2010-07-14 01:12:20
Daleko od raju
Maciej Orłowski
– Kim jest dla ciebie reporter?
Jacek Hugo-Bader zamyśla się, jąka, wyraźnie szukając odpowiedniego słowa, aż nagle, jakby sam zaskoczony celnością tej myśli, wyrzuca ją z siebie, w rozpędzie przesadnie akcentując pierwszy wyraz:
– JA jestem reporterem!
A po chwili, jakby chcąc doprecyzować, rozwinąć koncepcję owego JA:
– To jest taki człowiek, który musi stawać się ciągle kimś innym…[1]
Ciekawe, jakim był nauczycielem. Zastanawialiście się kiedyś nad tym? Nie, dlaczego miałoby to być niewłaściwe pytanie? Przeciwnie, uważam, że jest bardzo ważne. Z całą pewnością, w pracy reportażysty strasznie pomaga doświadczenie życiowe. Żeby móc się zajmować, nieraz przecież trudnymi, przeżyciami innych, trzeba samemu dostać niezły wycisk od życia – mówi w jednym z wywiadów, a my odruchowo uśmiechamy się na myśl, że brzmi to jak oklepany banał. Banał w ustach takiego człowieka! Owszem, wiemy, że posiada wielką mądrość i dokonał – przynajmniej jak dla nas, ludzi w większości bez reporterskiego zacięcia i podróżniczych pasji – rzeczy doprawdy niezwykłych. Czytaliśmy przecież jego książkę i zrobiła na nas ogromne wrażenie, jednak ten niewinnie wypowiedziany zwrot, który tyle razy słyszeliśmy na ekranach telewizorów, w pracy, w domu i w szkole, sprawia, że nie możemy powstrzymać się od lekkiego uniesienia warg. Myli się jednak ten, kto myśli, że jest to uśmiech pogardy i zazdrości, zrodzony z niespełnionych ambicji i egoistycznej zawiści – nie, raczej zbliża on nas do tego obcego człowieka, którego dotąd znaliśmy tylko jako autora reportaży. Przybliża nam go bardziej, niż wspólnie przeżyte wyprawy przez Nieniecki Okręg Autonomiczny, bardziej niż wspólne polowanie na kuropatwy, bardziej niż przeciskanie się przez wąskie szczeliny kamiennego korytarza. Jeden uśmiech, dający nam przez chwilę poczucie wyższości (zupełnie zresztą nieuzasadnione), sprawia, że Jacek Hugo-Bader jawi się jako jeden z nas.
Uśmiech jednak znika tak szybko, jak się pojawił, a słodką wyższość zastępuje pospieszna refleksja. Ten człowiek wie, co mówi, i nawet jeśli jego słowa brzmią nieco schematycznie, nie powinniśmy oceniać go zbyt pochopnie. Wszak nie każdy z nas potrafiłby z taką pasją wyruszyć w podróż – uczciwie się strofujemy, spostrzegłszy w porę swą niezręczność. Niepotrzebnie! Przecież ani pisarz, ani my nie rościmy już sobie prawa do odgrywania roli autorytetu – pozorna konkurencja istniała tylko w naszym umyśle, pozostawiając jednak po sobie przyjemne uczucie bliskości.
Więc? Jakim był nauczycielem? Myślę, że świetnym. Nie wiem niestety, czego uczył, ale sądzę, że musiał się sprawdzać jako wychowawca i pedagog. Uczniowie z pewnością go lubili. Tak, ten człowiek jest niesłychanie naturalny, a nie ma nic bardziej pociągającego dla młodych niż naturalność właśnie, tak nieodłącznie kojarząca się z wolnością.
Co mu pozostało z pracy nauczyciela? Czy można rozpatrywać W rajskiej dolinie… przez pryzmat jego zawodu? Jego poprzednich zawodów? Szukać w jego twórczości śladów wcześniejszych doświadczeń? Iść za słowami, które w pierwszym odruchu wydały nam się banalne, ale po dokładniejszej analizie tekstu – w gruncie rzeczy ważkie? Czy byłoby to ciekawe? Na pewno. Lecz ze względów stylistycznych zupełnie niepraktyczne. Przecież wówczas nie byłaby to recenzja, prawda? Zaledwie szkic, skupienie się na wybranym wątku, niewątpliwie bardzo interesującym, lecz niespełniającym wymagań krytyki literackiej.
