2010-07-14 02:22:57
Każdy podmiot powinien być neurotyczny
Katarzyna Granops: Zostałeś pierwszym laureatem „Połowu 2010”. Czego spodziewałeś się, wysyłając na konkurs swoje wiersze? Czułeś, że to już właściwy moment na debiut czy po prostu chciałeś sprawdzić samego siebie?
Filip Wyszyński: I to, i to… bo sprawdzić, czy to właściwy moment na debiut, to sprawdzić siebie.
Patryk Szaj: Ale czy spodziewałeś się, że uda ci się zadebiutować, że właśnie ty pojawisz się w pokonkursowej antologii?
F.W.: Nie miałem takiej pewności, bo przecież w tych wszystkich konkursach właściwie bardzo dużo zależy od gustu wybierającego czy wybierających… Każdy juror preferuje określony typ twórczości i czasem bezwiednie dąży do tego, żeby wybrać autora, który myśli o poezji podobnie do niego. Nie mam pewności, czy teraz jestem gotowy na debiut, dlatego najpierw ta antologia… Nie jest to od razu tomik, ani nawet arkusz, tylko dziesięć wierszy – na początek. A co będzie dalej? Na pewno złożę propozycję wydania książki.
K.G.: Czy materiał do ewentualnej pierwszej książki jest już gotowy?
F.W.: Mam nawet nadmiar materiału, trzeba będzie go okroić.
P.S.: Mówisz, że jednym z celów, jakie sobie stawiasz, jest „ponowne nazywanie tego, co już zostało nazwane”. Trochę kojarzy mi się to z obsesyjną potrzebą Rolanda Barthesa nazwania wszystkiego, czego się doznaje. Jak to zatem funkcjonuje? Ktoś nadał już czemuś nazwę, żebyś ty mógł ją zignorować i samowolnie wymyślić swoją? A może bardziej chodzi o inne rozumienie tej samej nazwy?
F.W.: Od razu muszę zaznaczyć, że mówiąc „nazwa”, nie mam na myśli znaczenia jakiegoś konkretnego słowa czy nawet konkretnej frazy. Nazwą może być jedna książka, nazwą może być jeden wiersz… Coś, co zostało już kiedyś przez kogoś opisane, każdy postrzega inaczej. Myślę, że wszyscy poeci dążą do tego, żeby nazywać rzeczy po swojemu, na tym to polega. Na tej różnorodności. Różnorodność tę widać na przykładzie antologii: autorzy różnej kondycji, o rożnych sposobach pisania, różnych poglądach na literaturę. Każdy z nich próbuje zinterioryzować literaturę na swój własny sposób.
K.G.: Najbardziej wieloznacznym elementem twoich utworów jest woda. Ona właściwie spaja wszystkie wiersze. To ona zdaje się nie tylko uzyskiwać najwięcej nowych znaczeń, ale i decydować o nadawaniu nowych znaczeń innym elementom. Dlaczego udzieliłeś jej takiego przywileju? Jak zauważyłeś, że woda jest tak podatna na metaforyzowanie?
F.W.: Użyłem wody do metaforyzowania i poddałem takiemu sposobowi tworzenia definicji otaczające ją przedmioty, ale mógłbym podłożyć pod to „tło” coś zupełnie innego. Wybrałem wodę, bo trzeba było coś wybrać. Z tego punktu obserwacyjno-kontrolnego zacząłem zauważać pewne zjawiska. Czystym idiotyzmem byłoby jednak patrzenie na te wiersze tylko pod takim kątem… Właściwie zrobiłem błąd, bo chciałem, żeby cały zbiór był spójny (dlatego jakiś temat wszystko łączy), z drugiej strony popadłem w coś, co przypomina językową pułapkę. Każdy będzie doszukiwał się czegoś w tej wodzie, dlatego w książce, którą przygotowuję, ten motyw prawdopodobnie w ogóle się nie pojawi. We wszystkich wierszach przygotowywanych do książki już go nie ma.
K.G.: Czyli plaż (strzeżonych bądź niestrzeżonych) też nie powinniśmy się już spodziewać?
F.W.: Po prostu chodzi o to, żeby jakoś uciekać z zastawianych na siebie pułapek.
