Wtorek, 7 września 2010 r.
 
   
 Numery archiwalne
Jeśli chcesz być na bieżąco - zapisz się!


  4-5 (102-103) 2010   numery archiwalne
Rozmowa
 2010-07-14 02:31:20
O śnieniu muzyki, Wyspie, ciszy i kołysankach...
Paulina Pawliczak



Paulina Pawliczak: Kim jest dla ciebie Agnieszka Osiecka?
 
Lena Piękniewska: O Jezu, Agnieszka Osiecka... Cud...
 
To chyba ważna dla ciebie kobieta?
 
Niesłychanie ważna!
 
Pytam o to m. in. dlatego, że śpiewałaś w konkursie „Pamiętajmy o Osieckiej”, w którym otrzymałaś wyróżnienie.
 
Z Agnieszką Osiecką wypiłam pierwszą wódkę w życiu. To był rok 1995. Nigdy wcześniej nie piłam alkoholu. Znajomi z liceum chodzili na piwo, a ja jeździłam przecież do Krakowa i okazji było mnóstwo, a mimo to byłam wtedy grzeczną dziewczynką. I ten „pierwszy raz” z wódką nastąpił przy Agnieszce. Jurek Satanowski mówi w ogóle, że ze wszystkich kobiet, które zna, ja jestem do Agnieszki najbardziej podobna. Wiadomo: te kobiety, mężczyźni, to rozpierdolenie takie, dziecko, dobry partner, związki. Chodzi mi o mentalne wchodzenie w miłość... Przeczytałam wszystkie książki Osieckiej... Nie wiem, co mam powiedzieć...
 
Bo jej piosenki zajmują ważne miejsce w twoim życiu...
 
Tak, ale dzisiaj już bym ich nie zaśpiewała. Nie nagrałabym płyty z piosenkami Agnieszki Osieckiej. Te teksty mnie rozwinęły, skontaktowały z samą sobą i w pewnym okresie mojego życia były inspirujące.
 
Weszły przecież do recitali, które śpiewałaś: To jest historia. Prawdziwa historia czy 13 bardzo smutnych piosenek. Kiedy pierwszy raz byłam na twoim koncercie, uderzyła mnie autentyczność, z jaką śpiewasz piosenki Osieckiej.
 
Bo to były piosenki o mnie. Ona ma to do siebie, że jej teksty są o życiu wielu kobiet. Nie masz czegoś takiego, że jak śpiewasz piosenkę Agnieszki, to odnosisz wrażenie, że to jest o tobie?
 
Tak, rzeczywiście coś w tym jest.
 
Wiesz, ona była tak prawdziwa sama ze sobą, tak bezkompromisowa, nie szła z życiem na żadne ustępstwa... Mam takie wrażenie, że to wszystko było bardzo autentyczne, że nawet w jej najbanalniejszym tekście znajduje się głęboka prawda.
 
Odnośnie tej bezkompromisowości, to sama Osiecka powiedziała, że rozwija się poprzez zdradę, zarówno w życiu prywatnym, jak i twórczym; że ona nie może stać w miejscu.
 
Jest mi to bliskie. Wprawdzie ja nie mam takiej odwagi, nie mam takiego, nie wiem... Agnieszka nie bała się pisać i mówić o sobie, o byciu samej z sobą. Jednocześnie płaciła za to wysoką cenę, bo przecież nie była jakoś totalnie szczęśliwa, wręcz przeciwnie. Okupiła to ogromnym nieszczęściem.
 
Oprócz programów już wspomnianych, wyśpiewałaś jeszcze razem z Haliną Chmielarz From corazon, a na ubiegłorocznej edycji festiwalu „No Woman No Art” wykonałaś recital W makach ma liryka... Według jakiego klucza dobierasz piosenki?
 