Pięć podstawowych pytań, na jakie musi odpowiedzieć każdy dziennikarz, aby stworzyć dobry news do gazety, brzmi: kto, gdzie, kiedy, jak i dlaczego. Czy Jacek Hugo-Bader je zna? Nie śmiem w to wątpić, jest bowiem nie tylko reporterem, piszącym do ,,Gazety Wyborczej” (a raczej do jej dodatku – ,,Dużego Formatu”), ale musiał także pracować jako dziennikarz, być może zatem przechodził przez ten etap redakcyjnej kariery, w którym pochylony uważnie nad wyborem najświeższych materiałów, próbował codziennie złączyć je w treściwy artykuł (choć, doprawdy, trudno mi go sobie wyobrazić w tej roli).
Reportaż z pewnością newsem nie jest. Tym bardziej książka. News to w założeniu coś nowego, aktualnego, o czym dowiemy się wyłącznie z najnowszych serwisów informacyjnych. Czy wyobrażacie sobie w głównym wydaniu Wiadomości historię biednego Wołodii Potisznego, emerytowanego górnika z Workuty, 160 kilometrów za kołem podbiegunowym, uparcie domagającego się nacjonalizacji kopalni Wargaszorskiej, odtworzenia miejscowych kołchozów zajmujących się wypasem reniferów i kontroli nad obrotem walutą? Nie, sama myśl o tym budzi śmiech i poczucie nieprzystawalności; protesty Wołodii nie mogą być uznawane za news choćby z tego powodu, że są powtarzalne, te same od lat, stanowią zatem nieodłączny element workuckiej rzeczywistości. Lecz – i tu dochodzimy do sedna różnicy między reportażem a newsem – wyrażają też coś więcej: symbolizują pewną postawę bardzo w Workucie rozpowszechnioną, poglądy, które można rozszerzyć na o wiele szersze grono mieszkańców Republiki Komi, będące skutkiem przeraźliwych warunków socjalnych, w jakich przyszło im żyć.
Dwudziestoletni Andreij Sietnow jest rosyjskim Żydem, śpiewakiem w moskiewskiej synagodze. Dymitr Andrejewicz Romanow był konstruktorem Komsomolca, niegdyś rosyjskiej pływającej potęgi, a obecnie jest emerytem, cierpiącym z powodu niewydolności serca. Dżachar na Dwóch Nogach [sic!] to handlarz heroiny w Osz, położonym w Kirgistanie.
Wszystkich ich spotkał, z wszystkimi rozmawiał i wszystkich wysłuchał Hugo-Bader. Ogromne odległości (Rosja, Krym, Czeczenia, Syberia, Kirgizja, Kazachstan…), imponująca praca, niespotykana różnorodność tematyczna. Czy w jednej książce da się opisać całe bogactwo kraju? Nie da się. Ale można spróbować. W rajskiej dolinie… jest właśnie taką próbą, próbą wgłębienia się w jego olbrzymią, skomplikowaną strukturę, na którą składa się historia, mentalność, geografia, kultura i wiele, wiele innych elementów. Aby je dostrzec, trzeba wejść w tę przestrzeń, wgryźć się w myślenie tego narodu i odczuwać to, co on.
Ale jakiego narodu? O jakim kraju, o jakich mieszkańcach wciąż mówimy? Czy jest to Rosja? Rosja pełna dylematów, Rosja „na rozdrożu”, zmagająca się z demonami przeszłości z jednej, a dumą z osiągnięć ZSRR z drugiej strony, wciąż poszukująca swojej tożsamości? (Towarzysz Kałasznikow, Zjednoczony Emirat Radziecki, W Workucie pod tablicą ogłoszeń). Nie, pewne względy nie pozwalają na przyjęcie takiego założenia – byłoby to uproszczeniem, zarówno wskutek o wiele szerszej rozpiętości geograficznej, którą obejmuje książka, jak i skali historycznej – zjawiska opisywane przez Hugo-Badera wiążą się bowiem często z odległą przeszłością, czasami świetności Kraju Rad. A więc może o Związku Radzieckim? W rajskiej dolinie… przedstawia przecież wielokrotnie wydarzenia należące do historii, a ludzie, którzy ich doświadczyli w bezpośredni lub pośredni sposób, są częstokroć tylko tłem, pretekstem do snucia wspomnień (Widok ze stuletniej morwy, „Komsomolec” z głębin, Archipelag złotego deszczu). I w tym wypadku książka wymyka się jednoznacznej klasyfikacji – w obszernym zbiorze reportaży nie brak przecież i takich, które dotyczą współczesnych wypaczeń i problemów społecznych, zrodzonych dopiero po upadku komunizmu i przeżywających swój rozkwit – paradoksalnie – wraz z nastaniem zalążków demokracji (Babska krucjata, Zona Lube). W końcu sporo takich historii, które zaczynają się w przeszłości, lecz swój finał mają w XXI wieku, przez co przedstawiają nie tylko określone zdarzenia, ale i ich następstwa, przyczyny czy powtarzalność, słowem – aspirują do historiozoficznego obrazu zjawisk (Księga powrotu z niewoli sowieckiej, A rewolucja to przecież miała być przyjemność, Cały zbudowany jestem z ran).