P.S.: „Będzie […] dzień, kiedy zobaczysz topiące się dziecko w żyletkach chłodnej tafli”, „Wpadłem samochodem w żyłę rzeki”, „Kilkaset metrów za wydmami / był cmentarz żołnierzy / z krzyżami ciemnymi / jak dno misy jeziornej. […] Po tafli pływały jakieś ciała” – niebezpiecznie dużo czai się w wodzie śmierci…
F.W.: No tak, ale ta śmierć widoczna jest w całym otoczeniu. Wychodzi gdzieś z wody, ale czai się wszędzie. W materiale, który przygotowuję, też będzie jej dużo… Zresztą, nie znam wiersza, w którym tego tematu nie ma. Chyba właśnie o tym zawsze się pisze. To zawsze jest gdzieś w wierszu.
K.G.: Ze śmiercią bezpośrednio wiąże się przemijalność. Zdaje się, że odgrywa ona dużą rolę w twoich wierszach. Przemija w nich wszystko: życie, uczucia, pory roku, pory dnia, to, co dobre i co złe. Interesują mnie w związku z tym dwie kwestie: po pierwsze, czy uczucia podmiotu lirycznego nie są przypadkiem zsynchronizowane z przemijaniem pór roku? Po drugie, czy wierzysz, że istnieje coś, co kieruje ludzkim losem?
F.W.: Taką siłą wyższą może być właśnie śmierć, która niekoniecznie musi być ściśle przyczepiona do człowieka, ale zawsze jakoś przynależy do życia…
K.G.: A co z porami roku? Czy rzeczywiście uczucia podmiotu lirycznego są w jakiś sposób zsynchronizowane z ich przemijaniem?
F.W.: Nie rozmawiałem z podmiotem (śmiech)… Nie, pory roku są dla mnie tak naprawdę jakąś metaforą (jeśli można tak górnolotnie powiedzieć) – wbrew pozorom – stałości. Bo mówi się, że pory roku to zmienność. Według mnie jest inaczej. Jeśli pory roku mogą być jakąś metaforą, to właśnie stałości. Bo, owszem, zmieniają się, ale zmieniają się permanentnie. Cały czas są te same, te same cztery.
K.G.: Sam o sobie piszesz: „urodziłem się nocą, w nieoświetlonej Sali, od tej pory operuję i zapominam się”. Czy fatalizm podmiotu lirycznego twoich wierszy można nazwać hipochondryczną nerwicą?
F.W.: Na pewno… Myślę, że każdy podmiot powinien być neurotyczny, jeśli poezja ma być ciekawa. Te nerwowe spostrzeżenia – często właśnie coś takiego próbuję zawrzeć w wierszach.
K.G.: A nie jest trochę tak, że podmiot boi się działania i przez to unika niektórych czynności?
F.W.: Być może… Albo najpierw czegoś próbuje, a potem się z tego wycofuje. Na pewno coś takiego w nim jest.
P.S.: „I będzie dzień, kiedy pomyślisz, że to wszystko nie jest ludzkie, / i nie będziesz w błędzie, bo życie jest czymś więcej.” Czymś nadludzkim, transcendentnym?
F.W.: Czymś więcej od tego, co zostało opisane w tym wierszu. Nakreśliłem konkretną sytuację, a potem poinformowałem, że życie jest właśnie od tego czymś większym…
P.S.: I to większe musi odkryć czytelnik?
F.W.: Myślę, że tak. Tak podpowiadałaby logika. Autor tylko pisze, to czytelnik interpretuje.
P.S.: Przez kogo strzeżone są plaże w twoim arkuszu? Czy plaża to metafora życia?
F.W.: Nie chciałbym dążyć do jednej, łatwej metafory. Nie chcę prostować rzek… A przez kogo są strzeżone? To już znów zależy od czytelnika – czy strzeżone przez Boga, przez człowieka, przez śmierć… Każdy musi chyba sam to określić.
K.G.: „Upuszczam liść w kształcie twarzy, podczas / gdy kobieta na ławce zakłada nogę na nogę”. Czy kobiety to jedno z zagrożeń, jakie czyhają na podmiot liryczny? Czy wierzy on jeszcze w miłość?
F.W.: Ten podmiot wierzy bardziej w pożądanie niż w miłość.
K.G.: Ale czy kobiety są tylko po to, żeby kusić, a potem zadawać cierpienie?
F.W.: Nazwałbym to drażniącą przyjemnością.
P.S.: Czy jednak poza tą zmysłowością jest jeszcze jakaś szansa na wyższe uczucie?