Każdy z tych programów był przynależny do jakiegoś etapu mojego życia. Po prostu wynikał z danego wydarzenia, z czegoś, co się stało, albo ze spotkania z drugim człowiekiem, jak w przypadku Haliny Chmielarz czy Mustafy [Maciej Mustafa Giżejewski – przyp. red.]. 13 bardzo smutnych piosenek to, wiadomo, zapis jakiejś miłości mojej, jakiegoś rozdarcia, rozstania. Na From corazon namówiła mnie właśnie Halina, a W makach ma liryka... to była kompletna pomyłka, naruszenie czyjegoś terytorium, do którego ja nie mam dostępu.
 
Ale czy to nie jest właśnie szukanie siebie?
 
Wiesz, mam takie wrażenie, że tu było trochę tak, jak w przypadku Rilkego. Zawsze przede wszystkim dbam o prawdę, a czasem docieram gdzieś, gdzie tej prawdy nie mogę znaleźć.
 
Nie masz wrażenia, że teraz nastał czas kobiet w piosence? Zwłaszcza polskiej.
 
Daj Boże! Ale mądrych kobiet, jeszcze żeby nastał czas mądrych kobiet w polskiej piosence. Ja bardzo cenię Kasię Nosowską, Kayah, Renatę Przemyk. To są mądre, niezależne twórczo kobiety, i w tym sensie istnieje między nimi – i innymi kobietami – wewnętrzna, nierozerwalna więź.
 
17 maja odbył się koncert promujący płytę, która najpierw miała mieć tytuł 11. przed snem. Ostatecznie jednak powstała Wyspa. Jak długo trwały prace nad krążkiem, kto miał wpływ na jego kształt? Czy jest od początku do końca twój? Czy to w ogóle możliwe w przypadku debiutu fonograficznego?
 
Ona jest moja. Gdybym wydała ją w takiej wersji, jaką nagrałam dwa lata temu, to wtedy nie byłoby tak do końca. Zaczęliśmy ją robić w październiku 2008 roku.
 
Nagrywaliście ją na tzw. setkę, czyli będąc razem w studiu, a nie, jak to zwykle bywa, dogrywając każdą ścieżkę osobno.
 
Tak! Jestem w ogóle zwolenniczką nagrywania na „setkę”, to jest cudne! To zupełnie inna praca; ta energia, ten kontakt, który wszyscy ze sobą mamy. To naprawdę piękne! Jestem zachwycona, zachwycona oddaniem tych muzyków. Bo kiedy nagrywałam ostatnie dwie piosenki na płytę, przyjechał cały Soundcheck, znakomity jazzowy zespół, a ja miałam wrażenie, że nie dam rady, że jestem beznadziejna. I potem pomyślałam sobie, że gdyby tak naprawdę było, to ci wspaniali chłopcy powiedzieliby mi, żebym poszła pracować na pocztę i dała im spokój. A tak się przecież nie stało. To jest właśnie najpiękniejsze, że ja mam niesamowite szczęście do wspaniałych ludzi, do oddanych muzyków.
 
To chyba też widać na scenie, kiedy gracie, że to nie jest tylko muzyka, że wy jesteś razem ze sobą na tej scenie.
 
Tak, zawsze mogę na nich liczyć. Tak naprawdę mieli mnóstwo okazji, żeby mnie zawieść i nigdy tego nie zrobili.
 
Wróćmy do płyty. Składają się na nią piosenki napisane dla ciebie i podarowane tobie, jeden cover, Odchodząc Republiki, ale dajesz się też poznać jako autorka tekstów, m. in. tytułowej Wyspy. Czy to właśnie ta najważniejsza piosenka?
 
