|
|
 |
 |
|
|
 |
 |
 |
|
Spotkania
|
 |
 |
 |
2010-07-14 00:03:38
Wielka Studencka Bitwa na Poduszki
Eunika Jankowska
RAPORT
Wydarzenie: Wielka Studencka Bitwa Na Poduszki Data: 22.04.2010 Godzina: 17:30 Miejsce: Stary Rynek, Poznań
Geneza: Błogosławiony Facebook pomiędzy portalami… To dzięki niemu dowiaduję się ostatnio o co ciekawszych inicjatywach. Jakiś czas temu dostałam zaproszenie na Wielką Studencką Bitwę Na Poduszki. Zaintrygowana, wgłębiłam się w szczegóły. Poczytałam, popytałam i okazało się, że pomysł narodził się niedawno w Holandii. Adaptacja na polski grunt nastąpiła błyskawicznie.
Przygotowania: Rozpuściłam wici wśród znajomych. Zaplanowaliśmy udział. Narzędzia „zbrodni” czekały spokojnie na łóżku. Postanowiłam zabrać ze sobą młodszą przedstawicielkę rodu, gdyż na wprowadzenie musztry nigdy nie jest za wcześnie! Jako że dowódca może być tylko jeden, samozwańczo mianowałam się Panią Generał (skromność nigdy nie była moją zaletą) i stanęłam na czele małego oddziału.
Przebieg: Na Stary Rynek przybyłam nieco spóźniona, na szczęście bitwa jeszcze się nie rozpoczęła. Z trudnością odnalazłam swoją kompanię wśród tłumu studentów krzepko dzierżących w dłoniach „broń”. W większości były to małe poduszki i jaśki, ale trafiały się również ogromne poduchy, a nawet jeden materac! Z bronią takiego kalibru nie ma żartów… Pozostało jedynie czekać na sygnał startu: i do ataku! Z dwóch stron rzuciły się na siebie przepełnione wolą walki grupy. Wokół rozbrzmiały wojenne okrzyki, gromkie nawoływania, pośpiesznie rzucane rozkazy dotyczące bardziej zorganizowanych działań (np. grupowego ataku na wybraną ofiarę), nie zabrakło także kilku sabotażystek, które nożyczkami rozcinały poduszki. Po kilku minutach pierze fruwało wszędzie. Na wpół oślepiona, prawie bez tchu osłaniałam głowę, energicznie młócąc powietrze trzymaną w ręku poduszką. Co jakiś czas napotykała ona na opór w postaci przeciwnika, nie zliczę również ciosów, które otrzymałam ja sama. Adrenalina i pozytywna energia wprost kipiały z uczestników. Gdy czułam, że opuszczają mnie siły, oddalałam się na chwilę od centrum bitwy, by na obrzeżach pozować do zdjęć w bojowej postawie, z poduszką w ręku i marsowym czołem – jak przystało na prawdziwą wojowniczkę. Po czym ze zdwojoną energią rzucałam się w wir walki. Całe wydarzenie wzbudzało zrozumiałe zainteresowanie przechodniów. Zatrzymywali się, by z uśmiechem obserwować rozemocjonowanych studentów. Po trzydziestu minutach oficjalnie ogłoszono koniec akcji, zresztą na polu bitwy pozostali już tylko najwytrwalsi.
Podsumowanie: Opuszczając Stary Rynek, spojrzałam za siebie. Bruk pokrywała gruba warstwa pierza. Pióra miałam we włosach, na ubraniu, w torebce, a nawet (takie odnosiłam wrażenie) w nosie. Za pół godziny zaczynałam ostatnie tego dnia zajęcia na uczelni, podjęłam więc (nieudaną) próbę doprowadzenia się do stanu „używalności”. W pewnym momencie przemiła pani spytała mnie z nieukrywaną ciekawością o to, co działo się przed chwilą na Rynku. Moja opowieść bardzo spodobała się rozmówczyni, z uśmiechem na twarzy podsumowała: „studenci!”. I wtedy uświadomiłam sobie, że w czasach, gdy coraz więcej z nas łączy studia z aktywnością zawodową, rzadziej pozwalamy sobie na zachowania, z którymi budzi skojarzenia nieużywane już raczej słowo „żak”: żartobliwe i niepoważne. Dzięki Wielkiej Bitwie mieliśmy możliwość obserwować, jak instynkt walki znajduje ujście w formie niewinnej zabawy.
|
 |
|
|
wyślij znajomym | drukuj | powrót
|
 |
|
 |
|
|
|
|
|