F.W.: Myślę, że jest, ale tutaj tego nie opisałem. Pozostało to gdzieś na marginesie. Może też wzięło się to bezpośrednio z życia: te lepsze uczucia zawsze są gdzieś z boku, skryte za tymi doraźnymi.
P.S.: „A ja piszę się, rozpisuję” – mówi podmiot Opuszczonych placów zabaw. Rzeczywiście, twoje wiersze są długie, rozbudowane. Myślisz, że nowych znaczeń tego, co zostało już nazwane, nie dałoby się wyzyskać w sposób bardziej skondensowany, zwięzły?
F.W.: Są też krótsze wiersze. Jeden jest nawet jakąś próbą haiku… Ale w materiale, który przygotowuję, utwory będą jeszcze dłuższe. W ogóle chciałbym znaleźć dla siebie jakąś pojemną formę. Bo tak naprawdę w przyszłości zamierzam dążyć do poematu. Teraz jest na to chyba jeszcze za wcześnie, dlatego na razie wciąż poszukuję tej bardziej rozbudowanej, dłuższej formy…
P.S.: Poemat? To trochę wbrew współczesnym trendom w poezji…
F.W.: Poemat jest świetną formą i – na szczęście – nieodchodzącą jeszcze w niepamięć. Proszę spojrzeć na Różyckiego.
P.S.: Wiemy, że poza tym, że piszesz wiersze, jesteś również pianistą. Rok 2010 ogłoszono rokiem Fryderyka Chopina. Czy w twoim odczuciu wpłynęło to jakoś na popularyzację muzyki poważnej? Raperzy nagrali na przykład niedawno utwór Hip-Chopin, z muzyką opartą na samplach z utworów tego kompozytora…
F.W.: Powiedziałbym tak: jeśli ktoś na co dzień umie dotrzeć do poezji, to Port Wrocław jest tylko jakąś dodatkową do tego okazją. Tak samo rzecz ma się z muzyką: jeżeli ktoś na co dzień ma do tego dostęp i interesuje się, jest jakoś zaangażowany w muzykę Chopina, to nie potrzebuje takich dodatkowych motywów. Ale na pewno jakoś poszerzają one odbiór muzyki poważnej, choćby dzięki temu, że trochę częściej pojawia się w mediach… Myślę, że takie działania są potrzebne, na pewno.
P.S.: No właśnie, muzyka poważna pojawia się w mediach, są organizowane okolicznościowe koncerty, podejmuje się szereg innych działań. Ale czy nie jest trochę tak, że całą tą otoczką interesują się ludzie, którzy i tak mieli coś wspólnego z Chopinem już wcześniej? To nie zachęca prawie nikogo z zewnątrz…
F.W.: Ale może też obok tego, już obok samej muzyki, są ciekawe przedsięwzięcia. Twórczość Chopina jest na przykład zauważana w innych kontekstach, perspektywach. Pojawia się więcej możliwości dotarcia do niej, na przykład dzięki wykonaniom jazzowym czy jakimś innym.
P.S.: Na przykład hip-hopowym. A tak swoją drogą… Chopin hip-hopowy? Profanacja czy poszerzanie horyzontów?
F.W.: Wszystko, co wiąże się z hip-hopem, to dla mnie profanacja.
K.G.: A wiesz, że w konkursie „Nakręć wiersz” bierze udział film nakręcony do jednej z piosenek Kidda, rapera[*]? Czyli jednak hip-hop bywa też poezją.
F.W.: Niestety (śmiech).
K.G.: Poezja, fortepian… Czy chcesz związać swoją przyszłość z którąś z tych pasji?
F.W.: Studia wybiorę pewnie zupełnie odmienne. Nie chciałbym zamykać się w jednej bądź drugiej z nich. Postaram się jakoś oddzielić je od czegoś poważniejszego. Poezja i fortepian to bardziej hobby. Na pewno wiążę z tym jakąś przyszłość. Na pewno cały czas będę to robił. Jeżeli się uda, to jak najdłużej i jak najczęściej… Ale chciałbym to mieć jakoś na uboczu, na brzegu, na marginesie.
K.G.: A na jakie studia planujesz się wybrać?
F.W.: Myślę o prawie.
K.G.: To mało poetycki kierunek. Niewiele tam miejsca na metafory.
F.W.: Ale fascynuje mnie ten język.
[*] Film do piosenki Wojtka Cichonia (Kidda), Przypadkowy dzień roku 2006, zajął w konkursie „Nakręć wiersz” trzecie miejsce.
|