Wyspa to jest mieszkanie mojej przyjaciółki, bardzo ważne miejsce dla mnie i dla wielu naszych wspólnych przyjaciół. Tak naprawdę nie potrafię rozstać się z Wyspą, jako z miejscem, ona żyje we mnie. Od trzech lat nie było mnie tam, a mimo to ciągle nie mogę się pożegnać z tym czasem, z tymi ludźmi i chyba ta płyta jest wreszcie taką formą mojego rozstania. To dziwne, bo płyta nie powinna raczej być pożegnaniem... Ale bardzo się cieszę, że poczekałam te dwa lata, że dałam czas tej płycie. Gdybym tego nie zrobiła, nie znalazłoby się na niej tych parę piosenek, które są bardzo ważne, są dopełnieniem tej historii. Kiedy śpiewałam ten materiał dwa lata temu, miałam w sobie niewinność, ale też brak zrozumienia, a teraz jest we mnie... chyba dużo smutku.
 
Ale Wyspa nie jest jedynym tekstem twojego autorstwa na płycie.
 
Nie, jest ich bardzo dużo. Kołysanka dla dziewczynki, jest też kołysanka, którą napisałam dla Mani po jej urodzeniu. „Kocin” [Maciej „Kocin” Kociński – przyp. red.] napisał do niej muzykę, a ja ją cichutko śpiewam razem z Grzesiem Kopalą, który przygrywa delikatnie na gitarze.
 
No właśnie, mam wrażenie, że kołysanki są ci wyjątkowo bliskie.
 
Tak, to prawda. Ja w ogóle nie uważam, żeby kołysanki były zarezerwowane wyłącznie dla dzieci. Z tym właśnie są związane moje plany odnośnie do kolejnego projektu, który będzie miał tytuł Kołysanki na wieczny sen.
 
Nie chwaliłaś się!
 
Nie mówiłam ci o tym? Aż mi się nie chce wierzyć. W każdym razie – kołysankom brak patosu, są proste, ale to nie piosenki tylko dla dzieci. Można je zaśpiewać umierającemu, choremu, ukochanemu, ukochanej... One są miłością, po prostu. Mają w sobie też ciszę, spokój, coś, co jest mi bliskie, jakieś zaufanie, przeprowadzanie przez tekst, przez dźwięki.
 
Wspomniałaś o ciszy. Odnoszę wrażenie, że ma ona istotne znaczenie w tym, co robisz... Ale po kolei, bo właściwie muzyka, którą wykonujesz, nie da się tak łatwo zaszufladkować. Znajdujesz się wśród artystów z kręgu Strefy Piosenki, czyli tzw. Krainy łagodności, poezji śpiewanej, ale wydajesz się być raczej obok tego. Wprawdzie śpiewasz poezję, ale grając na scenie, improwizujecie, jazzujecie. No i ta cisza, której pozwalasz wybrzmieć, zaistnieć...
 
Bo cisza jest strasznie ważna. I tu wielkim, ogromnym szczęściem okazuje się Krzysztof Dys, bo on rozumie i szanuje ciszę, rozumie to, że pauza w muzyce gra. Ta cisza, która wybrzmiewa na końcu, jest może najważniejszym momentem w utworze, dopełnieniem. Wiesz, teraz tak sobie jeszcze przy okazji myślę, że muzyka muzyką, miłość miłością, cisza ciszą, ale tym najistotniejszym momentem w moim życiu było pojawienie się na świecie Mani. Ona zna wszystkie moje piosenki. Potrafi zaśpiewać każdą od początku do końca. Jest świadkiem moich ćwiczeń, wykonywania tych utworów, i ja nigdy nie zrobiłam więcej, niż od czasu, kiedy urodziła się Mania. Nie chcę jej oczywiście obciążać, natomiast... Trzeba mieć dzieci.
 
Powiedziałaś kiedyś, że muzyka to prawda, że na scenie nikogo nie udajesz.
 
Bo ja nie umiem udawać.
 
Czyli przede wszystkim autentyczność?
 