Muszę zastrzec, że zaproponowany przeze mnie podział nie oddaje całej złożoności lektury. Wszystkie reportaże są bowiem niejednolite pod względem tematycznym, tak, jak niejednolita i niejednoznaczna jest nasza codzienność. Przeszłość miesza się tu z teraźniejszością, odciska na niej swoje piętno i bezpowrotnie ją zmienia, ale i teraźniejszość nie zostaje jej dłużna. Ludzie traktują historię wybiórczo, umysł zapamiętuje to, co chce pamiętać, odsuwając od siebie to, co jest dla niego niewygodne. (Polak, my wam tyle lat pomagaliśmy, to może dałbyś mi teraz dziesięć rubelków na fajki? – mówi Wołodia do Hugo-Badera). To o pamięć przeszłości toczą się największe bitwy, to o nią walczą politycy, to ona nieraz jest powodem konfliktów między narodami, choć jej wzajemne odkrywanie może jednoczyć na nowo (co szczególnie uwydatniło się w ostatnich dniach). Reporter zdaje sobie z tego sprawę, dlatego nie usiłuje „przetłumaczyć” kraju – jest to po prostu niemożliwe. Hugo-Bader robi coś, co jest temu najbliższe – pisze o ludziach, których spotkał, z całą ich różnorodnością, ze wszystkimi ich przyzwyczajeniami kulturowymi i skomplikowaną mentalnością. Czy Andreij Sietnow nie mógłby równie dobrze mieszkać, studiować Tory i śpiewać w synagodze w Izraelu, wśród Żydów, których potomkowie być może kiedyś uciekli przed piekłem czerwonej rewolucji? Mógłby, ale pozostał w Rosji! Dlaczego to zrobił? Wala Ponomariowa, pierwsza kobieta w kosmosie, czymże różniła się od innych dziewcząt: ambitnych, pełnych pasji i młodzieńczej naiwności? Być może tym, że żadna na pytanie, o czym marzy po powrocie na Ziemię, nie odpaliłaby bez namysłu: O chlebie z cebulą… A dwudziestotrzyletni Matwiej, który wyjechał do Stanów w wieku czterech lat? Dlaczego wrócił?
– Czasami, jak człowiek układa puzzle, to zapodzieje mu się jeden kawałek, bez którego nie ma całości. Kiedy szedłem po schodach do babci i buchnął na mnie ten zapach rosyjskiej klatki schodowej, powiedziałem sobie: „Tak, ja już tu byłem. Jestem u siebie”. To jest ten fragment mojego życia, którego mi zawsze brakowało – kończy Matwiej i oplata mnie jedwabnymi rzemykami przydymionych swoich wspomnień.
***
Tylko strzelić sobie w łeb.
Walery, były żołnierz w zwiadzie lotniczym, tak zwany nawodczikom, naprowadzający samoloty i śmigłowce na cele do zniszczenia:
– Gadają, że w Afganistanie zginęły dwa miliony ludzi. To przesada. Oni lali się głównie między sobą, a nas powolutku wciągali. Z mordowaniem cywilów często tak bywało, że nasi afgańscy sojusznicy przekazywali informacje, że w jakimś tam kiszłaku siedzą duszmani albo że w meczecie mieści się dowództwo. Wtedy ja dawałem współrzędne, a nasza awiacja zamieniała wieś w dołek z piaskiem stopionym na szkło.
Garin Kadbenło, wychowany w Sarżale na terenie Kazachstanu, niecałe sto kilometrów od byłego poligonu atomowego:
– Trzymali nas po dziesięć-piętnaście dni i znowu badali, prześwietlali, brali krew, robili zdjęcia. My już wiedzieliśmy, że to jest spis śmierci, że wszyscy ludzie z listy muszą umrzeć, no i pomarli. Najpierw od promieniowania, potem od raka, chyba że ktoś wcześniej się powiesił albo gardło sobie poderżnął. Jeszcze tylko jedenaście osób z listy żyje. Ja jestem jedenasty.
