Wtorek, 7 września 2010 r.
 
   
 Numery archiwalne
Jeśli chcesz być na bieżąco - zapisz się!


  4-5 (102-103) 2010   numery archiwalne
Muzyka
 2010-07-14 01:03:48
„Hej, ty stary, wiem, co ty czujesz”
Patryk Szaj



„Rycerz Obłędnego Oblicza” spogląda swoim smutnym okiem z szarej okładki nowej płyty zespołu Strachy na Lachy. Jedną z twarzy – tę, którą patrzy na nas – ma posępną, milczącą. Druga nic nie widzi, oczy przysłania jej czarna smuga. Krzyczy za to szeroko otwartymi ustami, nie wprost do nas jednak, ale gdzieś obok, jakby pogodzona z tym, że jej głos trafi w próżnię. W tle majaczą wiatraki. Nie wiem, jak daleko można posunąć skojarzenia z Don Kichotem, bo na nowym krążku Strachów dominuje raczej nastrój pogodzonej z sytuacją gorzkiej rezygnacji niż idealistycznej walki, choćby i z wiatrakami.
 
„Żółć się leje mi z wątroby jak tramwaj na Patriarszych Prudach” – zaczyna doDekafonię zblazowanym głosem Grabaż. Chwilę później informuje: „Śpiewam już tylko o Polsce i o złej miłości” – o ponurej Polsce, która przychodzi doń wyłącznie po autograf i o miłości, dla której stanowi już jedynie złudzenie. Rzeczywiście, jest Chory na wszystko, ale to „wszystko” zamyka się w dwóch słowach: Polska i miłość. Próżno szukać na doDekafonii utworów o innej tematyce.
 
W ogóle trudno znaleźć na niej coś optymistycznego. Nie powinniśmy dać się zwieść wesołym Nieuchwytnym buziakowcom, którzy pojawili się tutaj chyba tylko po to, żeby zachować pozory, że wcale nie jest tak beznadziejnie. Bo już następny z kolei utwór, Twoje oczy lubią mnie, choć również pogodny, kryje w sobie przecież poważną groźbę klęski („twoje oczy lubią mnie i to mnie zgubi”), tym większą, że w ferworze umizgów lekceważoną. A że porażka nadejdzie, jest niemal pewne. Jeszcze tylko „ostatni taniec / ostatnie łóżko / […] I łzy ostatnie schną pod poduszką” (Ostatki – nie widzisz stawki). Potem pozostają jedynie wizyty w Cafe Sztok, gdzie „w każdy wieczór […] z miłości jeden się wiesza gość”.
 
Z utworu na utwór robi się coraz smutniej. Polska brudnych ryjów z wąsem, pijanych kierowców, rozdzierających kraj kłótni („Diapazony Diabelskie”), „flegmy wolności po soliterności”, miłość będąca już wyłącznie wspomnieniem, rozczarowaniem, lecz przede wszystkim synonimem śmierci. Nawet jeśli zdarzy się, pozornie wesoły, Spacer do Strefy Zero, przecież też jest to tylko retrospekcja jakichś przyjemnych chwil, sentymentalna „przechadzka w stylu retro”, po której zresztą Grabaż i tak popada w ponure (bardzo ponure…) refleksje o Polsce IPN-owskich teczek („Mieszkam w teczce tekturowej / Jak mnie otworzysz to się dowiesz jak / Topi się w wymiotach gorzkie słowo patriota”), pełnych żółci internetowych forów („Vivat Polonia frustrata!”) i – rzeczywistych bądź wyimaginowanych – podsłuchów (Żyję w kraju). Jest naprawdę niewesoło…
 
Wydaje się, że single promujące doDekafonię nie za bardzo są dla płyty reprezentatywne. Nie cechuje się ona ani taką bezkompromisowością, jak obfitujące w wulgaryzmy Żyję w kraju, ani taką żywiołowością, jak Ostatki – nie widzisz stawki. Jest raczej smutna, pesymistyczna, przygnębiająca, czasem nostalgiczna, czasem pełna rozczarowania i zrezygnowania. Dużą zaletę krążka stanowi fakt, że taki wydźwięk płyty dociera do słuchacza dopiero po którymś z kolei wysłuchaniu. Wcześniej, w natłoku niełatwych nieraz do zinterpretowania wersów, gubi się ogólną wymowę utworów. Dlatego należy dać doDekafonii szansę – z każdym kolejnym podejściem zyskuje ona coraz więcej, a uwagę przykuwają wciąż to inne piosenki.
 