Tak. Szczerość w ogóle jest najważniejsza, nie tylko w muzyce. Niektórzy mi zarzucają to, że wyrażam wszystko wprost, ale ja nie akceptuję udawania. Nie cierpię powierzchownych znajomości. Z drugiej strony rozumiem mechanizm obronny ludzi, którzy się na to oburzają. Bo to bywa bolesne, kiedy drugiemu człowiekowi w rozmowie bądź, tym bardziej, ze sceny mówi się o pewnych sprawach bezpośrednio, kawa na ławę.
 
Ale czy to nie jest tak, że ty przyciągasz pewien specyficzny typ słuchaczy, że to są ludzie o zbliżonej do ciebie wrażliwości.
 
Wiesz, o co chodzi? Ja wiem, o co chodzi. Ja nie mam granic. I to bierze się z tego, co się przeżyło, co ja przeżyłam. Ale miało być o słuchaczach...
 
Miałam na myśli też to, że kiedy na przykład ja przychodzę na twój koncert, to jakoś podskórnie czuję, że dajesz mi też przyzwolenie na pobycie ze sobą, ze swoimi myślami. Choć może tak nie powinno być...
 
Wiesz, to bardzo ważne, co teraz mówisz i też po części mi znane. Dostawałam już podobne sygnały, wiele osób mi mówi, że na koncercie są w nieustannym kontakcie ze sobą. W zasadzie ja jestem tylko takim...
 
Medium!
 
Tak, medium. To jest też ten smutek, ta prawda. Każdy z nas ma coś, do czego siebie w codziennym życiu nie dopuszcza, a koncert jest takim momentem, kiedy w spokoju, przy winie możemy pobyć ze sobą. Nie mam czegoś takiego, że stoję na scenie i wysyłam sygnały: „Uwaga, proszę państwa, proszę na mnie patrzeć, ja tu jestem najważniejsza”. Wręcz przeciwnie! Chodzi mi o to, żeby pozwolić ludziom być w swojej historii, w swojej przeszłości, w swoim własnym życiu. I ja bym bardzo chciała, żeby tak było, żeby temu ta muzyka służyła, bo ja jej nie robię dla siebie, ja tego nie śpiewam dla siebie. Oczywiście to mnie leczy, uzdrawia część mnie, ale jeśli udałoby się zrobić tak, żeby uzdrawiało jeszcze kogoś, to byłoby cudownie.
 
I tak chyba jest w przypadku tych piosenek...
 
Wiesz, ja nie mam chęci bycia w centrum zainteresowania. Oczywiście ta Trójka mnie uskrzydliła [Odchodząc Grzegorza Ciechowskiego w wykonaniu Leny Piękniewskiej znalazło się na Liście Przebojów radiowej Trójki – przyp. red.]! Robert Kasprzycki [poeta, kompozytor – przyp. red.] mówi, że to jest perwersja, debiutować takim utworem, ale to nie była moja intencja, mój wybór. Zresztą, jaki czas, taki debiut. Po prostu.
 
Tyle było o przeszłości, a to przecież dopiero początek. Jeśli nie początek początków, to na pewno początek nowego rozdziału. Jakieś marzenia, plany na przyszłość?
 
Mnie się wszystkie marzenia spełniają i to jest super...
 
I to jest jednocześnie niebezpieczne.
 
Też, pewnie też. Trzeba te marzenia udźwignąć potem, jak już się spełniają. A plany, ja wiem? Jest dobrze tak, jak jest. Choć chciałabym nagrać płytę z kalimbą, cudownym instrumentem, który niedawno odkryłam. Zupełna metafizyka. I w tę stronę mnie ciągnie, dochodzę jakiejś duchowości, do tego, żeby muzykę postrzegać duchowo, i może to mnie dokądś zaprowadzi?

 

Komentarze :

Dodaj komentarz :
Autor : 
Treść : 
 


Zaznacz drugi :

  wyślij znajomym |   drukuj |  powrót
wspolpraca

ISSN 1689-1856
Wszelkie prawa zastrzeżone przez Pro Arte Online 2004-2007 Powered by keoAdmin