Izaak Mimilsztajn, osiemdziesięciopięcioletni Żyd z Moskwy, który właśnie szykował się, aby wyemigrować do Niemiec:
– Panie Bader, ja chcę, żeby koło mojego łóżka stała „miedsiestra”, kiedy będę umierał […]. A tu się boję umierać. Jak mojemu znajomemu umarła żona, to jego to kosztowało osiem milionów za pogrzeb. Tutaj się boję zachorować, bo jak poważna operacja, to trzeba mieć miliony. Niech pan tylko nie myśli, że ja tęsknię za bolszewikami. Broń Boże, tylko mnie zostało bardzo mało życia i tęsknię za porządkiem, a tu taki br…, bur… Jak to się nazywa?
– Burdel.
– A właśnie. Burdel.
Światu przedstawionemu w Rajskiej dolinie… daleko do raju, bliżej mu do piekła. Mimo że Rosjanie, o których mówi książka, są zwyczajnymi, prostymi ludźmi, a ich pragnieniem niemal zawsze jest wolne od głodu i strachu bezpieczne życie, to świat, w jakim przyszło im żyć, przypomina raczej groteskowy koszmar, odzwierciedlający najgorsze ludzkie lęki i obawy. Dziennikarz nie jedzie, żeby opisywać ludzi bogatych, szczęśliwych i zdrowych. To byłoby bezsensowne i nudne. Nie jest tak, że my się czepiamy dla samego czepiania się. Piszemy, czy pokazujemy pewne sprawy celowo, bo dziennikarstwo powinno naprawiać świat – mówi autor w jednym z wywiadów. Można jednak odnieść niekiedy wrażenie, że przez takie wybiórcze opisywanie rzeczywistości jest ona przedstawiana w sposób niekompletny, od swojej „ciemnej strony”, a przez to nie do końca obiektywnie.
Hubo-Bader bywa ostry, często nawet odnosi się wrażenie, że zbyt ostry. Pytał pan, czy ktokolwiek potrafi udowodnić, że popełniliście błąd – mówi do Kałasznikowa, uparcie broniącego idei radzieckiego imperializmu – Ja mogę to udowodnić. Komuniści odpowiadają za śmierć dziesiątków milionów obywateli ZSRR. Półtora miliona moich rodaków straciło życie w pańskiej ojczyźnie. / Piotr, który przyjechał ze mną sfotografować Kałasznikowa, ma skrupuły. Błaga – nie tak brutalnie. Przecież nie jestem brutalny, nie powiedziałem, że w Niemczech też potem wszyscy mówili, że nie wiedzieli, co narodowi socjaliści wyprawiali w obozach. Jest to jednak dosadność dająca się uzasadnić w imię owego dziennikarstwa, które powinno naprawiać świat, czy w końcu w imię elementarnej prawdy i przyzwoitości, sprzeciwiającej się rażącemu zakłamaniu i głupocie. Hugo-Bader unika jednak prostego moralizatorstwa. Nie ma jednej historii – zdaje się mówić – jest ona zawsze widziana przez pryzmat jej obserwatorów. Ludzie przed sobą widzą tylko ścianę, przez którą nic nie widać. / A kiedy człowiek nie widzi nic przed sobą, nie może iść naprzód i wtedy głowa sama odwraca się do tyłu, człowiek zaczyna patrzeć w przeszłość, idealizuje ją, wspomina, że owszem, życie nie było słodkie, ale wszystko było na swoim miejscu, było zorganizowane, zagwarantowane. Wiedział, gdzie się leczyć, gdzie uczyć, dokąd jechać na wypoczynek. Kto nie tęskni za ZSRR, musi nie mieć serca. Kto nie chce jego powrotu, nie ma rozumu.
W Rajskiej dolinie wśród zielska jest wyjątkową pozycją na polskim rynku. Pozwala inaczej spojrzeć na Rosję – tę, do której wciąż mamy jeszcze mnóstwo (nieraz uzasadnionych) pretensji i uprzedzeń, która od wieków wzbudza w nas ambiwalentne uczucia (od szczerej nienawiści do zazdrości połączonej z fascynacją) i raz po raz pojawia się w ogólnonarodowej dyskusji. Autor pokazuje nam Rosję widzianą oczami jej obywateli i można wówczas odnieść wrażenie, że kraj, będący przedmiotem krytyki Polaków, jest często o wiele bardziej bezwzględny wobec własnych mieszkańców. Jacek Hugo-Bader Rosję kocha – jest to jednak miłość trudna, która domaga się mówienia prawdy prosto w oczy i przestrzegania złożonych obietnic. Reporter z uporem śledczego tropi wszelkie bolączki i uzależnienia kraju, pokazując jednocześnie ich wielopłaszczyznowe i wcale nieoczywiste przyczyny.
Reportaże o Rosji już się ukazały. Pozostaje tylko pomarzyć, że teraz opublikowane zostaną kolejne, równie wnikliwe obserwacje Hugo-Badera. Tym razem – dotyczące Polski.
|