|
|
 |
 |
|
|
 |
 |
 |
|
Kino
|
 |
 |
 |
2010-07-14 00:24:40
Prawie Alicja?
Eunika Jankowska
Adaptacje filmowe słynnych powieści muszą mierzyć się z wieloma trudnościami. Jedną z nich, co zresztą oczywiste, są oczekiwania wobec dzieła, w przypadku Alicji w Krainie Czarów – oczekiwania zarówno fanatyków pisarstwa Lewisa Carolla, jak i talentu Tima Burtona. Potencjalni widzowie rekrutują się bowiem z dwóch kategorii: tych, którzy do oryginalnego tekstu podchodzą z czcią wręcz nabożną (ich rażą jakiekolwiek od niego odstępstwa), oraz tych, którzy przyznają reżyserowi prawo do przekształceń i ,,smakują” wszelkie modyfikacje. I chociaż czasem w każdym znawcy (czyjejkolwiek) twórczości ,,krew się burzy”, to jednak świadomość indywidualnego odbioru i interpretacji pozwala docenić nawet odmienną wizję lub zrozumieć cel reżyserskiej ingerencji.
Tim Burton nie ukrywa, że jego Alicja do tekstu literackiego nawiązuje jedynie w luźny sposób. Oto 19-letnia bohaterka, która w trakcie swojego zaręczynowego przyjęcia zdaje sobie sprawę, że nie ma najmniejszej ochoty dołączyć do grona statecznych mężatek, trafia ponownie do Krainy Czarów. Ze swojej poprzedniej wizyty nie pamięta nic, niejasne wspomnienia z dzieciństwa uważała do tej pory za męczący sen. W niezwykłym świecie, rządzonym przez Czerwoną Królową, czeka dziewczynę trudne zadanie: musi pokonać tyrankę. Fabuła filmu jest tym ciekawsza, że łączy ze sobą motywy i postacie z obu powieści Lewisa Carolla: Alicji w Krainie Czarów i Alicji po drugiej stronie lustra.
Obraz został zrealizowany w technologii 3D, a wizja, jaką prezentuje reżyser, przykuwa uwagę i rzeczywiście potrafi zachwycić. Feerie barw, efektowne widoki, niezwykłe przedmioty, stroje i, co najważniejsze, kreacje aktorskie – wszystkie te elementy w udany sposób odzwierciedlają świat, który stworzyła bujna wyobraźnia pisarza. Do Alicji bardzo pasuje delikatna i nietypowa uroda Mii Wasikowskiej, która dobrze zagrała nieco naiwną, ale zdecydowaną w działaniu trzpiotkę; Helena Bonham Carter gra Królową Kier (odrażającą, a mimo to budzącą współczucie), a Anne Hathaway, jako Biała Królowa, jest w pewien sposób nie mniej szalona niż siostra (bardziej zmanierowana niż niewinna – słodko szczebiocząc, przygotowuje wywar z trupiego palca…). W niezwykłych oczach Szalonego Kapelusznika (genialny Johnny Depp) faktycznie czai się obłęd, a więź, jaka tworzy się między nim a Alicją, wcale nie jest oczywista. Zadbano również o zwierzęcych bohaterów (którym głosów użycza plejada hollywoodzkich aktorów), z Kotem z Cheshire na czele. Była to zresztą postać o której filmową kreację bałam się najbardziej, jednak szaro-niebieski Kot o enigmatycznym uśmiechu, którego nawet obecność jest nonszalancka, w ciągu kilku sekund podbił moje serce. Wizualnie nieco zawodzą smok Żaberzwłok oraz zamek Czerwonej Królowej, przedstawione w bardzo standardowy sposób, ale nawiązanie do ilustracji Johna Tenniela jest zapewne ukłonem w stronę tradycji.
Gdy dowiedziałam się, że film zostanie wyprodukowany przez Walt Disney Pictures, zaczęłam się zastanawiać, czy nie będzie tylko kolejną kolorową opowiastką dla dzieci. Już kilka pierwszych minut projekcji uspokoiło mnie i przekonało, że nie. Timowi Burtonowi udało się pokazać na ekranie to, co stanowi największą zaletę obu powieści Lewisa Carolla: balans pomiędzy dziecięcością a dorosłością, wielopoziomowość wizji. Nie brakuje w filmie gier słownych, absurdalnych dialogów, ironicznych spostrzeżeń, ale i poważnych pytań, z których najważniejsze brzmi: czy Alicja jest tą Alicją? W tym kontekście zwraca uwagę tytuł soundtracku do filmu – Almost Alice. Alicja, którą dawni przyjaciele określają jako ,,mniej bardziej”, nie jest już dzieckiem, ale nie jest także dorosła. Tkwi ,,pomiędzy”, jak każdy nastolatek. W dojrzewaniu pomogą jej rozgrywające się w niezwykłej krainie wydarzenia. Po odniesionym zwycięstwie opuszcza Krainę Czarów, by z nowo nabytą pewnością siebie rozwiązać niedokończone sprawy. Obiecuje powrócić, ale chyba nie tylko ja poczułam się rozczarowana jej decyzją. Ta szalona dziewczyna, która wróciwszy tańczy przed tłumem taniec frygi-dygi, ukazując nieobleczone w pończoszki nogi, bardziej pasuje do świata cudów. Na zawsze pozostanie w niej mała dziewczynka – co do tego nie ma wątpliwości; poznajemy jednak również jej nowe oblicze. Zakończenie, w którym ukazuje się jako przedsiębiorcza businesswoman, jest zbyt rozsądne, zbyt prawdziwe i aż za bardzo pasuje do naszej rzeczywistości. Podrażnia.
Nie byłam zapewne jedynym widzem, który zadał sobie pytanie: dlaczego w ostatniej scenie zabrakło magii? Czy nie dlatego, że tak naprawdę brakuje jej w naszym życiu? Różnie można interpretować końcowe kadry, dla mnie jednak pozostają one gorzkim komentarzem do naszych codziennych wyborów, gdy zapominając o ,,wewnętrznym dziecku”, po raz kolejny wybieramy racjonalizm i kierowanie się zdrowym rozsądkiem. Jak więc odnaleźć Krainę Czarów? Podpowiada nam Biała Królowa: ,,Ja w twoim wieku zawsze ćwiczyłam to przez pół godziny dziennie. Nieraz jeszcze przed śniadaniem dochodziłam do sześciu niemożliwości, w które udawało mi się uwierzyć”. Nic prostszego? Wariactwo? A przecież „tylko wariaci są coś warci”…
|
 |
|
|
wyślij znajomym | drukuj | powrót
|
 |
|
 |
|
|
|
|
|