisły (więc niewykluczone, że uczuciowy) związek ja i ty. Z dwojga „wywiązuje się” trzecia osoba – w akcie poczęcia, najbliższego zespolenia. Ale z dwojga wywiązuje się też zupełnie nowa przestrzeń emocji, niemożliwa do określenia w jakichkolwiek wcześniejszych, „pojedynczych” kategoriach, zupełnie niespójna z żadnym z dotychczasowych obrazów ja i ty, przekraczająca każdy z nich, biegnąca równolegle do nich. Przestrzeń będąca ciepłym i jakże autentycznym tłem dla całego tomiku.
 
I ciemność była nad powierzchnią słów
 
Wreszcie ostatni mocny wers – ,,tyle głuchoty na wysłuchanie ciemnego” – ostra, zimna, bezdennie pusta „asynestezja”, połączenie antyzmysłowe, unia próżni, dziur po sensualnych wrażeniach wzrokowych i słuchowych. A przy tym przeraźliwa, raniąca, dezorientująca równoległość, „niespotykalność się” wszystkiego, co w świecie rzeczywistych desygnatów odpowiada tym pustym odbiciom. Próg poznania. Próg łączliwości i symboliczności faktów. Próg oswajalności kosmosu, który osiągnął krytyczną masę zsemantyzowania i któremu grozi eksplozja w pierwotną pustkę. Nieokreślone coś z pierwszych linijek wiersza ewoluuje w konkretne, wskazujące tyle – podobne (choć wyprzedzające) do Miłoszowego To, które ,,oznacza natknięcie się na kamienny mur / I zrozumienie, że on nie ustąpi żadnym naszym błaganiom”.
 
Wydaje się jednak, że nie ma u Miłobędzkiej cienia myśli o możliwości kapitulacji człowieka przed tajemnicą świata, ani o kapitulacji poety przed sensem trudnym do wyrażenia. Faktycznie – to motto Gucia zaczarowanego Miłosza – ,,istoty od nicości odległość jest nieskończona”, długo można trwać w tym „punkcie krytycznym”, na granicy wszystkiego i niczego; obszary przygraniczne to wielkie połacie, na których bezpiecznie można rozbić płócienne namioty i czekać na epifanię prawdy. Która nie nastąpi nigdy. Można ekstatycznie pociągać sznureczki sensów rozpostarte między rzeczami, z nadzieją na objawienie deus ex machina. Które też najpewniej nie nastąpi.
 
Można też oszukać głód poznania i – choć obieg sensów w świecie fizycznym został już zamknięty, dopełniony – próbować przetwarzać to, co poznane jako uniwersalna zasada „wtłoczona” przez świat, w czynnik w pełni świadomie funkcjonujący w rzeczywistości psychicznej. Takie przetworzenie może odbywać się nie tyle przez nowy element semantyczny, na który już nie ma miejsca, ile poprzez własną klasyfikację, związki każdej rzeczy z obiektami innymi, tak, że nie mogąc znaczyć więcej, znaczy ona inaczej. Świat powstał ze słowa i do słowa też powraca. Wielki Wybuch i „Wielki Wbuch”. Nieodwracalny mechanizm tego wiersza i pozawierszowej rzeczywistości. Jedyne, co da się zrobić, by zapobiec totalnej klęsce, to uprzedzić przyrodę i samemu podejmować alchemiczne próby ponownych kondensacji (vide: gubione – tomik złożony w dużej części z poezji jednozdaniowych lub jednowyrazowych) do kształtów teraz już dowolnych, upatrzonych, misternie lepionych, wybranych, w których przechowa się potencjał życia aż do następnego aktu stworzenia. Hodować ziarna nowych, ładnych, świeżych światów dla kogoś innego.

Komentarze :

Dodaj komentarz :
Autor : 
Treść : 
 


Zaznacz drugi :

  wyślij znajomym |   drukuj |  powrót
wspolpraca

ISSN 1689-1856
Wszelkie prawa zastrzeżone przez Pro Arte Online 2004-2007 Powered by keoAdmin