Bo jest na tym albumie kilka perełek, wśród których największym blaskiem świeci Dziewczyna o chłopięcych sutkach z gościnnym występem cudownej Natalii Fiedorczuk. Piękne, liryczne, zaśpiewane do wtóru oczarowującej melodii, ale w konsekwencji również bardzo smutne (refren…) wspomnienie aktu miłosnego na dwa głosy – jej i jego – które łączą się na koniec we wspólnym, minimalnie tylko przesadzonym w nagromadzeniu środków artystycznych, wyliczeniu: „Nasze ramiona polne ślimaki / Pławią się w stawie przytulania / Nasze dłonie niedzielne chojraki / Dojrzewają w centrum dotykania / Nasze usta z tortu tortury / Wiśnieją ranem od zacałowania / Niewyraźne oczu trójkąty / Donkiszocieją od niezamykania”. Jest też pełen nawiązań do literatury i najnowszej historii Chory na wszystko, utwór będący nie tylko jakby kluczem do odczytania całej płyty, ale i manifestem postawy Grabaża w ogóle („Ty ciągle i wciąż masz mi za złe, że już nie mieszkam w Punk Rock City / Mieszkam w całkiem innym miejscu Polski i cierpię na syndrom sztokholmski”). Jest tytułowa doDekafonia, jest Radio Dalmacija – obie z genialnymi aranżacjami (żeby nie skupiać się już tylko na warstwie tekstowej). Długo by tak można.
 
Grabaż zawsze miał zacięcie poetyckie, ale teraz bardziej chyba niż na wcześniejszych płytach stawia na literackość tekstów. Efekty są co najmniej zadowalające. Wyróżniają się liczne metafory (szczególnie w Dziewczynie… i doDekafonii), z których niektóre naprawdę trudno rozszyfrować, wiele jest też neologizmów, kilka wyrazistych aliteracji („beatyfikuję ten beat”, wspomniane już „usta z tortu tortury” i „biało-czerwone Diapazony Diabelskie”), udany obraz miłości jako personifikowanej śmierci w tytułowym utworze, igraszki słowne w rodzaju „Przecież siódma jest Del Piero”… a wśród wszystkich tych figur majstersztyk: „między ustami wyrósł nam Merliński Bur”. Grabaż nie boi się, że nie zostanie zrozumiany, wręcz odwrotnie – chce sprawiać słuchaczowi frajdę z możliwości interpretowania swoich utworów, co tym mocniej zachęca do wielokrotnego przesłuchania doDekafonii.
 
Tematy Polski i miłości osiągają wreszcie wspólny mianownik w ostatniej piosence na płycie, Radio Dalmacija. Tutaj następuje jakaś ostateczna rezygnacja. Ciągłe przełykanie „ości flegmą wolności po soliterności”, „świeże ślady na szyi po ukąszeniach żmii” i świadomość, że „i tak tu nikt nie wyjdzie na swoje / I tak niczyje nie będzie na wierzchu” doprowadzają wreszcie do kapitulacji. Grabaż krótko informuje jeszcze: „Zostawiam pożegnalny list / Kopertę z moim DNA”, a ostatnim, co ma nam do powiedzenia (czy raczej do wykrzyczenia), jest lapidarne, obojętne: „chce mi się spać”, powtarzane w kółko do wtóru coraz bardziej rozmytych dźwięków przez ponad dwie minuty, głosem na przemian zdeterminowanym, zrezygnowanym, cedzącym przez zaciśnięte zęby.
 
doDekafonia kończy się więc kompletną kakofonią i znaczącym krzykiem Grabaża łaknącego snu. Wokalista krzyczy jednak coś nadto. Warto przysłuchać się, co. Czyni to płytę jeszcze smutniejszą.


Komentarze :

K | 2010-07-14 20:00:44
"do Cafe Sztok wpadam często by zobaczyć że to jeszcze nie my...", czyż nie tak, Panie Autorze?
Dodaj komentarz :
Autor : 
Treść : 
 


Zaznacz drugi :

  wyślij znajomym |   drukuj |  powrót
wspolpraca

ISSN 1689-1856
Wszelkie prawa zastrzeżone przez Pro Arte Online 2004-2007 Powered by keoAdmin